Ten rok przejdzie do historii

„Czeka nas ciekawy czas” – w taki sposób zapowiadał 2020 rok w pierwszym tegorocznym numerze „Nowego Tygodnia” autor tego tekstu. Wykrakał, bo było … znacznie ciekawiej, ale niestety również trudniej niż wszyscy się spodziewali, głównie za sprawą pandemii koronawirusa. W bardzo subiektywny sposób podsumowujemy minione 12 miesięcy i przypominamy najważniejsze, naszym zdaniem, wydarzenia: na świecie, w Polsce i w Lublinie.


W styczniu świat obiegły pierwsze doniesienia o groźnym wirusie z chińskiego Wuhan, ale wtedy jeszcze nikt nie traktował ich poważnie, choć Światowa Organizacja Zdrowia już wtedy ogłosiła alarm. – Koncerny farmaceutyczne chcą nas zmobilizować do szczepienia na grypę – taką ironiczną opinię usłyszał 1 lutego autor tego tekstu na przyjęciu imieninowym.

Uczciwie trzeba przyznać, że mieliśmy wtedy prawo do formułowania ironicznych opinii. W ostatnich latach straszono nas już ptasią i świńską grypą czy w końcu śmiercionośną ebolą, ale czarne wizje się nie sprawdzały. Tym razem było inaczej, ale zdaliśmy sobie z tego sprawę dopiero pod koniec lutego, kiedy koronawirus w ekspresowym tempie rozprzestrzeniał się we Włoszech. Wtedy na powstrzymanie epidemii było już za późno i wkrótce wirus rozlał się na cały świat.

W Polsce pierwszy przypadek koronawirusa odnotowano 4 marca, a w województwie lubelskim – 10 marca. Kilka dni później rząd wprowadził na terenie całego kraj stan epidemii, który obowiązuje do dziś. W Lublinie pierwsze dni pandemii przypominały sceny z filmów katastroficznych. Ulice miasta opustoszały, podobnie jak półki i lodówki w sklepach. Ludzie masowo wykupywali produkty mączne, czy papier toaletowy. Rząd wprowadził ograniczenia w przemieszczaniu się.

Pojawiające się w marcu głosy, że „nadeszła dżuma naszych czasów” na szczęście okazały się przesadzone. Nie zmienia to jednak faktu, że 11 marca, kiedy Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie ogłosiła pandemię koronawirusa, symbolicznie zakończył się świat, jaki do tej pory znaliśmy. Wszechobecne maski, ograniczanie swobód obywatelskich i działalności gospodarczej, zdalne lekcje i zajęcia na uczelniach, puste trybuny na wydarzeniach sportowych, koniec beztroskich podróży po świecie, a przede wszystkim nawoływanie do „dystansu społecznego” – to zjawiska, które jeszcze przed rokiem trudno sobie było wyobrazić.

– Koronawirus to największe wyzwanie od czasów II wojny światowej – powiedziała w marcu kanclerz Niemiec Angela Merkel, znana z pragmatycznego podejścia do świata i nieowijania w bawełnę. – Pandemia to najbardziej skomplikowane i najtrudniejsze wyzwanie, jakie widziałem w polityce – przyznał z kolei były brytyjski premier Tony Blair, nawiązując do tego, że rządy na całym świecie stanęły przed dramatycznym wyborem: ratować życie czy gospodarkę.

Pandemia odcisnęła piętno na wyborach prezydenckich w Polsce. Pierwotnie pierwsza tura miała się odbyć 10 maja, ale tego dnia głosowanie nie doszło do skutku. Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości wpadli na kontrowersyjny pomysł, aby odbyło się wyłącznie w formie korespondencyjnej (pocztą). Nie zdążyli jednak zorganizować „głosowania kopertowego”, m.in. z powodu sprzeciwu samorządowców, w tym prezydenta Krzysztofa Żuka, którzy nie wydali Poczcie Polskiej danych ze spisu wyborców.

Ostatecznie pierwsza tura odbyła się 28 czerwca, a druga – 12 lipca. Można było głosować korespondencyjnie i w lokalach wyborczych. Latem wydawało się, że epidemia osłabła, a Polacy oswoili się z wirusem, dlatego zdecydowana większość wyborców głosowała tradycyjne, czyli w lokalach. Walka o Pałac Prezydencki była bardzo wyrównana – w drugiej turze ubiegający się o reelekcję prezydent Andrzej Duda nieznacznie pokonał Rafała Trzaskowskiego z Koalicji Obywatelskiej. Bardzo wysoka była frekwencja, która w drugiej turze wyniosła aż 68,18 %. Warto odnotować dobry wynik Szymona Hołowni, który uzyskał 13,87 % głosów.

Do historii polskiej polityki przejdzie użyte w maju przez Tomasza Grodzkiego, marszałka Senatu z KO, odnoszące się do planowanych wyborów korespondencyjnych, sformułowanie „śmiercionośne koperty”. Kilka tygodni później śmiercionośne już nie były i Koalicja Obywatelska zachęcała do składania podpisów poparcia pod kandydaturą Rafała Trzaskowskiego. Aby nie być posądzonym o polityczną stronniczość, przypomnijmy też wypowiedziane latem słowa premiera Mateusza Morawieckiego – „wirus jest w odwrocie”. Premier chciał w ten sposób zachęcić, zwłaszcza starsze osoby, do pójścia do urn i oddania głosu na prezydenta Dudę. Wirus „w odwrocie” był bardzo krótko, bo jeszcze w lipcu krzywa zachorowań zaczęła rosnąć, a jesienią służba zdrowia osiągnęła granice wydolności, dlatego rząd przywrócił znaczną część wiosennych obostrzeń.

W kończącym się roku sporo działo się także w Lublinie. W kwietniu ruszyła długo wyczekiwana przebudowa alei Racławickich, ulicy Lipowej i ulicy Poniatowskiego. Prace wiążą się ze sporymi utrudnieniami dla kierowców, ale do ich zakończenia jest już bliżej, niż dalej (planowany termin to czerwiec przyszłego roku). Koszt inwestycji to 103,9 mln zł, z czego 85% stanowi dofinansowanie z UE.

W mijającym roku zakończyła się budowa Zespołu Szkół numer 13 przy ulicy Berylowej, w którego skład wchodzą SP nr 58 i Przedszkole nr 88. Budowa najnowocześniejszej placówki oświatowej w Lublinie pochłonęła 70 mln zł. Pod koniec listopada zakończyła się też modernizacja parku Ludowego – najdroższa z „zielonych” inwestycji Lublina. Przy okazji nie zabrakło politycznych emocji – pod koniec lutego, lubelscy radni Prawa i Sprawiedliwości złożyli wniosek do Centralnego Biura Antykorupcyjnego o skontrolowanie tej inwestycji. Powód? Budowa okazała się droższa niż pierwotnie planowano, a radni klubu Krzysztofa Żuka zgodzili się na „dołożenie” ponad 8 mln złotych do przebudowy, która ostatecznie zamknęła się w kwocie 44 mln zł.

Grzegorz Rekiel