Oficjalnie podejrzany o śmierć dziecka

Pojechał na wakacje do dziadków i już z nich nie wrócił. Zginął pierwszego dnia po zakończeniu roku szkolnego pod kołami samochodu znajomego rodziców. Prokuratura postawiła wreszcie zarzuty sprawcy.

Tragedia rozegrała się 20 czerwca ub. roku. Uczeń chełmskiej podstawówki, 10-latek, pierwszego dnia wakacji wraz z rodziną pojechał do swoich dziadków pod Hrubieszów, do gminy Uchanie. Tego feralnego dnia, po procesji Bożego Ciała, bawił się z grupką przyjaciół nieopodal domu dziadków. Byli na poboczu wiejskiej drogi.

W pewnej chwili przed zajętymi zabawą dziećmi pojawił się samochód. Za kierownicą audi siedział 44-letni mieszkaniec Warszawy, który przyjechał tu do rodziny. Auto uderzyło 10-latka, a kierowca zobaczył w lusterku chłopca dopiero, gdy ten leżał już nieprzytomny na jezdni.

Na miejsce przyleciał śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, który miał jak najszybciej przetransportować zakrwawione dziecko do szpitala. Niestety, nie było już podstaw. Chłopiec zmarł na jezdni. Kierowca miał się podobno tłumaczyć, że oślepiło go zachodzące słońce. Był trzeźwy. Został zatrzymany do wyjaśnienia, po czym zwolniony do domu.

Po trwającym wiele miesięcy postępowaniu, gromadzeniu opinii biegłych i zeznań świadków, prokurator postawił sprawcy zarzut spowodowania wypadku, którego skutkiem jest śmierć dziecka. Zgodnie z art. 177 par. 2 kodeksu karnego grozi mu od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. (pc)