Mocno daleko od OK

Popołudniami śródmiejskie ulice znów zapełnione są spacerowiczami, ale brakuje wśród nich krajowych i zagranicznych turystów, a to oni byli istotnym źródłem przychodów tutejszych restauracji i hoteli

– Patrzymy w przyszłość z dużym niepokojem – mówią lubelscy restauratorzy o ekonomicznych skutkach epidemii koronawirusa. Życie w mieście tylko na pierwszy rzut oka wróciło do normy – brakuje wycieczek i zagranicznych turystów.


Tłumy ludzi na spacerach, klienci w restauracyjnych ogródkach – na pierwszy rzut życie w Lublinie wygląda tak, jak przed epidemią. Pozory bywają jednak mylące. – Patrzymy w przyszłość z dużym niepokojem. Brakuje nam turystów, zwłaszcza z zagranicy oraz zorganizowanych grup, które obsługiwaliśmy – mówi Jacek Abramowski, właściciel restauracji Sielsko Anielsko na Starym Mieście. Pojawia się jednak iskierka nadziei. – W długi weekend (od Bożego Ciała, czyli 11 czerwca do niedzieli, 14 czerwca – przyp. aut.) obserwowaliśmy wzmożony ruch. Byli u nas goście m.in. z Warszawy i znad morza. Po niedzieli wszystko wróciło jednak do szarej rzeczywistości. Jeden weekend wiosny nie czyni – ubolewa J. Abramowski.

Właściciel Sielsko Anielsko dodaje, że lubelskim restauratorom, zwłaszcza tym, którzy mają lokale na Starym Mieście i Krakowskim Przedmieściu, brakuje gromadzących tłumy ludzi, miejskich imprez. Przypomnijmy, że np. Noc Kultury została przełożona z czerwca na październik, Carnaval Sztukmistrzów, Inne Brzmienia i Jarmark Jagielloński odwołane, a dla restauratorów to lato jest czasem „największych plonów”. Problemów jest więcej. – W dalszym ciągu nie działa trasa podziemna pod Trybunałem Koronnym. W remoncie jest zamek. Turystom pozostaje więc zwiedzanie katedry czy spacer uliczkami Starego Miasta. Informacja turystyczna poleca im często wizytę na Majdanku, co z naszego punktu widzenia nie jest dobrą informacją – wylicza Abramowski.

Skutki lockdownu odczuła też firma Arkady, która prowadzi parking w centrum miasta, między ulicami Lubartowską a Świętoduską. – Przez półtora miesiąca nasz parking był zamknięty. Początki po wznowieniu działalności były trudne, bo nasz parking żyje, kiedy żyją restauracje i kawiarnie – mówi Marek Woliński z firmy Arkady. Na szczęście sytuacja powoli wraca do normy. – Zbliżamy się pomału do parametrów sprzed epidemii. Zwykle przez około dwie godziny w ciągu dnia parking jest zapełniony w 100 procentach – dodaje M. Woliński. DR