Żal po spółdzielni

Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna w Pniównie jest w trakcie likwidacji. Jej dawni członkowie pytają, co stało się z majątkiem spółdzielni – ziemią i maszynami – na który pracowali przez lata. – Wygląda na to, że kilka osób się obłowiło a myśmy zostali z niczym – żalą się. – To bezpodstawne zarzuty ludzi, którzy porzucili pracę w latach dziewięćdziesiątych – broni się Stanisław Błaszczuk, który jest likwidatorem spółdzielni.

Rolnicze spółdzielnie produkcyjne to polski odpowiednik kołchozów. Powoływano je przymusowo już od lat pięćdziesiątych ub.w. Powstawały na ziemi wnoszonej przez rolników jako ich udział. Potem spółdzielnie dzierżawiły i kupowały grunty. Czas ich świetności, podobnie jak kółek rolniczych czy państwowych gospodarstw rolnych, dawno minął. Ale do dzisiaj w kraju formalnie nadal istnieje jeszcze kilkaset spółdzielni. Tak jak RSP w Pniównie – chociaż od stycznia spółdzielnia jest w stanie likwidacji.

– Gdy powstawała spółdzielnia, wnosiliśmy wkłady w postaci ziemi, potem 25 proc. naszych poborów i zyski, które wypracowaliśmy, przeznaczane były na zakup nowych gruntów – opowiadają dawni członkowie RSP w Pniównie. – Kiedy odchodziliśmy ze spółdzielni wkłady nam oddali, ale ziemia kupiona za tę część naszych pensji została. I teraz ktoś na tym korzysta.

Na początku RSP w Pniównie hodowała byki. – Potem mieliśmy świnie, kury i gęsi – mówią dawni pracownicy.

Do dzisiaj na terenie nieczynnego gospodarstwa w centrum wsi pozostały charakterystyczne, drewniane okrąglaki, które służyły za chlewy. Dzięki spółdzielni jest też blok, w którym mieszkania mają dawni pracownicy i w którym przez lata mieściło się biuro RSP.

W ostatnich latach spółdzielnia już nie trzymała inwentarza, tylko zajmowała się produkcją roślinną. A hektarów jej nie brakowało. – W najlepszych czasach mieliśmy ich ponad 300 – mówią mieszkańcy Pniówna. – Teraz część ziemi została sprzedana. Ale nikt nie wie, ile. Wiadomo tylko, że sporo gruntów kupił duży gospodarz z sąsiedniej gminy Sawin. Podobno ziemią podzielili się między sobą pozostali członkowie RSP. A pozostało ich tylko pięcioro.

Wśród nich są: Stanisław Waliłko, który był ostatnim prezesem, i Stanisław Błaszczuk, który jest likwidatorem RSP. Waliłko, który mieszka w Pniównie, mówi, że jest pełnomocnikiem zarządu a majątkiem zarządza likwidator. Dziwił się podejrzeniom i dwuznacznym sugestiom, jakie padają pod adresem pozostałych członków spółdzielni. – Ludzie, którzy dopytują o ziemię, nie pracują w spółdzielni od lat dziewięćdziesiątych. Woleli iść na zasiłki a teraz mają jakieś pretensje? – mówi. Podobnie domysły dawnych członków kwituje S. Błaszczuk. – Oni porzucili pracę w latach dziewięćdziesiątych – mówi. – A jeśli mają jakieś pytania czy wątpliwości, to mogą przyjść, by wyjaśnić je z nami.

– Nas do spółdzielni przyjmowało walne zebranie i walne nas powinno odwoływać, a tak nie było – uważają nasi rozmówcy. – Łatwo też mówić, że porzuciliśmy pracę. Ale prawda była tak, że spółdzielnia miała problemy finansowe i przestała nam płacić. Mieliśmy rodziny na utrzymaniu, trzeba było z czegoś żyć. Kto mógł, to przeszedł na zasiłek, inni szukali jakiejś pracy. A majątek pozostał w spółdzielni. Niektórzy dawni członkowie zastawiali swój własny majątek, żeby wykupić od banku maszyny rolnicze spółdzielni, żeby mogli pracować. I co dzisiaj z tego mają? Nic. To, co zostało po spółdzielni, powinno być sprawiedliwie podzielone między wszystkich dawnych pracowników.

– Na razie o podziale nie ma mowy – mówi likwidator. – Od 1 stycznia, kiedy rozpoczęty został proces likwidacji, nic nie zostało sprzedane, nikt nie widział żadnych pieniędzy. A jeśli wcześniej były sprzedaże ziemi, maszyn czy sprzętu, to odbywało się to zgodnie z uchwałą walnego zgromadzenia. Wszystko jest udokumentowane i na wszystko są faktury.

Błaszczuk mówi, że w podziale majątku, który pozostanie po likwidacji spółdzielni, biorą udział tylko członkowie, którzy mają w niej udziały. – W 2008 roku (w tym roku Błaszczuk przyszedł do RSP – przyp. red.) walne wykreśliło członków, którzy porzucili pracę w latach dziewięćdziesiątych – mówi i przyznaje, że teraz w RSP zostało tylko pięć osób.

Likwidator nie chciał powiedzieć, ile hektarów zostało jeszcze spółdzielni. – Cały proces odbędzie się zgodnie z prawem spółdzielczym, które każdy członek spółdzielni powinien znać – mówi. Ale trudno wymagać, by na przepisach i ustawach biegle znali się ludzie, którzy w spółdzielni pracowali przy świniach i bykach, albo jeździli na ciągnikach. Chociaż, zdaniem Błaszczuka i Waliłki, porzucili pracę w latach dziewięćdziesiątych, to formalnie pozbyto się ich ze spółdzielni dopiero w 2008 roku. – Ziemia zyskała na wartości. Im mniej ludzi do podziału, tym lepiej? – pytają teraz dawni członkowie.

– Gdy spółdzielnia była w ruinie i dewastacji, to nikomu na niej nie zależało. Nagle teraz, gdy zaczęliśmy prostować jej sprawy, odzywają się dawni pracownicy – ripostuje Błaszczuk i pyta, kto doprowadził spółdzielnię do ruiny.

Ale dawni członkowie RSP nie zamierzają się poddawać. – Czujemy się oszukani, dlatego nie odpuścimy i jeśli będzie trzeba, to pójdziemy do prokuratury – mówią. (bf)