Siedem kotów w starym młynie

Magiczne miejsce. Niezwykły właściciel. Wiele przeżył – chorobę, śmierć żony. Stary młyn zawsze był dla niego azylem. Teraz tchnął w niego nowego ducha i… siedem kotów.

Zjeżdżamy z drogi wojewódzkiej w Pobołowicach Kolonii. I nagle znika cały zgiełk. Widzimy leśny zakątek a w nim niezwykły, stary młyn wodno-gazowy. Według oficjalnych źródeł, upaństwowiono go w 1953 r., a ćwierć wieku później zaprzestał mielenia. To jedno z najbardziej urokliwych miejsc nie tylko w gminie Żmudź, ale w całym regionie. Roztacza się tu niesamowity, sielankowy klimat. Ale blisko stuletnia historia młyna nie zawsze była sielanką. Z tym miejscem wiąże się mnóstwo niesłychanych, czasem tragicznych opowieści. Znają je tylko nieliczni. W tym gronie jest Marek Mulsson. To właściciel młyna. W 1989 roku odkupił go od gminnej spółdzielni w Żmudzi. Mulsson – tak jak jego ukochany młyn – jest skarbnicą niezwykłych historii. Mało kto potrafi tak opowiadać. Mogą to ocenić goście zajazdu i restauracji, które Mulsson niedawno otworzył we młynie. Pan Marek nie jest „tutejszy”. Pochodzi z niemiecko-szwedzkiej rodziny. Urodził się w Złocieńcu, niedaleko Drawska Pomorskiego, gdzie mieszkała jego matka. Ojciec był Niemcem, urodzonym w Estonii. Pogmatwane, powojenne sploty zdarzeń sprawiły, że pięcioletni Marek z rodzicami zamieszkał w Chełmie. Od dzieciństwa fascynował go las. Ukończył Technikum Leśne w Lesku. Przez 33 lata pracował w Nadleśnictwie Chełm. W międzyczasie ożenił się, został ojcem dwóch córek. Mieszkał z rodziną w jednej z leśniczówek w Pobołowicach Kolonii, tuż obok młyna. Historie związane z tym zabytkiem opowiadała mu stara Ukrainka, która mieszkała tu jeszcze przed wojną. Według jej relacji, młyn należał do dziedzica o nazwisku Trąbczyński. Chodziły słuchy, że zginął on podczas wojny, a jego kości spoczywają gdzieś w bagnie, pod młynem. Bywali tu różni „goście”, stąd młyn nazywano przez jakiś czas „gniazdem szerszeni”. Z okien młyna wyskoczył kiedyś, uciekając przez funkcjonariuszami UB, żołnierz wyklęty o pseudonimie „Zdybek”. Pan Marek od lat dba, aby młyn nie popadł w ruinę. Wymarzył sobie, że jego córka urządzi w nim restaurację i zajazd. Ale to nie doszło do skutku. Mulsson przekonał się, że w życiu nie wszystko można zaplanować. Kilka lat po tym, jak kupił młyn, podupadł na zdrowiu. Słabo się czuł, schudł. Myślał, że to choroba reumatyczna. Wkrótce musiał przejść na rentę. Po wielu wizytach u lekarzy, okazało, że cierpi na boreliozę. Potem zmarła jego żona. Udało mu się przetrwać trudny czas. Wyjeżdżał do pracy w Niemczech i Szwecji. Pracował m.in. jako kucharz. To jedna z jego pasji. Fascynuje się także medycyną naturalną. Tą dziedziną zainteresowała go nieżyjąca już sąsiadka, miejscowa zielarka. Wyrabiała specyfiki i pomagała okolicznym mieszkańcom. Łagodziła też spowodowane boreliozą dolegliwości pana Marka. To ona nauczyła go przyrządzać propolis. To preparat wytwarzany z kitu pszczelarskiego. Aby go uzyskać, pan Marek hoduje pszczoły. Ma małą wytwórnię leków naturalnych. Według niego propolis jest najskuteczniejszym antybiotykiem, pozwalającym pozbyć się różnorakich schorzeń. Pan Marek od dawna działa w agroturystyce. Jest prezesem Stowarzyszenia Agroturystycznego Ziemi Chełmskiej „Puszcza”, zrzeszającego ponad trzydziestu właścicieli gospodarstw agroturystycznych z gmin Chełm, Żmudź, Kamień i Białopole. Wiosną br. pan Marek wrócił z pracy w Niemczech i postanowił już tam nie wyjeżdżać. Niedawno otworzył we młynie zajazd „Siedem kotów”. Nazwa wzięła się stąd, że jedna z dawnych właścicielek młyna uwielbiała koty i miała ich sporo. Pan Marek na razie ma dwa koty. Przez lata szlifował kulinarne umiejętności, a teraz wykorzystuje je we własnej restauracji. Stawia na dania rybne. Ze świeżymi dostawami nie ma problemu. Ma swój staw, a oprócz tego ryby dostarcza mu jeden z okolicznych hodowców. W menu są zarówno ryby słodkowodne, jak i morskie. Specjalności pana Marka to pstrąg wędzony, polewka rybna na wędzonce czyli dorsz wędzony po kaszubsku, ryba w galarecie.
– Czerpię inspiracje z różnorodnych kuchni regionalnych – mówi pan Marek. – Serwuję gościom smaki, które kiedyś mnie zafascynowały. Mam nadzieję, że zafascynują także ich.
Dania podawane są w starym młynie, ale także w pobliskiej starej chacie, w której urządzono izbę biesiadną z paleniskiem i wędzarką. Tu przyrządzane są smakołyki z rusztu. W skład kompleksu wchodzi też stara, rosyjska łaźnia. Część dawnych urządzeń zachowała się. Ciekawostek jest tu pod dostatkiem. (mo)