Zafascynowany Leonardem Cohenem

Naszym zdaniem „A recipe for Leonard Cohen” śmiało może reprezentować lubelski teatr na całym świecie

Czy premierowe pokazy 28 i 29 marca (także kolejne 8 i 9 kwietnia) są początkiem innej drogi w karierze Łukasza Witt-Michałowskiego? Jego nowe przedstawienie w Centrum Kultury daje dowód fascynacji dorobkiem muzycznym Cohena. Tym spektaklem, z właściwą sobie wrażliwością, składa hołd światowemu bardowi i jego twórczości.

„A recipe for Leonard Cohen” jest całkiem odmienną niż dotychczasowe propozycją Sceny InVitro z Centrum Kultury w Lublinie. Łukasz Witt-Michałowski ma w swym dorobku wiele inscenizacji dramatów (m.in. „Lizystrata”, „Aporia 43”, „Liza”, „Ponowne zjednoczenie Korei”). Obecna jego sztuka wychodzi poza reżyserski mainstream w stronę gatunku muzycznego. Autor przybliża w nim szczególny okres życia kanadyjskiego pieśniarza. Nie dokonałby tego bez zjawiskowej artystki. Matylda Damięcka – aktorka stołecznych scen, obdarzona głosem mocnym, szorstkim ale ciepłym zarazem, podnosi walory tej sztuki.
Miejscem akcji jest klasztor Zen na górze Mount Baldy w Kalifornii. Tutaj Cohen od 1993 roku wiódł życie w odosobnieniu. Dlaczego osiadł właśnie w buddyjskim zgromadzeniu? Twierdzi, że zmęczony karierą w show-business odnalazł w nim ciszę i spokój.

Spokój Jikana

Owalny ekran nad sceną pokazuje nam obrazki z okresu życia, gdy nasz bohater przez 5 lat znany był braciom klasztornym jako Jikan. Co to imię oznacza? To po japońsku rodzaj spacji, cisza między wymawianymi słowami.. Ilustracje nad sceną ukazują go w uduchowionej roli.

Głównym miejscem inscenizacji jest klasztorna stołówka, gdzie pośrodku sceny stoi posąg Buddy. Za jego plecami są rozsuwane, bambusowe drzwi do kuchni. Właśnie tam Cohen-mnich pełnił posługę, wydając posiłki. I pewnego dnia gdzieś przepadł. A głodni zakonnicy, 7 postaci na scenie, trzymając w dłoniach drewniane miski, siedzą i medytują.
Ich buddyjskie murmorando „Oum…” stopniowo przechodzi w „Amm…” W tym stanie mnisi wpadają do kuchni, gdzie wśród pustych garów odnajdują instrumenty muzyczne. Stwierdziwszy, że Jikan nie powróci, snują swoistą narrację na temat jego barwnego życia, nim wstąpił do klasztoru. W tej opowieści zostają przywołani giganci światowej estrady mający wpływ na Cohena – owi „królowie życia” odwiedzali Jikana w jego samotni. Częściowo jest to ich pean dla bohatera, po części jakiś wyrzut sumienia wobec upadłego anioła. Czyżby poddał się? Uległ?

Bob Dylan, Iggy Pop i inni

Na tle zdjęcia amerykańskiego barda w jego ducha wciela się pierwszy z mnichów. Zrzuca zakonną szatę i odsłania kostium estradowy Boba Dylana. Bierze do rąk akordeon i zaczyna grać „Everybody knows” – szlagier Leonarda Cohena. Pozostali bracia dołączają doń ze swymi instrumentami. A głosu Jikanowi w tej scenerii użycza Łukasz Witt-Michałowski. Ten utwór szczególnie dobrze pasuje do barwy głosu wokalisty: niskiej i ciepłej, cohenowskiej. Jego śpiew towarzyszy tu dalszym wspomnieniom gwiazd z konstelacji kanadyjskiego poety.

Wkrótce, gdy projektor wyświetla zdjęcie Iggy’ego Popa, drugi mnich zsuwa z siebie buddyjski habit. Pod nim ma strój identyczny, jaki nosił amerykański idol muzyki punk i nowej fali. Słyszymy pierwsze takty pieśni „Never any good”.

Gdy kończy, trzeci z mnichów zrzuca togę. Pod nią jest jakiś niedbały ubiór, bo na ekranie jawi się skromny i ponury Tom Waits – mistrz ballady. Zaczyna się utwór „First we take Manhattan” – od niego Witt-Michałowski datuje swoje zauroczenie Cohenem.

Po tym, kolejny mnich zdejmuje szatę, a na ekranie pojawia się ze swoim wspomnieniem Nick Cave. Teraz słyszymy utwór „Almost like the Blues”. Wkrótce i piąty towarzysz zrzuca kaszaję, a nad sceną widać postać Petera Gabriela. Ten oddaje najgłębszy hołd Jikanowi: „Każdy, kto usiadł kiedyś przed pustą kartką starając się napisać wiersz lub piosenkę, siedział w cieniu góry, którą jest Cohen. Znał dokładnie wagę i zapach każdego słowa czy frazy, którą używał i stosował z precyzją chirurga. Jego unikatowy głos kreśli niezapomniane obrazy, które zostaną ze mną i moim pokoleniem…” i zaczyna się pieśń „Future”.

Wreszcie wchodzi mnich cytujący znamienną opowieść Jikana. Oto trzej chasydzi hałasują pod klasztorem, słyszeli bowiem, że w tym miejscu jest Żyd i jego dusza zapewne potrzebuje zbawienia… Jikan ucisza te misjonarskie zapędy, zabiera ich do swojego lokum, pokazuje menorę na święto Chanuki, którą pali tej nocy i nagle dzieje się impreza, kiedy to przy butelce whisky i cygarach śpiewają i tańczą całą noc – kończy Jikan. A wspominający go mnich ukazuje spod kaszai… strój chasyda. Towarzyszy temu utwór „Who by fire” – o przeznaczeniu. Do mikrofonu najpierw tylko sączy się, później wybucha ekspresją głos Matyldy Damięckiej. Kończy pieśń przejmującą wokalizą, jakimś żydowsko-orientalnym zaśpiewem.

Bo jest tu i kształtna mniszka

Ów chasyd przytacza fragment poezji Jikana, w której dominuje zmysłowa kobieta i jej „słowa odważne i słodkie, gdy w pościeli wymiętej […] tak namiętnie, a limuzyna czekała pod oknem”. Jej symboliczna postać-pokusa dołącza do niego na scenie. Wspominają, jak to ich Nowy Jork gonił za forsą i seksem, a wyrobnicy piosenek zwali to wszystko miłością… Cóż, strofy poezji Cohena przesyca nie tylko egzystencjalna głębia, ale i ogień erotyzmu.
Bo oto para znika za kartonowymi drzwiami klasztornej kuchni, gdzie widać jedynie sylwetki. Mniszka zdejmuje swoją szatę, a Żyd chasydzki strój i ich postacie… przenikają się w teatrze cieni. Gdy po tych intymnościach rozsuwają się półtransparentne drzwi, z kuchni wychodzi Janis Joplin – alter ego owej mniszki. Odmieniony wychodzi także nasz bohater – kimkolwiek by nie był ten: Jikan, chasyd, Cohen, Witt-Michałowski.
Seksowna Janis prowokuje jakby rozwiązanie dylematu bohatera: „Być” (dla boga) czy „mieć” (pieniądze, kobietę)? Żyć duchowo czy raczej materialnie, cieleśnie?
Przyszedł bowiem czas, gdy Jikan porzuca drogę buddyjskiego mnicha – znów dla estrady, znów dla uciech życia.

Uosabia je tutaj zmysłowa kobieta. Śpiewając, charyzmatycznym, „piaskowym” głosem wręcz uwodzi widza i nie tylko rodzaju męskiego. Prawdopodobnie tak samo czuł się Leonard Cohen jako facet z krwi i kości, gdy dał się uwieść po wyjściu z klasztoru.
Pointa sztuki wydaje całkiem naturalna: „Zaraz…Ale ty przecież nie żyjesz. Umarłaś w wieku 27 lat!” – mówi do Janis Joplin nasz bohater.
„Jikan też nie żyje. Umarł w swoim domu w Kalifornii półtora roku temu. Jestem tu, by wam o tym powiedzieć” – kwituje bogini psychodelicznego rocka lat 60. XX wieku. I śpiewa cohenowskie „Story of Isaac” lecz z przejmującym wyczuciem Janis, z jej manierą. Z kolei „On the level” – wspólna pieśń, w której para Joplin-Cohen śpiewa razem na proscenium, kończy to misterium. Widownia wstaje z miejsc nie po to, by wyjść…

Ciekawy eksperyment reżysera

Jego metaforyka przynosi tu kilka planów postrzegania bohatera tej sztuki. W przedstawieniu ludzie, którzy obcowali niegdyś z Cohenem, wnoszą nowe spojrzenia na tego człowieka. Takie nie były dotąd znane. Tutaj Witt-Michałowski błysnął ogromną wiedzą biograficzną o kanadyjskim artyście urodzonym w Montrealu, wszak mającym polskie korzenie. W końcu fascynuje się nim od czasu, gdy był nastolatkiem: mądrością i głębią jego filozoficznej poezji, fantazją, ogromnym poczuciem humoru – w tym do samego siebie.

Wspomnienia o Cohenie-Jikanie w ilustruje 10 utworów pieśniarza, jednak nie te sztandarowe. To strofy pełne smutku i mroku, w nich pytania o sens życia, ale i śmierci: „Kto od nadmiaru jadła, a kogo z głodu dopadła? Kto dzielnie kark swój zgiął, kogo przypadek wziął… Kto w samotności pustce, a kto ją spotkał w lustrze? Kto za swej pani rozkazem, kto pod swej ręki razem? Kto w łańcuchu śmiertelnym, a kto we władzy pełni…”
Analityczne teksty Cohena spektakl prezentuje w zaskakujących aranżacjach – od kameralnych po ostry rock. Gros utworów śpiewa tu Damięcka, acz przeważnie towarzyszy jej niski tembr Witt-Michałowskiego. Są pieśni, które wykonuje sam twórca przedstawienia, choć powinno być ich więcej.

To w pełni jego autorskie przedstawienie. Będąc scenarzystą i reżyserem, jest w nim przecież aktorem i narratorem. Obok tej pary artystów grają w spektaklu świetni muzycy: Tomasz Deutryk (perkusja); Max Kowalski (kontrabas); Tomasz Kraśkiewicz (gitary); Konrad Ligas (akordeon); Daniel Moński (instrumenty perkusyjne).
Scenografia Piotr Bednarski, kostiumy studio ElBruzda, projekcje Bart Wolniewicz, światła Marcin „Kabat” Kowalczuk, dźwięk Andrzej „Czopper” Czop. Scenariusz był pisany po polsku, a oryginalne cytaty tłumaczył sam reżyser. Przekład tekstów śpiewanych tu piosenek na polski: Jarosław Tomica, a tekstu piosenki „Thousands” – Daniel Wyszogrodzki. Marek Rybołowicz