Targ powstał z popiołów

Handel wrócił na Ruską. Sprzedaż odbywa się z przenośnych stoisk namiotowych

Tydzień po wielkim pożarze wrócili na targowisko przy ul. Ruskiej. Zostali sami ze swoim nieszczęściem. Jak dotąd uprzątnęli pogorzelisko i w koszmarnej prowizorce odbudowują swoje życie. – Trudno pozbierać myśli – mówią.

Targ przy dworcu PKS doszczętnie spłonął nocą z 9 na 10 kwietnia br. Ogień wybuchł akurat po poniedziałkowych dostawach towaru. Ogień strawił stragany i kontenery z towarem za ok. 2 mln zł. Handlarze stracili często dorobek całego życia. Tydzień później targowisko ożyło. Odwiedziliśmy je w ubiegły wtorek.

Przy prowizorycznych straganach dużo klientów – starsze panie, młode dziewczyny. Po pożarze targowisko starannie uprzątnięto, ale gołym okiem widać skutki pożaru. Ocalały tylko pojedyncze kontenery i stoiska. Większość handlowców sprzedawała towar z namiotów, które udostępniła im firma Euroconsult, dzierżawca terenu. Część z nich urządziła prowizoryczne stoiska z drewna i folii. Niektórzy stali pod gołym niebem a towar ułożyli na rozkładanych stołach.

Trudno pozbierać myśli

Dymitr z Bułgarii we wtorek przed południem montował zadaszenie i przygotowywał stragan do ponownego handlu. – Handluję już w tym miejscu od 10 lat. Pełno tu Gruzinów, Bułgarów, Ormian. Jesteśmy na targu przyjaźnie nastawieni do wszystkich. Co innego do kupców „z zewnątrz” – pokazuje w kierunku dworca PKS. Większość towaru, w jego przypadku buty z nowej dostawy, stracił feralnej nocy. – Trudno pozbierać myśli, od tygodnia ledwo co śpię. Ludzie przechodzą, policja i media pytają: co?, kiedy?, jak?, ale wymiernej pomocy nie mamy – rozkłada ręce sprzedawca.

Stracił towar za 24 tysiące złotych. Została mu resztka butów. – Zarządcę terenu czy klienta, od którego zamówiłem towar, to nie interesuje. Choć osobiście mi współczuje, to płacić muszę. Mam związane ręce – dodaje.
Do Bułgarii nie ma po co wracać, tam jest dramat z pracą. Słowa wsparcia i zrozumienia go nie interesują. – Część kupców jeszcze nie wróciła. Nie mają za co kupić nowego towaru. Wielu z tych, którzy tu są, posprzedawali swoje prywatne mienie, by móc dalej pracować – wyjaśnia. Twierdzi, że gdyby handlowali tu sami Polacy, to dostaliby pomoc. Jest o tym przekonany. – My zostaliśmy sami z tym wszystkim – mówi z goryczą Dymitr.

Inni w ogóle nie chcą zamienić słowa. Irytują ich kolejne pytania o „wiązanie końca z końcem”. – A ja wiem, czy pan nie jesteś od podpalacza? – stwierdziła jedna z handlujących spodniami.

Jakoś żyć trzeba

– Handlujemy już ponad pięć lat. Już mi się nie chce nic mówić. My mamy kredyty, dzieci. Dużo straciliśmy – mówi Andrej z Bułgarii.
Powoli wracają jednak do życia. Jakoś żyć trzeba.
– Zadziwia to, że miasto praktycznie nam nie pomogło, choćby przy porządkach, tak po ludzku, że trzeba pomóc komuś w nieszczęściu – mówił inny z zagranicznych sprzedawców spodni. Żal do władz miasta mają też inni handlarze. – Bardzo mnie oburzyło, że prezydent miasta, który był na poniedziałkowym otwarciu pobliskiej studzienki na placu PKS, w ogóle nie zajrzał na teren targowiska. Dla mnie to niewyobrażalne – mówi pani Sylwia, która razem z mężem, Ormianinem, handluje przy Ruskiej od pięciu lat.