Ważne, kto liczy głosy!

Kiedy zaczyna się mecz, dobrze, jeśli wszyscy zainteresowani wiedzą, czy mają grać w piłkę nożną, koszykówkę, polo czy hokeja. Tymczasem niespełna rok przed wyborami samorządowymi Prawo i Sprawiedliwość postanowiło zmienić zasady rozgrywek, przedstawiając propozycje zmian w Kodeksie Wyborczym, a także w ustawach samorządowych. Protestuje opozycja, Państwowa Komisja Wyborcza komentuje dosadnie, że „projekt pisał jakiś mały Kazio” i nawet koalicjanci PiS mają wątpliwości, czy cała operacja w ogóle jest możliwa do przeprowadzenia.


Żukowi zostaną dwie kadencje?

Najpoważniejsze zmiany to m.in. zakaz pełnienia funkcji prezydenta miasta/burmistrza/wójta dłużej niż przez dwie kadencje, przy czym limit ten będzie liczony dopiero wyborów w 2018 r. Nie wyeliminuje więc dotychczasowych włodarzy, takich jak Krzysztof Żuk. Nie będzie można kandydować równocześnie na różne szczeble samorządu, a więc tak, jak zdarzyło się również Żukowi czy jego rywalowi Grzegorzowi Muszyńskiemu, prowadzącym listy swoich partii do sejmiku przy jednoczesnym starcie na prezydenta. Zasadnicze zmiany zajść mają w procedurach wyborczych – za przeprowadzenia wyborów, w tym powołanie obwodowych komisji, odpowiadać miałaby wyłącznie Państwowa Komisja Wyborcza i Krajowe Biuro Wyborcze, a nie władze samorządowe (komisarzami wyborczymi nie musieliby być, jak teraz, sędziowie, a jedynie prawnicy powoływani przez KBW w nowym składzie).

Partie wezmą wszystko

To właśnie komisarze mieliby m.in. określać granice okręgów wyborczych i ograniczyć od 3 do 7 ilość mandatów (obecnie w wyborach, do Sejmiku Województwa jest pięć okręgów, w których wybiera się od 5 do 9 radnych, do Rady Miasta Lublin – sześć okręgów – w każdym od 5 do 6 mandatów). Mniejsze okręgi wzmacniają szanse dużych partii, w tym oczywiście przede wszystkim PiS, na uzyskanie samodzielnej większości w poszczególnych radach. Z wyborów do rad gmin znikną z kolei niepartyjne komitety wyborcze wyborców wystawiające kandydatów w jednomandatowych okręgach, te bowiem zostaną zlikwidowane i zastąpione wyborami proporcjonalnymi z list partyjnych. Inicjatorzy zmian dużo uwagi poświęcają zmianom technicznym, jak przezroczyste urny do głosowania (w rzeczywistości powszechnie już dziś używane), instalacja kamer w lokalach wyborczych i pomysł wprowadzenia dwóch komisji – jednej do obsługi samego głosowania i drugiej liczącej jedynie głosy.

Tam, gdzie się nie uda

Równocześnie PiS zaproponowało zmiany w organizacji prac samych rad, dookreślając wielkość klubów radnych, i wydzielając dotychczasowe biura rad i sejmików w samodzielne jednostki organizacyjne, podległe poszczególnym przewodniczącym. Jasno miałyby też być deklarowane role w radach, a radni musieliby wprost określać się, czy uważają się za opozycję, czy popierają samorządowe organy wykonawcze. Opozycja zyskałaby ustawową, a nie tylko zwyczajową gwarancję obsady funkcji przewodniczącego komisji rewizyjnej, a także otrzymałaby możliwość wprowadzania na każdym posiedzeniu rady jednego punktu, który nie mógłby być usunięty głosami większości z porządku obrad, co brzmi tak, jakby projekt ten podyktowali partyjnym kolegom lubelscy miejscy radni PiS, wiecznie skarżący się na blokowanie ich inicjatyw przez ratuszową większość. Mieszkańcy wreszcie mieliby gwarancje obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej w sferze budżetu obywatelskiego (w Lublinie oba te rozwiązania z mniejszym lub większym powodzeniem funkcjonują) oraz udziału w obowiązkowej, dorocznej debacie o stanie samorządu. Słowem, PiS wie, że nie wygra wielu wyborów prezydenckich czy nawet do sejmików, chce jednak zdobyć kadrowo-propagandowe przyczółki jako opozycja, gdyby znowu nie udało się np. w Lublinie czy na Lubelszczyźnie.

Zjednoczona opozycja (i część koalicji)

Przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński skrytykował projekt, ostrzegając, że „może on zdestabilizować proces wyborczy”. Przeciw jest cała opozycja (przy najdłuższych wahaniach ze strony PSL), a nawet KUKIZ’15. Lider tej formacji, Paweł Kukiz, zażądał ogólnopolskiego referendum w sprawie zmian. Nawet lubelski senator koalicyjnej partii Jarosława Gowina (Porozumienia) – prof. Andrzej Stanisławek, propozycje w zasadzie poparł…, ale wcale się z nich nie ucieszył! Zgłosił też własne postulaty, jak wydłużenie kadencji samorządów z 4 do lat 5 czy zwiększenie nakładów na budżety obywatelskie. Najciekawiej jednak zabrzmiał głos senatora w sprawie JOW-ów, które najpierw poparł, deklarując, że chciałby, aby „było ich jak najwięcej”, a następnie podkreślił, że równocześnie jest za ich likwidacją, „bo się nie sprawdziły”. Bardziej doświadczeni samorządowcy i parlamentarzyści mają w tych sprawach nieco bardziej zrównoważoną opinię.

Dużo zapłacimy – nic się nie zmieni?

– Przede wszystkim projekt PiS wydaje się być ekstremalnie trudny w realizacji, zwłaszcza w czasie pozostałym do wyborów: całkiem nowe procedury, organy wyborcze w zmienionym kształcie, nawet nowe okręgi wyborcze i przede wszystkim nowi (?) ludzie próbujący to wszystko zorganizować. Wydaje się więc, że zmian nie uda się przeprowadzić całościowo i w całym kraju, co tylko pogłębi chaos. A wszystko to będzie bardzo drogie – według bardzo ostrożnych szacunków nawet od 2 do 4 razy droższe niż obecnie – uważa Adam Rychliczek, były senator, wójt i starosta chełmski, radny wojewódzki PSL, aktywny na różnych szczeblach samorządów od początku ich istnienia. Jego zdaniem co najmniej nieprzemyślane jest też wykluczenie czynnika sędziowskiego, który dotąd niejako stabilizował system i równoważył różne interesy partyjne. – Fatalnym będzie na pewno likwidacja JOW-ów w gminach i ich upartyjnienie, przez które wiele wartościowych osób, nie chcąc utożsamiać się z programami partyjnymi, zniechęci się do aktywności samorządowej – uważa Rychliczek. Wśród pomysłów poselskich widzi on jednak także kilka pozytywów, jak choćby zakaz jednoczesnego kandydowania na różne szczeble (w swoim czasie start wójtów w wyborach do rady powiatu chełmskiego i konieczność wygaszania im następnie mandatów praktycznie sparaliżował radę). – Z całego projektu wyziera ogromny brak zaufania, co tylko zwiększy koszty tych wszystkich dodatkowych urządzeń rejestrujących. Tymczasem wiadomo przecież, że skoro nie da się stworzyć w tak krótkim czasie zupełnie nowego systemu elektronicznego obsługi wyborów, to głosy po staremu liczone będą ręcznie, procedury się opóźnią, znowu pojawią się podejrzenia i oskarżenia, czyli efekt „większej transparentności” po wydaniu milionów złotych i tak nie zostanie osiągnięty – podsumowuje Rychliczek.
PiS upiera się jednak, że zdąży przed jesienią 2018 r., a zatem wybory samorządowe mogłyby odbyć się już 20 października. TAK