Niewesoło w Nowinach

fot. Google Maps, Robert Lewicki

Zmniejszona obsada, ogromne zmęczenie i strach przed wirusem – z tym muszą borykać się na co dzień pracownicy Domu Pomocy Społecznej w Nowinach, pracujący bezpośrednio z podopiecznymi. Nieoficjalnie ustaliliśmy się, że za pracę w tych trudnych chwilach dyrektor chce ich docenić finansowo.

Dramat w domach pomocy społecznej, brak personelu i pozorna izolacja – na to skarżyli się pracownicy domów pomocy społecznej w Polsce. W największym w regionie DPS w Nowinach nie było do tej pory przypadku zarażenia wśród podopiecznych ani personelu, chociaż część pracowników to mieszkańcy Białopola, w którym było lokalne ognisko koronawirusa. Zanim pandemia rozwinęła się na dobre, dyrekcja wprowadziła obostrzenia – badania temperatury i zakazy odwiedzin. Ale pracownicy skarżyli się na brak środków ochronnych – głównie maseczek. – Mamy do dyspozycji własne maseczki, z czarnego materiału, które u naszych starszych podopiecznych wywołują czasami panikę i strach – mówili nam.

Schorowani ludzi kojarzą osobę w ciemnej masce z przestępcą. Zdarzało się, że krzyczeli, gdy opiekunka schylała się nad nimi, by podać leki czy poprawić pościel.

– Kierownicy oddziałów, z którymi prowadzę codzienne odprawy, nie skarżą się na braki, bo sporo sprzętu kupiliśmy znacznie wcześniej – przekonuje Marcin Kopciewicz, dyrektor DPS w Nowinach. – Nie brakuje nam rękawiczek jednorazowych, maseczek jednorazowych i wielokrotnego użytku ani płynów do dezynfekcji.

Ale walka z koronawirusem odbywa się głównie kosztem pracowników, którzy bezpośrednio opiekują się mieszkańcami DPS. Bo chociaż administracja nie ma skróconego czasu pracy, to przed świętami miała jednak wolne.

– Już w Wielki Czwartek skończyli pracę wcześniej a w Wielki Piątek mieli wolne a nam na oddziałach zmniejszono obsadę o połowę – mówi jedna z opiekunek. – Na bloku, na którym na zmianie pracowało osiem osób, teraz dziewięćdziesięcioma pacjentami zajmują się cztery osoby.

Pracownicy poczuli się też dotknięci brakiem życzeń świątecznych ze strony dyrekcji. – Niestety, z powodu koronawirusa faktycznie nie robiliśmy tradycyjnego „jajeczka” – mówi Kopciewicz. – Też chciałbym się spotkać z pracownikami, wspólnie pomodlić. Ale nawet ksiądz nie może teraz wejść na oddziały a nasza kaplica jest zamknięta. Podobnie jak w całym kraju, u nas także nie było normalnych świąt i Wielkiego Tygodnia. Podopieczni nie mogą nawet chodzić do sklepiku. Wszystko po to, żeby ograniczyć do minimum możliwość rozprzestrzenianie się wirusa i żeby nie narażać ludzi.

Dyrektor przyznaje, że niektórzy mają więcej pracy i chce ich za to docenić. – W tym miesiącu będę się starał nagrodzić tych, którzy solidnie pracowali – mówi. (bf)