Społeczny ciężar otyłości

24 października minął Światowy Dzień Walki z Otyłością. Kto na nią cierpi? W naszym kraju pół miliona ludzi – to tak, jakby aglomeracja lubelsko-świdnicka oczekiwała operacji ratującej życie. W Polsce – w skali Europy – ten problem narasta najszybciej i jesteśmy tu już o krok od USA. Dlaczego? Mówi o tym jeden z naszych czołowych autorytetów w dziedzinie bariatrii, prof. Maciej Michalik

Jak poważny jest problem otyłości w Polsce?

spolecznyOtyłość uznaje się za pierwszą globalną epidemię XXI wieku. Polska jest krajem, gdzie ilość osób otyłych rośnie najbardziej w Europie. A najszybciej tyją dzieci. Z badań wiemy, że jeśli 16-latek jest otyły, ma 99 proc. szans, że stanie się otyłym dorosłym. Wniosek: za chwilę u nas będzie tak, jak w USA. Tam już nie znajdzie się ani jeden stan, gdzie jest mniej niż 30 proc. osób otyłych. Poza tym w Polsce ludzie nie mają świadomości, że są chorzy na otyłość i że sami skracają sobie życie. Szwedzkie badania SOS (Swedish Obesity Study – przyp. red.) mówią, że ludzie otyli żyją przeciętnie od 8 do 20 lat krócej od mających prawidłową wagę ciała. Jeśli przyjąć, że mężczyźni w Polsce żyją średnio 74 lata, to w licznych przypadkach czekają ich jedynie 54 lata życia.
Najsmutniejsze, że mimo opinii lekarza o szkodliwości picia, palenia i otyłości zawsze znajdzie się ktoś obok, który pił, palił, był otyły… a dożył stu lat. Zdarzają się i takie przypadki. Najbardziej znanym człowiekiem o takich cechach był Winston Churchill. Ale chyba tylko on jeden. 99 proc. pozostałych z powodu otyłości choruje. Otyłość to ciężka choroba, która skraca życie, obniża jego jakość. Osoby otyłe są piętnowane, stygmatyzowane, gorzej pracują. Tacy ludzie zamykają się w domach, nie znajdują pracy albo ją tracą. W młodym wieku zapadają na cukrzycę, nadciśnienie, a mężczyźni stają się impotentami.

Kiedy kończy się nadwaga, a zaczyna otyłość?

Do określenia masy ciała używamy indeksu masy ciała (BMI). Norma wynosi od 19 do 25. Między 25 a 30 jest nadwaga, a powyżej otyłość. Takie osoby powinny być leczone. Trudno policzyć, ilu Polaków cierpi na otyłość. Wiem, ilu na dziś powinniśmy zoperować: ok. 450 tys. osób, a operujemy ok. 3 tys. rocznie.

Z czego ten stan wynika?

Przyczyn jest wiele. W katalogu świadczeń nie ma jeszcze chirurgicznego leczenia otyłości. Nawet jeśli te operacje wykonuje się, rozliczane są jak „forma resekcji żołądka”. Inna przyczyna to obniżona świadomość. Traktujemy osobę otyłą jak sympatycznego grubaska, a nie osobę chorą. Zalecenie, by mniej jeść i więcej się ruszać, jest dla wielu nie do zrealizowania. Bo mało kto wie, że doraźne akcje odchudzania organizm odczytuje jako próbę wyniszczenia go i zaraz uruchamia mechanizmy kompensacyjne, zapobiegające utracie masy ciała. Stąd też efekt jo-jo. I tak, do wagi np. 140 kg sprzed odchudzania dorzucamy dalsze kilogramy, po roku ważąc już 155. Trzeba się liczyć z tym, że w pewnym wieku równowaga metaboliczna organizmu ustawia się na takim poziomie, że organizm potrzebuje coraz więcej kalorii.

Czy uzasadniony jest strach pacjentów przed operacjami?

Śmiertelność, bo tego pacjenci boją się najbardziej, w operacjach bariatrycznych jest taka sama jak przy operacjach zapalenia wyrostka robaczkowego, czyli statystycznie 0,2 proc. Problem w tym, że chory ani jego rodzina nie zauważa, iż 99,8 proc. operacji idzie dobrze. Kanadyjczycy porównali 5 tys. osób otyłych, które przeszły operacje bariatryczne, z losami 5 tys. osób otyłych, które nie poddały się leczeniu operacyjnemu. Śledzono ich losy przez 5 lat. Śmiertelność w grupie osób nieoperowanych była o 89 proc. większa. Przyczyny to: nagła śmierć sercowa, zator pnia płucnego, nadciśnienie. I cukrzyca – straszna choroba niszcząca powoli: nerki, serce, oczy, nogi. Co rok mamy 2-3 przypadki, gdy na zabieg zapisuje się młoda osoba, np. 35-letni mężczyzna, a potem dzwoni rodzina i mówi, że miejsce się zwolniło, bo ten człowiek zmarł na serce… I to jakoś nie budzi zdziwienia, strachu. Te osoby nie boją się, że mogą nagle umrzeć – wydaje się im, że są jedynie pulchne. Tymczasem to ciężko chorzy ludzie, grozi im utrata życia.
Operujemy pacjentów niezależnie od wieku. Ta sprawa wymaga po prostu edukacji. Polska to kraj, w którym jest duży opór, jak wtedy, gdy w sklepikach szkolnych zakazano sprzedaży słodkich napojów i bułek, proponując wodę mineralną i sałatki. Wszyscy: uczniowie i nauczyciele bez wiedzy na temat otyłości byli przeciw, podając wszelkie argumenty. Tymczasem polskie dzieci tyją najszybciej w Europie! I każda próba powstrzymania tego jest godna uwagi.
Nawet gdy dziecko będzie mieć tę świadomość i od małego wdroży odpowiednią dietę, nie ma i tak gwarancji, że nie dorośnie jako otyłe. To kwestia nie tylko jedzenia, ale i genetyki, zaburzeń termoregulacji czy przemian lipidów.

Jak wygląda modelowa ścieżka prowadzenia pacjenta bariatrycznego?

Przede wszystkim pacjent winien podjąć świadomą decyzję, że chce się leczyć. Musi sobie uświadomić, że jest chory. Potem zbierać informacje – z wszelkich źródeł, nawet z Internetu. Powinien stykać się z ludźmi, którzy już poddali się takiej operacji albo też cierpią na otyłość. Po jakimś czasie niech się zgłosi do chirurga bariatry, najlepiej w ośrodku, który ma na koncie dużą ilość zabiegów. Takie ośrodki gwarantują największe bezpieczeństwo. Pacjent musi odbyć rozmowę z chirurgiem, wspólnie przestudiować kartę zgody na zabieg, w której wymienione są wszelkie możliwe powikłania i ryzyka. To ma być świadoma decyzja. Nie może być tak, że młoda dziewczyna, którą rzucił chłopak podejmie decyzję o zabiegu pod wpływem emocji. Musi mieć świadomość, że operacja jest skutkiem choroby. Jeżeli bariatra nie widzi przeciwwskazań medycznych (np. zaburzeń psychiki, uzależnień), wtedy taka osoba może wystąpić o zabieg. Dobrze jest to przedyskutować jeszcze z innymi lekarzami. Także rozmawiać z ludźmi, którzy takie zabiegi przeszli – po to, by wiedzieć, na co się decydujemy, jakie są konsekwencje, jak się zmienia życie pacjenta po zabiegu. I rozwiać mity, bo nie jest tak, że po operacji niczego już im nie wolno. Zabieg wykonujemy po to, by tym ludziom żyło się lepiej, i twierdzą oni, że po zabiegu zyskują nowe życie. Ważne jednak, by pacjent zapoznał się z wieloma ośrodkami bariatrii. Dlaczego? Ponieważ taka osoba niejako wiąże się z danym ośrodkiem. To leczenie wymaga kontroli w okresie pooperacyjnym.
A co z konsultacjami dietetyka, psychologa.

Czy one są obowiązkowe dla takiego pacjenta?

Powinny być obowiązkowe. Niestety, nie ma u nas systemu refundowanych porad dietetycznych czy psychologicznych. A rozmowa z pacjentem daje dużo informacji – na przykład, czy ktoś przechodził depresję. Dietetyk rozeznaje nawyki jedzenia: czy mamy do czynienia z typem, na przykład, „zjadacza słodkości”. Każdy przypadek oceniamy indywidualne. Trzeba jednak pamiętać, że ludzie z otyłością to często ludzie ubodzy. Jeżeli chirurg bariatra ma zadanie zoperować pacjenta, dla którego problemem jest zakup biletu na PKS, by dojechać do ośrodka, to często sam pełni równocześnie rolę dietetyka czy psychologa. Nie może restrykcyjnie żądać spełnienia tych warunków, których często nie da się spełnić.

Pacjentów interesuje, czy operacje bariatryczne są odwracalne. Jak to jest?

W zasadzie większość operacji jest nieodwracalnych. Jeżeli wycina się część żołądka, to on nie odrasta. Zmieniając przebieg pokarmu przez przewód pokarmowy dochodzi do pewnych zmian w tych organach, w błonie śluzowej. Ale to nie żaden defekt, chirurgia bariatryczna nie okalecza. Zawsze są pewne ograniczenia starych nawyków, lecz w medycynie jest „coś za coś”. Dzięki tym zabiegom zyskujemy zdrowie, poprawiamy jakość życia i wydłużamy je.
Jako przykład bezdyskusyjnego sukcesu bariatrii można podać casus pacjenta z Warszawy. To Jacek Strycharczuk, który przed operacją ważył 134 kg, a po już tylko 90 kg, tak więc zabieg „odjął” mu aż 44 kg. Dodał za to wiarę w siebie i radość życia. Pan Jacek skorzystał w stolicy z porady bariatry, a zabieg nic go nie kosztował – wiemy z dostępnych źródeł.
Oprac. Marek Rybołowicz

Jak to wygląda w Lublinie?

Lekarze o tej wąskiej specjalności przyjmują jedynie w dwóch prywatnych ośrodkach. Zabieg bariatryczny o dużo mniejszej skali niż ten „warszawski” kosztowałby pacjenta 6-7 tys. zł – to tzw. balonowanie żołądka – nie licząc wstępnych konsultacji oraz badań specjalistycznych przed.
Mimo społecznej wagi problemu otyłości Narodowy Fundusz Zdrowia nie refunduje takich świadczeń medycznych – dowiadujemy się w rozmowie.
– Nie ma takich umów z NFZ. W naszym systemie nie kontraktuje się usług lekarskich dla otyłości, bo jest to szeroki zakres działań interwencji chirurgicznych – mówi dr Marek Sobczuk, naczelnik Wydziału Świadczeń Zdrowotnych NFZ w Lublinie, i mimo usilnych chęci nie potrafi wskazać adresu takiego specjalisty w publicznej służbie zdrowia.