Spalił człowieka żywcem

Mateusz G. zabił za chleb

Gwoździem do trumny Kazimierza O. miał być chleb, który pijany mężczyzna z pogardą wyrzucił na chodnik. Ten, który mu go ofiarował, wpadł w furię, okrutnie pobił, a na koniec oblał łatwopalną substancją i podpalił człowieka.

19 lat. Tyle miał zaledwie chłopak, który z zimną krwią spalił żywcem mężczyznę w parku na Górze Chełmskiej. Nie sposób sobie nawet tego wyobrazić. Tak nie postępuje człowiek, a bestia. Bestia, która już niebawem wyjdzie z klatki i powróci najpewniej do Chełma.

Tą sprawą dokładnie dekadę temu żyła cała Polska. Ofiarą był Kazimierz O. (53 lata). Mężczyzna po śmierci żony, cztery lata wcześniej, przeniósł się z miasta do domu brata w Putnowicach Wielkich pod Wojsławicami. Nie stronił od alkoholu, ale też nie robił nikomu krzywdy, nie był agresywny. W pierwszy piątek października 2010 roku przyjechał autobusem do Chełma, by wypłacić z banku pieniądze. Właśnie dostał rentę. Z kilkuset złotymi w kieszeni poszedł do znajomych. Do domu brata już nigdy nie wrócił.

Traf chciał, że w niedzielny wieczór (3 października), zmarnowany najpewniej na zakrapianym spotkaniu ze znajomymi, Kazimierz O. przysiadł przed „Żabką” przy ul. J. Młodowskiej w Chełmie. W pewnym momencie do sklepu wszedł młody chłopak, 19-letni wówczas Mateusz G. „Daj pięć złotych” – miał zaczepiać młodego 53-latek. Tamten kupił bochenek chleba i dwa browary, a następnie podszedł do Kazimierza O. i wręczył mu jedno piwo. Zapytał, czy mężczyzna ma gdzie przenocować, po czym obaj ruszyli pod górę, w stronę placu dra E. Łuczkowskiego. Po drodze Mateusz G. – jak sam później zeznał – miał dać kompanowi pieczywo, ale ten wzgardził nim i wyrzucił. To rozjuszyło 19-latka, ale pohamował się i podniósł tylko wyrzucony chleb. Dalej szli razem w kierunku bazyliki na Górze Chełmskiej. Jak wynika też z późniejszych wyjaśnień Mateusza G., chłopak dobrotliwie miał nawet proponować O., by ten – mimo że podpity – udał się do schroniska dla bezdomnych i nie spędzał nocy pod gołym niebem.

Jako że było już sporo po godz. 21:30, brama bazyliki była zamknięta. Mateusz G. postanowił wejść do parku od strony ul. Hrubieszowskiej, vis-a-vis PWSZ. Pijany Kazimierz O. podążał w ślad za nim, był jednak na tyle wstawiony, że miał trudności z utrzymaniem równowagi – potykał się i przewracał, a 19-latek go podnosił. Ale gdy tylko weszli do pogrążonego w mroku parku, G. zmienił się w potwora i zemścił na zamroczonym renciście za wyrzucony bochenek.

Trup płonął jak pochodnia

Tuż przed północą dwaj młodzi mężczyźni wracali przez park, na skróty, do domu. W pewnym momencie dostrzegli płomienie. Podeszli bliżej i przerazili się. Na trawie, nieopodal Bramy Uściługskiej, coś leżało, jakby człowiek, choć nie byli do końca pewni… To on się palił.

Pierwsi na miejsce dotarli strażacy, jeden zastęp. Gdy wyskoczyli z wozu, wzywający wskazał im drogę, jego brat w tym czasie próbował stłumić ogień. Udało się to dopiero przy pomocy ręcznej gaśnicy. Wtedy oczom strażaków ukazały się zwęglone, skurczone szczątki ludzkie. Ciało był tak małe, że niektórzy sądzili nawet, iż może to być dziecko. Z całą pewnością był to jednak człowiek – martwy, co potwierdził lekarz.

Po około 30 minutach strażacy zakończyli swoje działania i zbierali się z powrotem do jednostki. Na miejscu pozostała jedynie ekipa dochodzeniowo-śledcza z komendy miejskiej policji.

Trawa i alejka wokół spalonego ciała były całe we krwi. Obok leżały buty, skarpety, kapelusz, a trochę dalej – dowód wypłaty pieniędzy z banku z nazwiskiem Kazimierza O.

Policjanci udali się do Putnowic Wielkich, a brat O. potwierdził, że 53-latek pojechał do Chełma po rentę i już nie powrócił. Założono więc, że doszło do zbrodni na tle rabunkowym. Zabezpieczono ślady w parku, w tym nawet z barierek przy wejściu na teren „górki”, i czekano na wyniki sekcji zwłok.

Sekcja wykazała, że mężczyzna został pobity, ale bezpośrednią przyczyną śmierci był wstrząs spowodowany działaniem wysokiej temperatury i otwartego płomienia. Jednym zdaniem – Kazimierz O. został spalony żywcem. Ciało leżało na boku, z rękami przed twarzą – tak, jakby ofiara zasłaniała się przed kolejnymi ciosami. Ręce, paliczki prawej dłoni, klatka piersiowa, brzuch, biodra i uda były zwęglone, a prawa strony twarzy i głowy – bardzo mocno nadpalone.

Policjanci przesłuchali kompanów od kieliszka denata, by odtworzyć wydarzenia, które rozegrały się od piątku, gdy mężczyzna przyjechał do miasta. Kilka dni później kryminalni dostali zaś informację o młodym mężczyźnie, widzianym w towarzystwie Kazimierza O. w niedzielny wieczór. Kamera zainstalowana na budynku szkoły muzycznej zarejestrowała moment, jak pijany rencista upada, młody pomaga mu wstać, a następnie obaj wchodzą do parku.

Ustalono, że ów młodym jest Mateusz G. Szybko też okazało się, że 19-latek wyjechał z Chełma zaraz po ujawnieniu spalonych zwłok. 9 października, około godziny 6 rano, chełmscy kryminalni zatrzymali go w okolicach Warszawy. Był zaskoczony ich wizytą, nie spodziewał się, że tak szybko zostanie namierzony.

Przed prokuratorem Mateusz G. przyznał się jedynie do pobicia 53-latka. Śledczy zebrali jednak przeciwko niemu na tyle twarde dowody, że chłopak został oskarżony o morderstwo. Ustalono, że po wejściu do parku G. zaczął bić mężczyznę pięściami i łokciami, masakrując mu twarz. Nie przestawał, dopóki ofiara nie przestała się ruszać. Wtedy 19-latek przeciągnął nieprzytomnego O. z alejki na trawnik i zamierzał powiesić go na drzewie, pozorując samobójstwo (policjanci zdjęli z gałęzi i zabezpieczyli fragment sznurka). Nie było to jednak takie proste, więc oblał skatowanego człowieka „nieustaloną substancją łatwopalną” (najpewniej spirytusem) i podpalił, powodując zwęglenie skóry i mięśni. Po wszystkim uciekł.

Oskarżenie dołożyło G. jeszcze inny zarzut. Chłopak odpowiadał przed sądem za zabójstwo, a także składanie fałszywych zeznań w sprawie o posiadanie narkotyków i ucieczkę przed policją (kilka miesięcy wcześniej G. próbował wziąć na siebie winę, jakoby to on – niekarany wcześniej – przewoził odebrane od Ukraińca narkotyki).

W styczniu 2012 roku Sąd Okręgowy w Lublinie uznał Mateusza G. winnego obu zarzucanych mu czynów. Choć w świetle prawa za zabójstwo groziło mu nawet dożywocie, sąd skazał go wyrokiem łącznym na 15 lat pozbawienia wolności z wliczonym okresem aresztu tymczasowego. Mateusz G. przebywa z Zakładzie Karnym w Zamościu. Do końca kary pozostało mu jeszcze 5 lat. (pc)

W tym miejscu 19-latek spalił człowieka żywcem