Nieporozumienie czy znieczulica?

Ogromny dramat przeżywają rodzice 8-letniego Mateusza. Dziecko cierpiące na nieoperacyjny nowotwór trafiło w stanie agonalnym do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Lublinie. Matka i ojciec pierwszą noc spędzili w samochodzie na parkingu przed kliniką, bo nikt im nie powiedział, że mogą zostać na oddziale, aby być blisko umierającego synka.
Tydzień temu Mateuszowi pękło naczynie w mózgu i dostał poważnego krwawienia. Został uszkodzony pień mózgu. Chłopczyk trafił na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej i został podłączony do maszyn podtrzymujących życie. Rodzice, zdając sobie sprawę, że nadziei żadnej nie ma, chcieli być cały czas przy dziecku. Zgodnie z regulaminem odwiedziny na tym oddziale mogą odbywać się od godz. 12 do 18. Wieczorem lekarka poprosiła rodziców o opuszczeni sali. Dostali wiadomość, że personel skontaktuje się z nimi, jeśli będzie się coś działo. Zdesperowani rodzice noc postanowili przeczekać w samochodzie na szpitalnym parkingu. Załamani powiadomili też media.
– Nasz synek może w każdej chwili umrzeć. Chcemy być jak najbliżej, bo boimy się, że nie zdążymy się pożegnać. Przecież powinniśmy mieć taką możliwość – mówiła zdesperowana mama, pani Anna.

Po nagłośnieniu sprawy okazało się, że rodzice wprawdzie nie mogli ciągle przebywać przy swoim dziecku na OIOM-ie, mogli jednak zostać na terenie oddziału, np. być na korytarzu i w każdej chwili przybiec na salę, gdyby personel ich zawołał. – Szkoda, że nikt nam o tym wcześniej nie powiedział – żaliła się mama chłopca.
Dramatycznym przypadkiem z Lublina zainteresowała się Krystyna Kozłowska, p.o. Rzecznika Praw Pacjenta. Obiecała sprawdzić, czy nie doszło do złamania prawa do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej, która może być sprawowana także przez rodzica. Jak stwierdziła, nie chodzi tylko o przepisy, ale też o wrażliwość i większe zrozumienie rodziców, którzy przeżywają trudną sytuację. LL