Po trzynastu latach zapadł wyrok

Choć wielu w to nie wierzyło, udało się ustalić i doprowadzić przed sąd mężczyznę, który w 2004 r. okrutnie pobił swojego znajomego, a potem wywiózł go w bagażniku poloneza za miasto i bezwładne ciało wyrzucił na drogę, pozorując wypadek samochodowy. Byłego gangstera, który panicznie boi się spotkania w więzieniu dawnych kolegów z szajki, sąd skazał na karę 4,5 roku. Prokurator już się odwołał – chce dla sprawcy 7 lat w ciasnej celi.

Historia tego śledztwa mogłaby posłużyć za scenariusz filmowy. Zaczyna się w 2004 r. W sobotę wieczorem (18 sierpnia) Ryszard Sz. planował PKS-em udać się do swoich rodziców w Bezku. Wcześniej postanowił zahaczyć o tyły restauracji McKenzee (w podwórzu, było miejsce spotkań amatorów tanich trunków). Tam, razem z Robertem K. i Robertem P., zaczęli opróżniać butelki. Problem w tym, że mężczyzna był dłużny K. ok. 500 zł za narkotyki.
Robert K. (26-letni wówczas) działał w gangu braci G. z ul. Rampa Brzeska w Chełmie. Chłop jak dąb (195 cm wzrostu i 116 kg wagi), z wytatuowaną twarzą, który pod wpływem alkoholu i psychotropów stawał się nieobliczalny i nad wyraz niebezpieczny. Przypomniał sobie o długu i zaczął okładać Sz. po twarzy. Ryszard, który przy 175 cm wzrostu ważył 70 kg, nie miał nawet szans się bronić. Siadł na murku, a tamten bił go do momentu, aż ofiara padła na ziemię (Robert P. uznał, że woli się nie mieszać i nie chce dłużej tego oglądać, więc zmył się).

Tego samego dnia, przed północą, przez Bezek przejeżdżało małżeństwo. W pewnej chwili dostrzegli światła samochodu odjeżdżającego z pobocza drogi. Podjechali w to miejsce i zobaczyli leżącego na ziemi człowieka. Był cały zakrwawiony. Myśleli, że to ofiara wypadku drogowego i natychmiast wezwali karetkę.
Okazało się jednak, że konającym na poboczu jest pobity Ryszard Sz. Mężczyzna trafia do szpitala, ale przez ciężkie obrażenia czaszki umiera po dwóch dniach (20 sierpnia). Rusza śledztwo i brane są pod uwagę różne wątki, w tym porachunki gangsterskie. Policja zaczęła szukać tego, który porzucił ciało, pozorując wypadek, ale małżeństwo pamięta jedynie, że auto było bordowe. Ostatecznie sprawa zostaje umorzona z powodu niewykrycia sprawcy.
Prawie rok później, w czerwcu 2005 r., do aresztu za posiadanie znacznej ilości narkotyków trafia Robert P. Mężczyzna, który był świadkiem tamtego wieczoru, chcąc złagodzić karę – zaczyna „sypać”. Mówi o pobiciu i zeznaje, że dobrym kolegą Roberta K. jest Jerzy S. – właściciel bordowego poloneza. Policjanci zabezpieczają auto.
Szok. Samochód nie był czyszczony. Po prawie roku od przestępstwa w bagażniku technicy znaleźli ludzkie włosy, a na tylnym siedzeniu kroplę krwi. Problem w tym, że nie było DNA pokrzywdzonego, a zmarły dawno został pochowany.
W lipcu 2005 r. Robert K. zostaje zatrzymany i przesłuchany w charakterze świadka. Wciąż wszystkie teorie śledczy opierają jedynie na poszlakach. Nie mają żadnych twardych dowodów, by przycisnąć bandziora. Ten korzysta z tego i razem ze swoją dziewczyną ucieka do Irlandii. Tam przez 10 lat żyją szczęśliwie z zasiłku, a żona rodzi mu troje dzieci. W międzyczasie w śledztwie następuje przełom – prokuratorowi udało się dotrzeć do siostry zmarłego.

– Pobraliśmy od niej materiał genetyczny i porównaliśmy ze znalezionymi w samochodzie. Wyniki badań DNA potwierdziły stopień pokrewieństwa w 99 proc. – mówi Andrzej Lebiedowicz, zastępca Prokuratora Rejonowego w Chełmie.
Udało się też dotrzeć do innego świadka, Bogdana G., któremu K. miał chwalić się, że „dojechał Grajka” (pseudonim Ryszarda Sz.).
W 2015 r. K. zdecydował, że wraca do Polski i stara się o list żelazny (gwarancja sądu okręgowego, że podejrzany lub oskarżony do czasu prawomocnego zakończenia postępowania będzie odpowiadał z wolnej stopy). Twierdził, że to zemsta gangu braci G. – za to, że współpracował z policją i pomógł w „przyskrzynieniu” ich, mieli próbować go wrobić w śmierć Sz. Ta linia obrony szybko pękła po przesłuchaniu byłych członków gangu. 1 czerwca 2015 r. sprawa dociera na wokandę Sądu Okręgowego w Lublinie. Oskarżonemu o spowodowanie ciężkiego uszczerbku skutkującego zgonem i próbę upozorowania wypadku grozi od 2 nawet do 12 lat więzienia.
Wreszcie w ubiegły poniedziałek (6 marca) sąd orzekł wyrok: 4,5 roku więzienia. Prokurator nie zgadza się z taką decyzją i już złożył odwołanie, chcąc dla 39-letniego dziś K. kary 7 lat pozbawienia wolności.
Mężczyzna, który prawie 13 lat uciekał od odpowiedzialności za spowodowanie śmierci, panicznie boi się pobytu w celi. Jak twierdzi, w Irlandii żył spokojnie, nie popełnił żadnego przestępstwa, a teraz będzie musiał zmierzyć się z zemstą byłych kolegów z gangu, na których próbował zrzucić winę. Na dodatek znerwicowany lamentuje, bo boi się małych, zamkniętych pomieszczeń… (pc)