Urlopu nie „zakiszą”

Inspekcja pracy sprawdza zaległe urlopy samorządowców. Wójtom, burmistrzom i starostom za „kiszenie” wolnego mogą grozić ogromne kary – do nawet 30 tys. zł. Podobno niektórzy popędzili szybko na wolne.

W ciągu kadencji wójtowie, starostowie czy prezydenci potrafili „gromadzić” urlopy, które odbierali, ale w formie ogromnych ekwiwalentów na koniec kadencji. Włodarze samorządów często próbowali przekonywać, że nie mieli czasu na odpoczywanie w czasie kadencji, ale byli tacy, którzy przyznawali, że to jedyna forma ich zabezpieczenia na wypadek przegranych wyborów i utraty posady. Dzięki pokaźnym ekwiwalentom, a te sięgały nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych, mają z czego żyć, zanim znajdą nową pracę.
Państwowa Inspekcja Pracy zamierza to jednak ukrócić. Do urzędów gmin, powiatów i miast wysłała pisma, w których domaga się informacji o ilości zaległych urlopów. Na razie samych wójtów, starostów i prezydentów. Ale wkrótce będzie też pytać o ich zastępców. I chociaż sprawa wydaje się błaha, to szefom jednostek grożą bardzo wysokie kary finansowe za łamanie kodeksu pracy i kumulowanie dni wolnych – od 1000 do nawet 30 000 zł. I podobno dlatego niektórzy, tak jak starosta chełmski, czym prędzej pobiegli na odpoczynek. (bf)