Siema ludziska, siema wiara!

Jest takie miejsce w Polsce, które na kilka dni co roku rozkwita i zmienia się w najpiękniejsze oraz najweselsze miasteczko pełne szczęśliwych, przyjaznych, otwartych i zadowolonych z życia ludzi. Mowa o Pol’and’Rock Festival (dawniej Przystanek Woodstock). W tym roku wybrałam się tam już po raz szósty i po raz szósty bawiłam się na tyle dobrze, że wracając do Lublina, dziwiłam się, jak szybko to minęło.


Punktualnie o 3.30 nad ranem wyjechaliśmy ze znajomymi w stronę Kostrzyna Nad Odrą i Najpiękniejszego Festiwalu Świata. Tym razem już nie autostopem bądź pociągiem, jak w latach poprzednich. Pomimo męczącego upału i zapakowanego po dach samochodu podróż minęła szybko dzięki dobremu towarzystwu i jeszcze w miarę pustym o tej porze drogom. Przy wjeździe na pole namiotowe przywitał nas Niebieski Patrol, czyli jedna ze służb porządkowych – okazało się, że to ludzie z Lublina. Spytali, czy czegoś nam potrzeba, np. do picia. Po chwili rozmowy skierowali nas prosto na tzw. pole Malinowskiego, gdzie czekali już znajomi z miejscem na namioty.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, po przyjeździe na festiwal, to ogromne morze namiotów rosnące wzdłuż i wszerz z godziny na godzinę, do którego ludzie ciągną z takim entuzjazmem i pozytywnym nastawieniem, jakiego próżno szukać na co dzień w rodzinnych miejscowościach. Nie czekając długo zapoznaliśmy się z sąsiadami, z którymi też spędziliśmy później sporo czasu, pijąc poranną kawę i bawiąc się z ich kilkuletnią córką, całkiem jak byśmy znali się całe życie. Już w tamtym momencie pomyślałam, jakim cudem ten festiwal ma status podwyższonego ryzyka. Sporą burzę wywołała też zmiana nazwy festiwalu z Przystanek Woodstock na Pol’and’Rock Festival. Ale wracając tam, jak co roku, nie zauważyłam poza tym żadnej różnicy.

Po Przebudzeniu się następnego dnia ok. 7 rano przywitał mnie upał i znajomi, którzy przyjechali w tzw. międzyczasie. W naszej nie tak znowu małej, festiwalowej rodzinie (bo ok. 30-osobowej) znalazły się zarówno osoby z Lublina, ale też z Krakowa, a nawet Wielkiej Brytanii. Jednak większość pochodziła z Koziego Grodu lub mieszkała w nim chociaż przez chwilę bądź studiowała czy pracowała. Niemal wszyscy mają swoje ambicje, marzenia i na co dzień zwykle są odpowiedzialni i pochłonięci codziennymi, zwykłymi sprawami, ale tu mogą trochę się wyluzować, pobawić się, nikomu jednak przy tym nie szkodząc. Dzięki przywiezionym z Lublina namiotom ogrodowym, plandekom, stolikom, krzesłom, pufom itp. mieliśmy dużo bardziej ułatwione życie i kawałek tak bardzo upragnionego cienia.

Aby zobaczyć i poznać atmosferę tej niezwykłej imprezy, wystarczy pójść chociażby do sklepu, czyli wielkiego, polowego supermarketu w pobliżu Małej Sceny. Robiąc zwykłe zakupy, można spotkać ludzi śpiewających, tańczących i bawiących się w kolejkach do kasy. Czas umilali też youtuberzy, którzy zostali zaproszeni w tym roku. Program festiwalu jest na tyle bogaty i przepełniony, że nawet najwybredniejsi znajdą coś dla siebie – od koncertów po spotkania z artystami, muzykami, aktorami. Ogromną wadą Pol’and’Rock jest to, że nie można zobaczyć wszystkiego na raz i ogromne, kilometrowe kolejki niemal do wszystkiego. Na szczęście nie dało się w nich nudzić.

Organizatorzy przygotowali w tym roku również specjalną aplikację na telefon z programem całej imprezy, informowała też o pogodzie, parkingach, wolnych miejscach na polu itp. Trochę bardziej leniwi mogli też w aplikacji zaznaczyć swój namiot na mapie festiwalu, żeby później szybko do niego trafić. Na pewno pomogło to wielu. Nową inicjatywą była akcja „Zaraz będzie czysto”, w ramach, której rozdawano worki na śmieci. Pomysł trafiony w dziesiątkę.

Punktualnie o godz. 17.00 1 sierpnia zawyły syreny, koncerty i wszystkie wydarzenia towarzszące zostały przerwane, a większość uczestników wstała z miejsc. Wszystko to, aby uczcić wybuch powstania warszawskiego. To kolejny moment, kiedy można zastanowić się, dlaczego ta impreza ma tak złą opinię w wielu polskich środowiskach.

W środę rozpoczęły się pierwsze koncerty na jednej z mniejszych scen tzw. Pokojowej Wiosce Kryszny. Jednak to dopiero w czwartek o 15.00 Festiwal ruszył oficjalnie, gdy na głównej scenie pojawił się Jurek Owsiak z orkiestrą i zawiadowcą kostrzyńskiej stacji PKP. Przywitał wszystkich tradycyjnym okrzykiem „24 Pol’and’Rock Festival w Kostrzynie Nad Odrą – odjazd”. W odpowiedzi ogromny tłum odśpiewał „Glory, glory hallelujach”. Niektórym mogło nie podobać się jednak to, gdy prezes fundacji WOŚP zainicjował wspólne odśpiewanie jednej z piosenek Kultu „Mój dom murem podzielony…”, ze względu na to, że większość przyjeżdża, aby odpocząć od życia codziennego, zgiełku i polityki.

Jedyne, za czym zatęskniłam podczas oficjalnego otwarcia, były przelatujące Iskry, które wymalowywały biało-czerwoną flagę na kostrzyńskim niebie. Z tego zwyczaju zrezygnowano niestety ok. 2-3 lata temu, a widok był wyjątkowy.

W tym roku organizatorzy bardzo postarali się, jeśli chodzi o staranny wybór wykonawców i brawa dla nich za to. Nie spodziewałam się nigdy, że usłyszę kiedykolwiek takie legendy rocka jak np. Judas Priest. Nie zabrakło też innych, m.in. kapeli Big Cyc. Swoje pięć minut na głównej scenie miała też wschodząca gwiazda polskiego rocka: kapela Nocny Kochanek, którą miałam okazję zobaczyć też na tegorocznych, lubelskich Medykaliach. Swoją muzyką i oryginalnymi tekstami widownię porwała też Lao Che. Z kolei w namiocie Akademii Sztuk Przepięknych również wiele się działo. Można było obejrzeć nocny spektakl w wykonaniu Teatru 6. Piętro, posłuchać zaproszonych gości, wśród których znaleźli się m.in. Artur Barciś, Dorota Wellman, Bogusław Wołoszański, Jacek Federowicz, Jerzy Górski, Anja Rubik, gen. Mirosław Różański. Wiele śmiechu zapewniły też występy stand-uperów i kabareciarzy.

Ale pomimo świetnego programu cały „Woodstock” marzył tylko o jednym – o deszczu i o nieco niższej temperaturze. W momencie, gdy słońce zachodziło chociaż na chwile i pojawiały się chmury, dało się słyszeć z każdej strony głośne oklaski i wiwaty. Ale na próżno, bo przez całą imprezę nie spadła ani jedna kropla deszczu. Nie dało się też nie zauważyć tego, że ze względu na upały ratownicy często interweniowali, czego przyczyną były pewnie udary itp. Wielką zaletą festiwalu i nieodłącznym elementem jest też Pokojowy Patrol – kolejna służba porządkowa, ratownicy, którzy pojawiają się zawsze tam, gdzie akurat są potrzebni. Czerwoną koszulkę Pokojowego Patrolu może założyć każdy po przejściu odpowiednich szkoleń medycznych które Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy organizuje przez cały rok. Na samym Festiwalu również można nauczyć się podstaw udzielania pierwszej pomocy.

Jako osoba, która od lat jeździ na różne festiwale rockowe itp. mogę śmiało powiedzieć, że na Pol’and’Rock Festival jest najlepsze jedzenie. Organizatorzy co roku oddają do dyspozycji uczestnikom ogromną wioskę z gastronomią. Menu obejmuje posiłki złożone np. z tradycyjnego schabowego, po zapiekanki, fast foody, aż do dań wegetariańskich. Nie brakuje też miejsc, gdzie można naładować telefon czy polowych sklepów z ubraniami i gadżetami. Jednym słowem załoga WOŚP, organizując tę ogromną imprezę, myśli o wszystkim, aby każdy czuł się tu dobrze i niczego nie brakowało.

Sponsorzy również się starają. Lech oferuje trzy wioski, gdzie nie tylko piwo jest do kupienia, można też zdobyć różne gadżety np. szklanki, chusty, plecaki itp. a nawet pofarbować włosy na zielono. Scena Lecha „grała” cały czas.

Jednym z wielu powodów dla których lubię tę imprezę jest to, że z obcymi ludźmi, których tam spotykam, można porozmawiać jak ze starymi znajomymi i każdy mi pomoże jeśli zajdzie taka potrzeba. Trzeba też zaznaczyć, że przyjeżdżają też ludzie w różnym wieku i całymi rodzinami. Można spotkać dzieci bawiące się wesoło podczas zajęć przygotowanych specjalnie dla nich i ludzie w wieku emerytalnym, spokojnie odpoczywający gdzieś na boku, ale też i młodzież z metrowymi irokezami rozmawiającą z księżmi i zakonnicami z pobliskiego Przystanku Jezus. Nieodłączną częścią są także przebierańcy, a ich pomysłowość nie zna granic. Widząc ich, zawsze przypomina mi się korowód rozpoczynający Lubelskie Dni Kultury Studenckiej i kostiumy studentów wymyślone na tę okazję – równie zwariowane, jak i starannie zrobione. Z kolei w strefie Monster Energy można było zobaczyć pokazy BMX, a w strefie Mastercard potrenować w plenerowej siłowni z Jerzym Górskim. Świetnie można było bawić się też w centrum Kostrzyna. W parku rozłożono maty, na których uczestniczy próbowali swoich sił w zapasach, a chętni zwiedzali ruiny Starego Miasta, twierdzę i ekspozycję w Bastionie Filip z Przewodnikiem Muzeum Twierdzy Kostrzyn. Nie zabrakło też pokazów kuglarskich.

Natomiast najgorszy był wszechobecny kurz, drapiący w gardło i ogromne odległości, które trzeba było przemierza ze względu na to, ze festiwal z roku na rok coraz bardziej się rozrasta i przyciąga coraz więcej osób, nawet z najdalszych zakątków świata. Wróciwszy do domu, sprawdziłam z ciekawości dane policji na temat imprezy – kilkaset wykroczeń, trochę przestępstw, ale myślę, że to zdarza się na każdej masowej imprezie, a jak na tak ogromny festiwal to jest i tak niewiele. Wszystko zależy od nas samych, bo warto pojechać ze znajomymi, poznać sąsiadów, pilnować się nawzajem i dzwonić do domu. O tym wszystkim nieustannie przypominał też Jurek Owsiak. Mimo że można się z nim nie zgadzać, to trzeba przyznać, że organizacja festiwalu jest na wysokim poziomie, wszystko dopięte jest na ostatni guzik, a opóźnienia koncertów – nawet kilkuminutowe – się nie zdarzały.

Ostatniego dnia, przy wyjeździe, spotkały nas korki i policja wytrwale sterująca ruchem niemal w całym mieście. Zanim zdążyliśmy się obejrzeć, byliśmy już w cichym, spokojnym Lublinie. Po wyspaniu się i odpoczynku mogłabym już wrócić na Najpiękniejszy Festiwal Świata, bo nie ma takiego drugiego miejsca, gdzie czuję się tak dobrze, swobodnie i bezpiecznie.

Joanna Niećko