Samotności Kamila Zinczuka

Jeśli czytelnik należy do pokolenia uznającego, że Joyce zaczął i wyczerpał literaturę autotematyczną i ciągomyślową, zaś co było w tej kwestii po polsku do dodania napisał Irzykowski, to debiut literacki Kamila Zinczuka może z początku wydawać się poważnym wyzwaniem. Zwłaszcza, że niemal każda historia z jego „Samotności” zaczyna się trudno, nie od razu wprowadza w wątek. Choć z drugiej strony, gdy ten jednak się pojawia – wciąga i przytrzymuje.


Coraz więcej mamy na rynku książkowym lubelskich twórców – dziennikarze, politycy, biznesmani próbują swoich sił w literaturze. Czasem opisują historie i postaci, które mogą wydać się nam, czytelnikom lubelskiej prasy, całkiem znajome. Inni podróżują w stronę śmiałej fikcji. Wszystkie te próby łączy jednak Lublin nie tylko jako tło i scena, ale często i żywa materia, nieomal współbohaterska dla snutych opowieści.

Kamil Zinczuk, niegdyś lubelski radny, znany działacz lewicy, później z powodzeniem próbujący swych sił w biznesie, a ponadto znany podróżnik, bloger, zwiedzający dzikie zakątki świata, jak i zapomniane zakamarki Lubelszczyzny, traktuje Lublin po prostu naturalnie, narrację, czy raczej ciąg skojarzeniowy prowadząc nieśpiesznie, acz pewnie po znanych nam wszystkim ulicach.

Podskórna wspólnota

Recenzując samą książkę – cóż, ryzykowne jest dla recenzenta w takich przypadkach wyłapywać coś, co wydaje mu się osią główną, bo w istocie niemal zawsze świadczy ona o interpretującym jedynie, jego maniach, fobiach i ograniczeniach, a nie o piszącym. No, ale takie już ryzyko czytelnicze… Czy „Samotności” to bowiem w ogóle jedna opowieść czy raczej ich zbiór? Na początku nie wiemy, na końcu nie jesteśmy mądrzejsi, ale wiemy, że historia, którą poznaliśmy jest tyleż spójna, co jednocześnie otwarta.

Zrozumiała nie tylko dla rówieśników Zinczuka, choć pewnie im przywodząca najwięcej wspomnień. Z autorem różnić mogą wprawdzie czytelników szczegóły doświadczeń pokoleniowych. Dorastać mogli na osiedlach po przeciwnej stronie Lublina. Mogą pamięć raczej ganianie tych, którzy w pamięci piszącego byli goniącymi. Ale tak czy inaczej ta pamięć jest wspólna. Tak, jak podobne jest kilka innych zapisanych przez Zinczuka doświadczeń. Ale nie, nie jest tak, że wszystko w „Samotnościach” można łatwo zgadnąć.

Pojawiają się zaskoczenia, właściwie wyłącznie pozytywne, gdy jakiś fragment może nawet prawie nudzić na początku, by zaskoczyć, że nagle czyta się z zainteresowaniem. Czyta się więc dalej, nie wiedząc już – w poszukiwaniu zaskoczeń czy potwierdzeń. Ale czyta, pragnąc wiedzieć co jest dalej. Na koniec niech autor wybaczy słowo, które naturalnie nasuwa się w trakcie lektury, brzmiące jak strasznie płaski komplement i zbycie, ale rzecz jest… dojrzała. Tak się to jakoś samowolnie nasuwa i nie chce ta refleksja po lekturze opuścić.

Dlatego właśnie – czytajmy lubelskich autorów. Oni nie tylko oddają wyjątkowość Lublina i lubelaków. Oni ją współtworzą. TAK

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here