Sędzia z Kielc zabrał Chełmiance punkt

MOTOR LUBLIN – ChKS CHEŁMIANKA 1:0 (0:0)
1:0 – Dzięgielewski (87).


MOTOR: Socha – Michota, Tadrowski, Gieraga, Szkatuła (46 Tymosiak), Słotwiński, Korczakowski (68 Tkaczuk), Kaczmarek, Oziemczuk (72 Kamiński), Majkowski (55 Dzięgielewski), Nowak (65 Kozban).
ChKS: Drzewiecki – Jabkowski, Wołos, Chodziutko, D. Niewęgłowski, Prytuliak (88 Chariasz), Kobiałka, Uliczny, Kompanicki, Kotowicz (62 Budzyński), Banaszak.
Sędziował: Marek Śliwa (Kielce). Żółte kartki: Słotwiński, Tymosiak (M), Budzyński (C). Czerwone kartki: Tadrowski w 75 min. za brutalny faul i Budzyński w 83 min. za drugą żółtą kartkę. Widzów: 3 320.
Motor i Chełmianka stworzyły na Arenie Lublin emocjonujące, trzymające w napięciu do końcowego gwizdka sędziego widowisko. Ponad 3 tysiące kibiców, którzy zdecydowali się obejrzeć to spotkanie, na poziom spotkania nie mogło narzekać. Z przebiegu meczu najbardziej sprawiedliwym wynikiem byłby remis, ale trzy punkty zostały w Lublinie.
Niestety, do poziomu meczu nie dostroił się zespół sędziowski z Kielc, z Markiem Śliwą na czele, który po prostu nie wytrzymał ciśnienia. Piękny stadion, rozśpiewani, żądni w każdym meczu trzech punktów kibice Motoru i ciążąca olbrzymia presja na zawodnikach gospodarzy, uważanych za głównych faworytów do awansu do II ligi, związała… sędziom nogi. Arbiter główny podjął dwie złe decyzje, nie bójmy się tego stwierdzić, krzywdzące Chełmiankę, a jednocześnie kluczowe dla przebiegu meczu i mające decydujący wpływ na końcowy wynik spotkania.
Pierwszy błąd miał miejsce w 32 min., kiedy to Mateusz Kompanicki, po przytomnym zagraniu Huberta Kotowicza, pięknym strzałem z 18 metrów, po którym piłka tuż przy słupku wpadła do siatki, pokonał Pawła Sochę. Radość chełmskich graczy z gola trwała zaledwie kilka sekund i przerwała ją absurdalna, wręcz trudna do wytłumaczenia, decyzja sędziego asystenta. Główny najpierw uznał bramkę, ale gdy zobaczył uniesioną w górze chorągiewkę, odgwizdał spalonego i podyktował rzut wolny pośredni dla Motoru z 8 metrów.
Co takiego dojrzał sędzia asystent, czego nikt inny na Arenie nie dostrzegł? W przerwie tłumaczył się, że będący na pozycji spalonej Przemysław Banaszak w trakcie lotu piłki w kierunku bramki uchylił głowę, czym zmylił bramkarza gospodarzy. Faktem jest, że najbliżej bramki Motoru był Banaszak i rzeczywiście odruchowo pochylił się przy uderzeniu Kompanickiego, ale w żaden sposób nie wpływał na zachowanie bramkarza. A tylko w takich przypadkach sędzia ma obowiązek odgwizdać spalonego. Kompanicki przymierzył przy samym słupku i piłka na pewno nie trafiłaby w Banaszaka. Socha doskonale widział piłkę, bo gdyby było inaczej, po tym jak futbolówka zatrzepotała w siatce, ruszyłby z pretensjami w kierunku arbitra. O tym, że sędzia Śliwa podjął złą decyzję, można przekonać się, oglądając całą sytuację w Internecie na kanale Youtube.
Drugą złą decyzję sędzia Śliwa podjął w 83 min. Kielecki arbiter pokazał Michałowi Budzyńskiemu drugą żółtą kartkę i w konsekwencji czerwoną za przewinienie w środkowej strefie boiska. Nie był to faul taktyczny, bo akcja gospodarzy dopiero zaczęła się rozwijać, a przy zawodniku Motoru znajdował się jeszcze Kompanicki. Osiem minut wcześniej Marek Śliwa wyrzucił jednak z boiska Juliena Tadrowskiego, który wyprostowaną nogą w brutalny sposób zaatakował zagrywającego piłkę Kompanickiego. Całe szczęście, że „Kompan” nie odniósł kontuzji. Po tym zdarzeniu arbiter sprawiał wrażenie, jakby zaczął szukał okazji do wyrównania sił na boisku. I znalazł szybko, pokazując pochopnie czerwień Budzyńskiemu.
Nic dziwnego, że po ostatnim gwizdku piłkarze Chełmianki schodzili z boiska ze łzami w oczach. Gorsi od Motoru na pewno nie byli, co podkreślali sympatycy gospodarzy. Podopieczni Artura Bożyka rozegrali na Arenie jedno z najlepszych spotkań w tym sezonie.
Nieco lepiej w mecz wszedł jednak Motor, który w pierwszym kwadransie oddał dwa strzały na bramkę Damiana Drzewieckiego. Najpierw Korczakowski uderzył z ostrego kąta obok lewego słupka, a potem Kaczmarek przymierzył w krótki róg, ale chełmski bramkarz był na posterunku. Z każdą minutą Chełmianka grała jednak coraz lepiej, zepchnęła Motor do obrony i co ważne, zaczęła zagrażać bramce Sochy. W dwóch bardzo dobrych sytuacjach strzeleckich znalazł się Kotowicz. W pierwszej posłał piłkę tuż obok słupka, w drugiej za bardzo wypuścił sobie futbolówkę i wybiegający z bramki Socha zażegnał niebezpieczeństwo. Poza tym groźny, techniczny strzał z 25 metrów oddał Michał Kobiałka. Bramkarz Motoru końcami palców wybił jednak piłkę na rzut rożny. Potem była 32 min. i nieuznany gol Kompanickiego. W końcówce pierwszej połowy meczu obudził się z kolei Motor. Po ładnym rozegraniu piłki silnie z 16 m strzelił Oziemczuk, ale Drzewiecki nie dał się zaskoczyć.
W drugiej połowie obie drużyny postawiły wszystko na jedną kartę. Mecz zrobił się otwarty, może nieco częściej przy piłce byli gospodarze, ale Chełmianka nie zamierzała się tylko bronić. Zespół trenera Bożyka wyprowadził kilka bardzo szybkich dobrze zapowiadających się akcji, lecz znów zabrakło dokładnego podania otwierającego drogę do bramki. Najlepszą sytuację zaprzepaścił w 80 min. Banaszak. Paweł Uliczny zagrał do Kompanickiego, ten podał na wolne pole do Banaszaka i gdyby nie interwencja w szesnastce doświadczonego stopera Gieragi, mogło być 1:0 dla gości. Swoje okazje miał też Motor. W 52 min. z dystansu uderzał Tymosiak. Drzewiecki odbił piłkę, do dobitki ruszył niepilnowany Nowak, ale chełmski bramkarz i tym razem nie dał się pokonać. W 72 min. trener gospodarzy, Marcin Sasal wykorzystał już limit pięciu zmian, wpuszczając na boisko ofensywnych piłkarzy, nie gorszych od tych, którzy zeszli z boiska. I to właśnie rezerwowi zawodnicy zrobili różnicę i zapewnili Motorowi wygraną. W 87 min. nikt nie pokrył na prawym skrzydle Dawida Dzięgielewskiego, który dostał piłkę przy linii bocznej boiska i pomknął z nią na bramkę Drzewieckiego. Chełmscy zawodnicy nie byli w stanie powstrzymać skrzydłowego gospodarzy. Dzięgielewski okazał się sprytniejszy i strzałem w długi róg zapewnił swojej drużynie trzy punkty. W doliczonym czasie gry Chełmianka miała jeszcze rzut wolny z 18 metrów. Kobiałka uderzył jednak wysoko nad poprzeczką.
Mimo przegranej, Chełmianka na tle głównego faworyta do awansu do II ligi zaprezentowała się bardzo dobrze. Podopieczni Artura Bożyka walczyli od pierwszej do ostatniej sekundy, zostawiając na Arenie mnóstwo zdrowia. Trudno wyróżnić kogokolwiek, bo cała drużyna dała z siebie wszystko. Sobotni mecz pokazał, że w chełmskim zespole, przetrzebionym kontuzjami, drzemie duży potencjał. Do zakończenia rundy jesiennej pozostały cztery pojedynki. Chełmianka zmierzy się w nich z teoretycznie słabszymi rywalami, jednak żadnego z nich nie może lekceważyć. Przed zespołem z Chełma otwiera się szansa zdecydowanej poprawy obecnie zajmowanej pozycji. Już w najbliższą sobotę 28 bm. na stadionie miejskim w Chełmie drużyna trenera Bożyka zagra z Karpatami Krosno, z którymi u siebie różnie jej się wiodło. Najwyższy czas przełamać nienajlepszą passę i sięgnąć po komplet punktów. Początek starcia o 14.30. (s)