Volkswagen T-Cross 1,0 115 KM

Nie do końca wiem, w jakim celu powstał niewielki crossover zbudowany na płycie Polo. T-Cross jest łudząco podobny do nieco większego T-Roca, ma niemal identyczne wnętrze, ale jest wyraźnie od niego uboższy w zaawansowane systemy. Nie zamówimy go też z napędem 4×4, co akurat dziwne nie jest, bo zdecydowana większość klientów wybiera auta bez tego udogodnienia.

Nadwozie i wnętrze

Pamiętam czasy, gdy już z daleka i na pierwszy rzut oka można było ze 100-procentową pewnością nazwać model nadjeżdżającego auta. Dzisiaj nie jest to już takie proste, bo producenci zatracili się nie tylko w mieszaniu między segmentami, ale też dają klientom bardzo podobne produkty, które różnią się między sobie ledwie detalami. Tak jest w przypadku Volkswagena T-Crossa, który jest mniejszym i młodszym bratem T-Roca.

Co zaskakujące, wymiary i rysunek wnętrza dwóch aut jest niemal identyczny, choć zbudowano je na różnych płytach podłogowych (T-Crossa na Polo). Identyczne mają też przody, a jedyne, co je odróżnia. to ścięty tył w T-Rocu. I tu nasuwa się pytanie: po co budować na pozór dwa identyczne modele pod różnymi nazwami? Odpowiedź nie jest prosta, tak samo jak zaszeregowanie T-Crossa w którymś z segmentów, więc nie będziemy się na tym skupiać. Zobaczmy, co to auto ma do zaoferowania.

Kabina w iście volkswagenowskim stylu jest wzorem prostoty (by nie napisać: brakiem polotu) i ergonomii, ale tak wyglądają dziś wnętrza wielu marek. Wnętrze zapewnia optimum przestrzeni dla czterech dorosłych osób, fotele są wygodne, mają duży zakres regulacji. Materiały na desce rozdzielczej są dobrej jakości, gorzej z tymi na boczkach drzwi. Z zewnątrz nie jest źle, bo T-Cross wygląda o wiele lepiej od Polo, na którym bazuje. Dzięki pudełkowatemu kształtowi nadwozia we wnętrzu jest dużo miejsca, a auto wygląda na większe, niż jest w rzeczywistości. Uzbrojenie w pakiet R-Line dodaje dynamiki i mocy, choć pod maską żaden potwór nie drzemie.

Silnik i skrzynia biegów

Do napędu testowego T-Crossa użyto benzynowego silnika o pojemności 1,0 litra i mocy 115 KM, który sprzęgnięto z 7-stopniowym automatem DSG. W dużej mierze dzięki skrzyni auto może się pochwalić całkiem przyzwoitymi osiągami: pierwsza setka na wirtualnym liczniku pojawia się po ok. 10,5 s. Trzycylindrowiec brzmi całkiem znośnie i chętnie reaguje na wciskanie pedału przyspieszenia. Nie jest jednak wolny od wad – lubi sobie wypić. Średnie spalania oscylujące w okolicach 8,5 – 9 litrów benzyny nie jest wynikiem nawet przyzwoitym.

Zawieszenie i komfort jazdy

T-Cross z zasady jest proponowany kierowcom, którzy nie jeżdżą poza utwardzonymi szlakami, więc na próżno szukać w konfiguratorze napędu 4×4, choć spory prześwit mógłby to sugerować. Ten crossover prowadzi się jak każdy inny Volkswagen, czyli niezwykle lekko i przewidywalnie.

Zawieszenie zestrojono w taki sposób, by kierowca nie musiał obawiać się, że wypadnie na pierwszym szybkim zakręcie. Przeciwnie, auto daje dużo frajdy z jazdy i nawet w ostrych wirażach nie ma tendencji do nadmiernych przechyłów. Ale jeśli przesadzimy z prędkością, zaczyna płużyć przodem, więc nawet jeśli wypadniemy z drogi, przywalimy w rów czy drzewo przodem, a więc w najlepszy możliwy sposób.

Wyposażenie i cena

Dochodzimy do punktu, gdzie wszystkie zalety i wady T-Crossa są wyceniane. Podstawowa jego wersja, ze słabszym silnikiem o mocy 95 KM i z pięciobiegową skrzynią kosztuje 74 390, czyli tak sobie. Gdy doposażymy auto, dołożymy pakiet R-Line, automat i kilka gadżetów, cena szybko winduje w okolice 110 tys. zł. Mając ciągle w pamięci, że to auto zbudowano na platformie Polo, a więc auta z segmentu B, robi się już nieco snobistycznie. Ale trzeba przyznać, że ten kolor lakieru do charakteru auta pasuje idealnie.