Ropa za zero złotych… bo niszczy silniki?

W stacji paliw Lotos przy al. Przyjaźni w Chełmie od kilu tygodni nie można zatankować oleju napędowego. To nie przypadek – uważają kierowcy, których auta po zatankowaniu tam „ropy” musiały na lawecie jechać do mechaników. Koszty naprawy to nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Co na to Lotos?

Tuż po świętach Bożego Narodzenia ze stacji Lotos przy al. Przyjaźni „zniknęła” ropa. A przynajmniej takie wrażenie można odnieść, patrząc na pylon z cenami. Przy oleju napędowym cały czas widnieje 0,00 zł. Niektórzy kierowcy mogli pomyśleć, że paliwo wyprzedano i do dzisiaj go nie sprowadzono. Ale powód jest zupełnie inny. Kierowcy, którzy zatankowali tam auta w okresie świątecznym, skarżą się na poważne uszkodzenia silników.

– Zatankowałem samochód w drugi dzień świat, jadąc na wizytę lekarską – mówi pan Paweł. – Od dawna tankowałem w tym miejscu i nigdy nie miałem zastrzeżeń. Ale tym razem udało mi się ujechać ledwie kilkadziesiąt metrów za stację i auto zgasło. Zablokowałem wiadukt. Musiałem wzywać lawetę.

Kierowca mówi, że poszedł do stacji i pytał pracowników, czy ktoś miał podobne problemy po zatankowaniu. – Pracownicy zaprzeczali i sugerowali, że to pewnie wina samochodu – opowiada lekarz.

Auto trafiło do mechanika, a ten szybko znalazł przyczynę awarii. – W zbiorniku i wtryskach było coś, co nie przypominało ani benzyny, ani ropy. To był jakiś szlam, który spowodował awarię – mówi pan Paweł. – Koszt naprawy mechanik oszacował na 31 tys. zł.

Potem z forum internetowego kierowca dowiedział się, że nie jest jedynym poszkodowanym klientem stacji. Złe wiadomości rozchodzą się bardzo szybko, a dzięki internetowi poszkodowani mogli podzielić się swoimi spostrzeżeniami między sobą i innymi.

– Ja zatankowałem tam służbowy samochód 26 grudnia – opowiada nam pan Łukasz. – To Skoda Octavia z 2020 roku. Ujechałem ze dwa kilometry w stronę Okszowa i tam auto „umarło”. Trafiło do ASO Skody i okazało się, że zamiast paliwa było coś, co przypominało w konsystencji masło. Naprawa ma kosztować 40 tys. zł.

W obu tych przypadkach koszty naprawy są gigantyczne. Ale do tego dochodzi brak samochodu, który jest konieczny do codziennego życia i pracy.

– Straciłem połowę swojego dochodu, bo dyżuruję w różnych miastach. Nie mam zastępczego auta i pieniędzy na naprawę – mówi pan Paweł. A pan Łukasz miał po świętach jechać z rodziną na krótki urlop. Zamiast tego rodzina została u dziadków a on musiał jechać na drugi koniec Polski po zastępcze auto.

Poszkodowanych, którzy skontaktowali się z naszą redakcją, jest więcej.

– Syn zatankował tam samochód 27 grudnia rano. Ale już nie wyjechał ze stacji. Auto zgasło po 15 sekundach. Zepchnął je na parking na stacji, bo spieszył się do pracy na granicę. Potem mechanik stwierdził, że to wina paliwa. I mówił, że to nie pierwszy samochód, który trafił do niego z taką usterką. Mamy to paliwo zlane w kanistry i butelki. Widać, że nie jest jednobarwne, a w butelce wytrącił się na spodzie jakiś osad – opowiadają kolejni poszkodowani.

Ludzie dzielą się też swoimi doświadczeniami na forum internetowym. Większość ma rachunki za zatankowane paliwo, więc nie będzie problemu z reklamacją. Co na to Lotos? Kierownik stacji odsyła nas do koncernu, a kierowców do składania reklamacji. Mówi, że stacja sprzedaje to, co zostanie przywiezione. Przyznaje, że sprzedaż ropy została wstrzymana z uwagi na sygnały o awariach samochodów. Ale ludzie mówią, że niektórych awarii można było uniknąć, gdyby sprzedaż wstrzymano od razu po pierwszym zgłoszeniu. Na forum pojawiają się wpisy od kierowców, którzy mieli mieć kłopoty z silnikami jeszcze przed świętami.

O sytuację zapytaliśmy oficjalnie także biuro prasowe koncernu paliwowego. Chcemy się dowiedzieć, czy Lotos ma wiedzę o awariach i czy pokryje koszty napraw samochodów. Czekamy na odpowiedź. (bf)