Nostalgiczna przestrzeń dźwięku

To było jedno z najciekawszych w skali lokalnej wydarzeń muzycznych sezonu. Po 20 latach odnaleźli się przez Facebooka i postanowili znów zagrać razem. Skutek: istne szaleństwo, powrót do młodości, pasja muzykowania. 4-częściowy koncert rock’n’rolla i z wczesnej fazy rocka zelektryzował środowisko ich fanów. Trud organizacji przedsięwzięcia wziął na siebie… urzędnik lubelskiego ratusza. Roman Jaborkhel zafascynowany tym brzmieniem od ćwierć wieku, jest nieocenionym animatorem lokalnego big-beatu.


W pogodny wieczór 4 sierpnia 2017 r. wirydarzem Centrum Kultury zawładnęła „Przestrzeń Dźwiękowa” – impreza o randze muzycznego benefisu. Do tego miana upoważniają dokonania lubelskich rockmanów w ciągu minionych 2 dekad. Kilkunastu jechało na ten wieczór z różnych stron Polski, również spoza kraju. To 40-latkowie – niemal wszyscy z tego samego rocznika, magicznego „1977” – pragnący tu, w Lublinie, wspomnieć najwspanialszy, ich zdaniem, okres życia. Nie zawsze oznacza to karierę estradową, wybrali bowiem rozmaite ścieżki rozwoju, jednak, co łączy ich nadal, to radość energetycznego muzykowania. Także miłośnicy mocnego uderzenia mieli tu szczególną frajdę, swoistą podróż w czasie.
Na scenie CK wystąpiły zespoły reaktywowane specjalnie na tę okazję, jak Rosemary czy Aeroplan, jak i nadal działające: Backbeat, czy Mohipisian. Grupy te łączy to, że zagrali w nich muzycy, którzy od wielu lat czynnie współtworzą dojrzałą ofertę muzyczną. Kilku z tych rockmanów robi to aktywnie do dziś, po prostu amatorsko, choć z profesjonalnym efektem.
Dowcipni uczestnicy prześmiewali z estrady swój występ: że to nie tyle benefis dokonań, co raczej beneficjum korzyści – oczywiście towarzyskich. O żadnych innych nie było tu mowy, impreza to był pełen „spontan”.
Do późnej nocy kilkaset osób, gustujących w rytmach lat 60. i 70., wybornie się bawiło, w większości panie. Twierdzą, że to nadal działa, bo w pewnym punkcie koncertu wykonały przed estradą coś na kształt tanecznej „ody do swobody”. – Cóż, wyrwane męską energią od piwnych stolików udałyśmy się pod scenę w nieskrępowanych pląsach, bo chłopcy, jak kiedyś, dali czadu! – uśmiechają się Joanna Kawecka, Ewelina Graban i Monika Kalinowska, fanki tej muzyki.
Prowadzący koncert Łukasz Borkowski z TVP3, jako współautor benefisu, przypomniał, że za całym przedsięwzięciem stoi gitarowy basista, cichy animator zespołów świętujących tu swój come-back. To Roman Jaborkhel – dziś skromny pracownik pionu kultury urzędu miasta. Akurat w ten dzień obchodził swe 40. urodziny, co bardzo urozmaiciło imprezę, nie tylko gromkim sto lat! Videoprezentacja w tle estrady oddawała zapis dobrych wibracji z „zielonych lat” ich środowiska.
Po energetycznym koncercie wzięliśmy jubilata i kilku benefisantów na spytki.

Jak się to wszystko zaczęło?

Ostatnie klasy podstawówki młodzieży lat 80. to zupełnie inna świadomość muzyczna niż dziś. Niosła ich rockowa fala. Niemal każdy zapuszczał więc włosy, nosił obcisłe „rurki”, zakładał zeszyt z repertuarem ulubionych zespołów.
– Do mnie, dobrego dotychczas chłopca i ucznia, to wszystko, zwłaszcza magia wielkich koncertów, dotarło gdzieś około roku 1990 i wtedy już na poważnie zacząłem szukać swej muzycznej drogi – wspomina nasz urzędnik (z wykształcenia animator kultury). – Pierwszy zespół w 8 klasie podstawówki wyrzucił mnie za ignorancję w strojeniu gitary basowej. Lekcje muzyki pamiętam jak zły sen, gdyż stary nauczyciel o przezwisku „Szczurek” zmuszał nas do grania na flecie, a dźwięk ten przyprawiał mnie o mdłości. Nikt wówczas nie miał pomysłu, jak dzieciom, z natury przecież chłonnym harmonii dźwięków, zaszczepić ducha spontanicznego wspólnego muzykowania. Musieliśmy za to wkuwać jakieś muzyczne teorie, zapisy nutowe, odtwarzać stale to samo. To była strata czasu.
A oni spotykali się by grać od wieczora do bladego świtu. Nagrywali kolejne kasety demo i odrzucali je. Rozpoczynali od nowa. Te próby i błędy wykuwały jednak w tych chłopakach mocny charakter artystyczny – tak twardy jak rock, do którego aspirowali.
Młodzi muzycy i ich dzikie serca nie były jednak gotowe na zmienne koleje losu. Po części szli bowiem pod prąd muzycznej koniunktury.
– Stąd po 20 latach w wirydarzu CK padło hasło: „Zagrajmy to jak dawniej” i po zaledwie 3 próbach, na 40-tych urodzinach Romka, zabrzmiało to jak kiedyś. To niezapomniany występ, który podniósł wszystkim poziom endorfin, ale i umocnił naszą przyjaźń – mówili po koncercie.

Mary Jane – ta pierwsza…

W wirydarzu CK entuzjastycznie odebrano „Love Train”, jeden z pierwszych przebojów, jaki na swoim koncie mieli młodzi adepci rocka. Kiedy to było?
– Wkrótce po tym, jak założyliśmy swój dziewiczy zespół: Mary Jane. Będąc małolatami, jesienią 1993 roku zaczęliśmy schodzić się na wspólne pogrywanie: Andrzej Horoch z gitarą, perkusista Mirek Orgasiński i właśnie ja jako basista – kontynuuje Roman.
Do rockowego tercetu wkrótce dołączył gitarzysta rytmiczny Mariusz Stanisławek.
– Od wiosny 1994 Mary Jane „uwiodła” dla nas nawet wokalistę, bo tworząc muzykę, mieliśmy w głowach i teksty, nawet je podśpiewując, lecz brakowało kogoś, kto zrobi to za nas lepiej, a my skupimy się na graniu. Co ważne, śpiewający Marek Krzykała znał angielski, bo wszyscy byliśmy już myślami na międzynarodowych scenach – żartują panowie z pierwszego składu.
Zespół szlifował swój warsztat zwykle w garażach czy suterenach lubelskiego Węglina i Konstantynowa, grając od czasu do czasu na imprezach okolicznościowych czy na przeglądach zespołów rockowych. Pierwszy oficjalny koncert, taki z plakatami, już nie tylko dla swoich znajomych, Mary Jane zagrała w czerwcu 1994 podczas przeglądu młodych zespołów w IX LO im. Kopernika w Lublinie. – Nieskromnie trzeba powiedzieć, że mieliśmy najlepsze przyjęcie publiczności. Ta wymusiła blisko półgodzinną wersję „Knockin’ on Heaven’s Door” Boba Dylana w adaptacji Guns n’ Roses, która była w naszym repertuarze – wspomina Mirek, dziś pracownik szpitala. – Graliśmy wówczas utwory zarówno własne, jak i tzw. covery. Mniej więcej pół na pół, jednak z przewagą własnych kompozycji.

Skąd nagle Rosemary?

Ta zmiana nastąpiła z początkiem 1995 roku, gdy w eliminacjach do WOŚP w TVP-3 Lublin wystąpiły dwa zespoły o nazwie Mary Jane. – Jako wspaniałomyślni i wspierający słabszych w potrzebie uznaliśmy, że zmienimy naszą nazwę na Rosemary – wyjaśnia Jaborkhel. To pociągnęło inne zmiany. Wkrótce gitarę rytmiczną Stanisławka przejął Sebastian Mrówczyński.
Do ekipy dołączyły także dwie dziewczyny, by wspierać linię wokalną. Dotychczasowe utwory zyskały nowe, ciekawe brzmienia, a powstające w tym czasie nowe kawałki wyglądają na dopracowane, przemyślane. W muzyce zespołu znawcy zauważali ciekawą melodyjność i sposób prowadzenia gitar cechujący już lata 2000, mówiono, że Rosemary kompozycyjnie wyprzedza swoją epokę.
Grupa koncertowała w różnych klubach i na festiwalach, kwalifikując się m.in. do pierwszej edycji Non Stop Rock Fest. To festiwal organizowany przez Igora Jaszczuka i klub Jazz Pizza, gdzie co tydzień grały różne zespoły, z nich wyłaniano talent miesiąca. Los sprawił, że zespół Rosemary znalazł się w parze z odnoszącym wtedy międzynarodowy sukces More Experience. Szokiem było, że głosowanie wskazało jako zwycięzcę Rosemary – wspominają dziś członkowie zespołu. Oprócz wymienionych wcześniej muzyków grali w nim Andrzej Dethloff i Adam Ziomka (instrumenty klawiszowe).
W maju 1996 Rosemary wystąpił w klubie Hades, wówczas zajmującym piwnice obecnego Centrum Kultury. – Stanąć na scenie, na której wcześniej brylowali wielcy muzycy, to było coś – podkreśla Krzykała, wokalista jeszcze z czasu Mary Jane.
Wkrótce jednak zmienił go Jarosław Zwierz, który dał się poznać poprzez dość niezwykłą manierę wokalną – coś w stylu Micka Jaggera. Głos Zwierza, po przearanżowaniu kilku dotychczasowych hitów oraz skomponowaniu kilku nowych, zdobywał serca widzów podczas kolejnych występów w Hadesie, jesienią 1996. – Oba zarejestrowane koncerty mamy na kasetach i w plikach mp-3. U słuchaczy wciąż wywołują te same reakcje: „Jakie to było czadowe!” i „Ten zespół zjawił się za wcześnie jak na tamte lata! – akcentuje Krzykała.

Młodość ma swoje prawa

Ścieżki muzyków wkrótce jednak się rozeszły. Z Rosemary zrodził się… Aeroplan. To wynik różnych wizji artystycznych poszczególnych muzyków, z których każdy wybrał swoją drogę. Ojcami i tutaj byli Jaborkhel i Orgasiński. Do współpracy zaprosili nietuzinkowego wokalistę.
Aeroplan „fruwał” nad Lublinem i regionem w latach 1997-2000. Odlotowa nazwa zespołu nie była przypadkiem – tworzący go muzycy uwielbiali „odloty” polegające na długich psychodelicznych improwizacjach. A to tylko dźwiękowa wielobarwność bez cienia maniery, nawiązująca do muzyki przełomu lat 60. i 70. Jednak w repertuarze mieli też klasyczne rockowe piosenki w stylu grunge, z tekstami pełnymi buntu, wzywającymi do demontażu systemu. Jak „Idiota” czy „Kochajmy Markety”, które rozweseliły widownię.
W 1998 roku zespół zarejestrował w studio Domu Kultury Kolejarza swą pierwszą i jedyną płytę demo. Właśnie „Idiota” z tego krążka po latach znalazł się w albumie projektu Archiwum Lubelskiego Undergroundu 1994-2005.
Aeroplan współtworzyli: Mirosław Jung (wokal, perkusjonalia), Roman Jaborkhel (gitara basowa), Sebastian Mrówczyński (gitary), Mirek Orgasiński (perkusja). Obecnie ci muzycy są aktywni m.in. w lubelskich zespołach Sambasim, Mohipisian oraz tworzą…

Energetyczny Backbeat

Muzycy, związani wcześniej z Rosemary i Aeroplanem, postanowili kontynuować przygodę z muzyką w formule pozwalającej na większą stabilizację. – Roman rzucił pomysł założenia zespołu inspirowanego aranżacjami hitów m.in. ze ścieżki dźwiękowej filmu „Backbeat” o hamburskich początkach kariery Beatlesów – mówi Mirek (dziś pracownik administracji szpitalnej).
Stąd i nazwa nowego zespołu. Eksplodował on energią z pogranicza punku i big-beatu. Dynamiczne aranżacje klasyki, jak „Jailhouse Rock” czy „Rock’n’roll Music” w ich repertuarze wznowiły ten trend na muzycznej scenie Lublina.
– Pierwsza wersja Backbeat powstała w 1999 roku, grając razem kilka koncertów jako zespół towarzyszący występom Aeroplan. Mieli dobry odbiór wśród publiczności, mimo że pojawiali się na kilka szybkich numerów w przerwach między ich „lotami”. Jednak po krótkim okresie powodzenia ów psychodeliczny samolot zakończył żywot, a jego estradowy support zyskał główną pozycję – dodaje Marek (dziś archiwista).
Pierwsze występy Backbeat w klubie Caxmafe w 2002 roku odbyły się pod hasłem: „Banda Byłych Nastolatków Gra Przeboje Naszych Dziadków”. Równo rok trwało wypracowanie repertuaru zdolnego stworzyć taki show jak przed pół wiekiem. Grając hity z tzw. złotej epoki, tj. lat 50./60. Backbeat trafił na zapotrzebowanie na imprez tego typu. Tak było i podczas benefisu w CK, kiedy to przypomniał widowni, jak brzmi krwisty rock’n’roll.
Zagrali kilkaset koncertów na scenach niemal całej Polski, nawet na Litwie. Zdobyli ważne wyróżnienie podczas Festiwalu Eko Union of Rock – Węgorzewo 2008. Od 18 lat są muzyczną wizytówką Lublina.
Od tego czasu zespół tworzyli: Marek Krzykała (śpiew), Roman Jaborkhel (bas – do 2005, później Tomasz Klisz), Mirek Orgasiński (perkusja), Grzegorz Huzarek (gitara) i Paweł Dudzikowski (gitara). Wcześniej na gitarze prowadzącej grał Adam Rejmak. W 2012 roku nastąpiła zmiana przy mikrofonie – od tej pory Łukasz Jemioła, mający na indywidualnym koncie sukces w skali ogólnopolskiej. Grupie gościnnie towarzyszy Gonzalo del Valle-Inclán (organy).

Mohipisian – efekt ewolucji

Kolejne dziecko Romana Jaborkhela to synteza rockowej alternatywy, zespół inspirowany rock’n’rollem, amerykańską psychodelią lat 60. i wyspiarską melodyką, jak twierdzi założyciel. Od 2011 roku ów basista dobrał sobie nowy skład, a w nim: Sebastian Adamski – wokal, gitara; Paweł Staniak – gitara; Marcin Sekula – perkusja (wcześniej Karol Dębowski).
Muzycy Mohipisian pozostają wierni inspiracjom hipisowskim i korzeniom rock’n’rolla. Ich twórczość jest jak destylat tego, co wartościowe we współczesnym rocku.
W 2014 r. wydali debiutancką EPkę zatytułowana po prostu „Mohipisian”. Spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem – szczególnie utwory „Intolerable” czy „Run”, uznane za przeboje w radiu i Internecie. Przejmujące „Look out!” Adamskiego magnetyzują słuchaczy. Na tej wznoszącej fali zespół zrealizował w Inkubatorze Medialno-Artystycznym UMCS nagranie koncertu, którego zapis znajdziemy na płycie DVD w ramach projektu Lublin Sounds Good.
Mohipisian regularnie koncertują, prezentując kompozycje, które złożą się na pierwszą dużą płytę. Jej zapowiedzią jest utwór „City of Life” – promujący go teledysk (pierwszy w historii zespołu – premiera we wrześniu 2015). Znajdziemy go na płycie „Nowa Lubelska Muzyka 2”.
Publiczność przywitała ich z entuzjazmem, słysząc „Woltyżer” czy „Falling” aż po „King of Glory” z zapowiadanej płyty, kiedy to brawa nie dały im zejść ze sceny. Koncert Mohipisian w CK zwieńczyły brawurowo wykonane: „Back to Black” i „Hush” na bis, ale były także „bisy na bis”, gdy na scenie stanęło 16 oldboyowych muzyków, jak do „Twist’n’Shout”.
Już przy urodzinowym cieście, autorstwa żony bohatera wieczoru, Magdy, sącząc piwo, długo nocą dowodzono, że właśnie takiej muzyki Lublin potrzebuje.
Marek Rybołowicz