Wójt poszedł „w ciemno”, teraz żałuje

Przebudowa drogi gminnej biegnącej wzdłuż rampy kolejowej w Woli Uhruskiej od wielu lat jest jedną z priorytetowych inwestycji gminy, która z różnych względów nie może dojść do skutku. Ostatnio pojawiła się duża nadzieja na jej realizację, ale emocje w momencie ostudził powiatowy rzeczoznawca, który nikomu niepotrzebne rowy i zniszczony bruk wycenił na ponad 600 tys. zł.

Droga, o której mowa biegnie wzdłuż torów i łączy drogę wojewódzką z powiatową. Jej stan jest opłakany, bo utwardzenie ze starej kostki brukowej lata świetności ma już dawno za sobą. Gmina od wielu lat próbowała pozyskać środki na jej remont, ale na drodze ku temu zawsze stawał jeden problem – teren nie należał do niej, a do PKP. Gdy niedawno w końcu udało się dojść do porozumienia z kolejarzami, którzy zgodzili się odstąpić drogę, pod nogi gminnych urzędników została rzucona kolejna kłoda.

Otóż PKP za drogę trzeba było w pierwszej kolejności zapłacić. Wiedział o tym wójt, Jan Łukasik, który niewiele się zastanawiając, zwrócił się do biegłego rzeczoznawcy powiatowego o dokonanie wyceny gruntu. Jakież było jego zdziwienie, gdy ten przedstawił mu dokument opiewający na ponad 600 tys. zł! Z tego sam teren oszacowano na 124 tys. zł, zaś to, co znajduje się na nim, czyli stara kostka brukowa, walące się przepusty czy stare betonowe słupy elektryczne wyceniono aż na 450 tys. zł.

– Czy pan wójt nie popełnił błędu polegającego na niezachowaniu właściwej kolejności w tym przedsięwzięciu? – dopytywał na sesji Tadeusz Pawłowski, który zwracał uwagę na to, że przed przystąpieniem do tej inwestycji, najpierw należało poznać wszystkie jej koszty, a dopiero potem w nią wchodzić.

– Faktycznie, mamy z tym wielki kłopot – przyznał wójt. – Sytuacja wygląda tak, że niezależnie od tego, czy będziemy robić ten remont czy też nie, wszystko wskazuje na to, że pieniądze PKP zapłacić będziemy musieli. Kolejny problem jest taki, że ewentualna dotacja na tę inwestycję wyniesie nie zakładane 60 a 50 procent. Oczywiście zrobimy wszystko, by przekonać kolejarzy, by zrezygnowali z pieniędzy za infrastrukturę, ale czy to się uda – nie wiem. Jeśli PKP się nie zgodzi, będziemy dążyć do rezygnacji z tej inwestycji, ale przyznaję, że obecnie nie mam pomysłu, jak z tego sensownie wybrnąć.

Sądziłem, że rzeczoznawca wyceni metr drogi na 5, góra 6 zł, a nie na 11,50 zł. Taka kwota to szok i jest oczywiste, że gdybym wiedział o tym wcześniej, nie zawracałbym sobie tym w ogóle głowy – tłumaczył Łukasik, a na koniec poprosił, by radni zdecydowali, czy gmina ma złożyć wniosek o dofinansowanie do tej inwestycji, czy też z niego zrezygnować. Większość radnych opowiedziała się za tym, by ubiegać się o pieniądze i – jak tłumaczył radny Mariusz Karpowicz – ewentualnie później zrezygnować z dotacji, skoro gminę to nic nie kosztuje. Stanisław Typiak, który od wielu lat zabiegał o remont rzeczonej drogi, stwierdził, że jedyną winę za taki stan rzeczy ponosi… starosta.

– Niech pan przewodniczący – zwrócił się do Mariana Łubkowskiego – porozmawia ze starostą i przekona go, by wpłynął na rzeczoznawcę i przekonał go do zmiany wyceny – mówił Typiak. – Nie bardzo wiem, w oparciu o jakie kompetencje wyznacza mnie pan do tej roli, ale oczywiście porozmawiam ze starostą. Nie sądzę jednak, by nawet on miał wpływ na niezależnego przecież biegłego rzeczoznawcę, który swoją wycenę sporządził w oparciu o przepisy prawa – odpowiedział przewodniczący. Dyskusję zakończył T. Pawłowski.

– Na takich zasadach jestem zdecydowanie przeciwny tej decyzji. Proszę mi wyjaśnić, jak mamy wytłumaczyć naszym mieszkańcom fakt, że gmina z ich pieniędzy będzie musiała wyłożyć ponad 600 tys. zł na coś, co może w ogóle nie mieć szansy na realizację – pytał radny, ale odpowiedzi nikt z zebranych już mu nie udzielił. (bm)