Skąd się biorą szpitalne kolejki?

Mimo rygorystycznych ograniczeń w dostępie do opieki szpitalnej, a może właśnie w ich skutku – Szpitalne Oddziały Ratunkowe i Izby Przyjęć przeżywają nadal prawdziwe oblężenie. I tak jest już od wielu miesięcy, okresów ścisłego lockdownu nie wyłączając.

– Wobec zawieszenia nawet terminowych zabiegów i badań pacjenci masowo zgłaszają się do nas, licząc na ominięcie restrykcji, ale przede wszystkim na otrzymanie pomocy – mówią lekarze z SOR w Szpitalu im. Wyszyńskiego, tradycyjnie najbardziej obleganej tego typu placówce. Jednak za przeładowanie SOR-ów i wielogodzinne, tak realne, jak wirtualne kolejki nie można winić tylko ludzkiej zapobiegliwości i… desperacji. Ludzie trafiają do szpitalnych poczekalni, bo tak radzą im, a właściwie wręcz nakazują im ich właśni lekarze rodzinni, często przyjmujący zza pleksy, a całe „badanie” i „diagnozę” ograniczający do rzucenia „pan/pani jedzie na izbę, ja i tak badań nie zlecę!”. I faktycznie nie można ich nawet za to winić…

SOR – skrót na zabieg i na badania

Czytelnicy powiadomili nas o kilkunastu takich przypadkach w całym Lublinie. – Syn złapał kleszcza, nie chcieliśmy go wydłubywać ludowymi metodami, więc zgłosiliśmy się do naszego lekarza rodzinnego, oczywiście wcześniej umawiając wizytę i dokładnie tłumacząc czemu teleporada raczej nie wystarczy. Po przyjściu dowiedzieliśmy się, że mamy z kleszczem jechać… do szpitala, bo pani doktor nie dotknie nawet naszego dziecka, „bo jest COVID”. Z kleszczem! Na SOR-ze patrzyli na nas jak na wariatów, tłumacząc, że tam trafiają ludzie z zagrożeniem życia.

Czekaliśmy wiele godzin, aż w końcu pielęgniarce cały „zabieg” zajął trzy minuty – opowiada matka ze Czechowa. Okazało się, że jej syn nie był jedynym pokrzywdzonym w wyniku strachu lekarzy przed pandemią, czy też ich niechęci do pracy. Inna rodzina z przychodni przy ul. Kolorowej została odesłana z porażeniem nerwu twarzowego córki „bo i tak nic się na to nie poradzi bez badań, a na SOR-ze zrobią szybciej”. W tym przypadku jednak rodzice są… wdzięczni lekarce. – Miała rację, kilka godzin czekania na SOR-ze szpitala dziecięcego to nic wobec oczekiwania na przyjęcie w poradniach, a potem wykonanie badań – mówi ojciec dziecka.

Gdy więc złościmy się na przeładowane SOR-y czy utrudniony kontakt z naszym własnym POZ-etem bierzmy pod uwagę, że nie jest to wina samych lekarzy i personelu medycznego. Tak absurdalne i rzeczywiście groźne dla zdrowia warunki funkcjonowania ochrony medycznej – stworzyli jej organizatorzy, czyli politycy. A ciężary ponosimy wszyscy, ci w kitlach i ci w kolejkach. TAK

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here