Wirus pogrąża lotnisko

Każdy dzień pustki na lotnisku generuje olbrzymie straty

Port Lotniczy Lublin od miesiąca jest zamknięty pogłębiając swoje straty. Czy spółka, do której udziałowcy, czyli miasto Lublin i Samorząd Województwa, a de facto my, podatnicy, dokładamy co roku po 30 mln złotych, próbuje coś zrobić, by je ograniczyć? Może zmniejszyła wynagrodzenia zarządu, wysłała pracowników na urlopy, a może rozwiązała jakieś umowy, czy wręczyła wypowiedzenia? – Spółka podjęła konkretne działania umożliwiające obniżenie kosztów działalności, między innymi poprzez ograniczenie czasu pracy i wynagrodzeń wszystkich pracowników – zapewniono nas ostatnio w PLL.

Ostatni samolot pasażerski wylądował Świdniku 15 marca. Do tego czasu w marcu PLL odprawił niespełna 10 tysięcy pasażerów, a od początku roku 59 tysięcy. Kiedy ponownie wznowiony zostanie ruch lotniczy, jak będzie wyglądała siatka połączeń tego nie wie nikt, bo pandemia koronawirusa zdemolowała lotniczy rynek na całym świecie. Dla PLL, który w normalnych warunkach poprzednie lata kończył na ok. 30 mln. minusie każdy kolejny tydzień przestoju oznacza dodatkowe, olbrzymie straty finansowe.

Dotąd cierpliwie pokrywali je główni udziałowcy czy miasto Lublin i Samorząd Województwa Lubelskiego, bo podejmując decyzję o powołaniu spółki i budowie lotniska wszyscy byli świadomi, że trzeba będzie do niej dokładać, ale i tak będzie to z korzyścią dla gospodarki regionu. Nikt nie był jednak przygotowany na straty jakie przyniesie obecna sytuacja.

Oszczędzanie przez analizowanie….

Port w zasadzie od miesiąca nie ma żadnych przychodów, a ponosi koszty związane z utrzymaniem lotniska w minimalnej gotowości operacyjnej i wynagrodzeniami pracowników oraz zarządu. To w sumie ok. 240 osób, w tym: Służba Ochrony Lotniska – 74 osoby, Lotniskowa Służba Ratowniczo-Gaśnicza – 39 osób, Obsługa Naziemna – 44 osoby, Obsługa Techniczna – 42 osoby, Dział Informatyczny – 6 osób, Dział Handlowy – 8 osób, Informacja lotniskowa – 8 osób, Administracja – 14 osób. Jest jeszcze zarząd, który mimo strat został w ubiegłym roku powiększony z dwóch do trzech osób. W sumie spółka na wynagrodzenia wydaje rocznie ok. 14 mln złotych, czyli ok. 1,2 mln miesięcznie.

Czy w czasie przestoju stara się w jakiś sposób ograniczyć te koszty? Czy może pracownicy zostali wysłani na urlopy, a może rozwiązano jakieś umowy zlecenie czy wręczono wypowiedzenia, skoro firma pracuje w mocno okrojonym zakresie? Może członkowie zarządu są na urlopach albo w związku z mniejszym obciążeniem pracą obniżyli sobie pensje? Te pytania regularnie zadajemy rzecznikowi PLL Piotrowi Jankowskiego do świąt niezmiennie słyszeliśmy, że spółka dokonuje bieżącej analizy sytuacji szukając zminimalizowania kosztów, a zarząd pracuje normalnie, choć głównie zdalnie, ale na posiedzenia członkowie stawiają się osobiście.

– Pracownicy zdają sobie sprawę z obecnej nadzwyczajnej sytuacji i również mając na uwadze interes pracodawcy wykorzystują urlopy, część osób wykonuje pracę zdalnie. Trzeba jednak pamiętać, iż spółka, jako pracodawca, zgodnie z przepisami prawa pracy, nie może zmusić pracowników do wykorzystywania urlopów wypoczynkowych nawet w tym trudnym okresie – tłumaczył nam przed świętami Piotr Jankowski. – Jeśli chodzi o urlopy zarządu, to żaden z członków zarządu nie jest zatrudniony na podstawie umowy o pracę i urlop im nie przysługuje.

Dopiero w ubiegłym tygodniu poinformowano nas, że spółka podjęła działania umożliwiające obniżenie kosztów działalności, między innymi poprzez ograniczenie czasu pracy i wynagrodzeń wszystkich pracowników. Ale czy to pomoże by przetrwać? Czy udziałowcy będą w stanie wyłożyć dodatkowe miliony, by zasypać finansową dziurę i utrzymać spółkę, w sytuacji, kiedy budżety samorządów też zostały uszczuplone w wyniku epidemii? Pewnie nie będą mieli wyjścia, ale i oni, i my podatnicy, którzy dokładają do spółki, mają prawo oczekiwać od jej zarządu konkretnych działań, nawet tak bolesnych jak cięcia wynagrodzeń (zaczynając od zarządu), czy ograniczenie liczby pracowników, by te straty spowodowane epidemią na ile można minimalizować, a nie tylko analizować.

Już na początku roku marszałek Jarosław Stawiarski zapowiedział wprowadzenie planu naprawczego dla lotniska. – Prezydent Lublina jest otwarty i także ma krytyczny stosunek do tego, co się dzieje w spółce. Ale jest coś, co się nazywa „imposybilizmem”, czyli niemożnością zrobienia czegoś pozytywnego na tym lotnisku, bo ciągle temu zarządowi jest pod górkę. My uważamy, że można trochę inaczej zarządzać tym lotniskiem, przede wszystkim liczbą pracowników. To nie może być 250 pracowników, tylko zdecydowanie mniej. Od tego należy zacząć – mówił na styczniowej sesji sejmiku Stawiarski, ale na zapowiedziach się skończyło.

Według naszych szacunków, opartych na przychodach PLL z 2018 roku (za ubiegły rok spółka ich jeszcze nie ogłosiła), można przyjąć, że spółka na przestoju traci codziennie ponad 30 tys. zł. Czy jeszcze ma płynność finansową? Jaką stratą zamknęła ubiegły rok? PLL nie chce tego ujawnić, zasłaniając się, że sprawozdania finansowego nie zatwierdziło jeszcze walne zgromadzenie. Chyba powinno ono odbyć się szybciej, niż, jak to jest zazwyczaj, w czerwcu, bo sytuacja wymaga pilnych i odważnych decyzji, a chyba nikt nie ma wątpliwości, że w takim kształcie PLL działać dłużej nie może. JN