Uwaga, szkarlatyna!

Po wojnie co czwarte dziecko chore na szkarlatynę umierało. Teraz rodzice zostawiają pociechy w domach, bo w przedszkolach pojawiły się przypadki zachorowań. – Nie wolno bagatelizować objawów – apeluje sanepid. Ostra choroba zakaźna najczęściej mylona jest ze zwykłą anginą.

Wydawało się, że już dawno odeszła w zapomnienie. Szkarlatyna (inaczej płonnica) – ostra choroba zakaźna, której już sama nazwa powoduje lęk, a która po II wojnie światowej zbierała żniwa, wciąż atakuje. Drogą kropelkową, głównie najmłodszych. Dyrekcja i nauczyciele kilku przedszkoli miejskich informują rodziców, że w placówkach pojawiły się przypadki zachorowań i apelują o zwracanie uwagi na niepokojące objawy.
– Choroba najczęściej atakuje dzieci w wieku od dwóch do dziesięciu lat. Wywołuje ją bakteria, paciorkowiec z grupy A. Okres wylęgania się trwa od dwóch do pięciu dni. Pierwsze objawy to dreszcze i bóle mięśniowe oraz wysoka gorączka i ból gardła, dlatego jest często mylona z anginą. Później pojawia się charakterystyczna wysypka w postaci wybroczyn na zgięciach łokcia, pośladkach, podbrzuszu, pachwinach, pod kolanami czy na twarzy (na policzkach, bez tzw. trójkąta Fiłatowa, czyli nosa i okolic ust). Następnie następuje złuszczenie skóry. Najbardziej charakterystyczne są jednak przekrwione gardło i migdałki oraz obrzęknięty, malinowy, z nalotem języka – opisuje przebieg choroby dr Lech Błazucki, dyrektor Miejskiego Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Chełmie.
Mimo że dziś szkarlatynę można wyleczyć antybiotykiem, pod żadnym pozorem nie wolno jej lekceważyć. Najważniejsze jest jak najwcześniejsze rozpoznanie choroby i prawidłowe leczenie. Lek powinien być podawany od 10 do 14 dni, bo w przeciwnym wypadku może okazać się, że zakażony bakterią stał się nosicielem – sam nie choruje, ale zaraża innych. Na dodatek osłabione po chorobie dziecko, które zbyt wcześniej wraca do przedszkola, od razu łapie inne infekcje. Dlatego dla bezpieczeństwa wymagana jest izolacja dziecka nawet do 2 tygodni po wyleczeniu.
– Nie wolno bagatelizować objawów – przestrzega Elżbieta Kuryk z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Chełmie.
Nieleczona lub leczona nieprawidłowo choroba może wywołać groźne powikłania: zapalenie nerek, węzłów chłonnych, gorączkę reumatyczną. Może prowadzić do sepsy, a nawet śmierci.

Winni rodzice?
W 2016 r. sanepid odnotował 10 przypadków zachorowań na terenie miasta i powiatu, rok wcześniej – 37. Tendencja malejąca jest widoczna, ale propagowane ruchy antyszczepieniowe budzą niepokój. – Dzięki wprowadzeniu obowiązkowych szczepień sytuacja epidemiologiczna w Polsce się polepszyła. W przypadku wirusowego zapalenia wątroby typu B najpierw zdarzały się pojedyncze przypadki, a od około 2000 roku dzieci nie chorują wcale – wyjaśnia E. Kuryk.
Lekarze mówią wprost – nieszczepienie dziecka to skrajny brak odpowiedzialności rodziców. Wzorce z USA nijak przekładają się na nasze, polskie, realia, a rodzice, którzy się nimi kierują wykazują się jedynie brakiem podstawowej wiedzy. W prawie wszystkich przypadkach sepsy okazywało się, że dzieci nie były szczepione.
Obecnie sanepid prowadzi 43 postępowania administracyjne w sprawach o nieszczepienie, mimo obowiązku. W 2013 r. odnotowano jedynie 4 przypadki opornych rodziców, w 2014 r. już 19, w 2015 r. – 20, w 2016 r. – 12, w tym jak dotąd 2. (pc)