Zdmuchnęło dach z młyna

Już lata temu mówiło się o jego rozbiórce. Bo stoi, niszczeje, generuje koszty i stwarza realne zagrożenie. Nie pozwolił na to urząd miasta, powołując się na negatywną opinię konserwatora zabytków. Po poniedziałkowej wichurze ze starego młyna zerwał się olbrzymi fragment dachu. Gdyby poleciał kilkanaście metrów dalej, mogłoby się to skończyć tragicznie.

O nieczynnym od lat młynie Michalenki (od nazwiska pierwszego właściciela) pisaliśmy wiele razy. Wielki budynek, niestety, wizytówką miasta nie jest – opuszczony niszczeje coraz bardziej. Jego właściciel, Zespół Młynów w Chełmie, bezskutecznie od dawna próbuje się go pozbyć (sprzedać lub rozebrać i próbować sprzedać samą działkę), by nie generował kolejnych, niemałych, kosztów. Decyzję o rozbiórce musi jednak wydać urząd miasta, a chełmski magistrat odmówił podpisania zgody.

Urzędnicy, powołując się na negatywną opinię konserwatora zabytków w sprawie rozbiórki, podkreślają, że pod względem konstrukcyjnym budynek wciąż przecież zachowuje dobrą kondycję – chroni go solidny dach, a grubość ścian w dolnych partiach sięga metra. Tyle że właśnie ten „solidny” dach w poniedziałek (24 września) pod wpływem silnego wiatru oderwał się i poleciał na sąsiednią posesję.

– Zerwało całą połeć dachu, która przeleciała od strony ulicy aż do sąsiada – przyznaje Jan Kostecki z Zespołu Młynów w Chełmie. – Zadrapało sąsiadowi dwa auta. Szczęście w nieszczęściu, że ludziom nic się nie stało. Pozbieraliśmy oderwane kawałki, zabezpieczymy, co możemy. Ale co dalej? Problem z młynem staje się coraz poważniejszy. Urzędnicy nie pozwalają go rozebrać, a on wciąż generuje koszty. Teraz zaczął się sypać na dobre.

Budynek stoi przy głównej ulicy miasta. Każdego dnia chodnikiem przemieszczają się setki osób. Gdyby olbrzymi i ciężki fragment dachu poleciał nie w stronę sąsiedniej posesji, a na ulicę, mógłby zmiażdżyć samochody i zabić ludzi. Kto zagwarantuje, że przy kolejnym załamaniu pogody z konstrukcji nie zerwie się następny fragment? Czy w świetle realnego zagrożenia urzędnicy zmienią zdanie i interweniują?

O tym, co się stało, Paweł Wira, szef chełmskiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków, dowiedział się dopiero w czwartek od dziennikarki „Nowego Tygodnia”. Mimo to podtrzymuje swoje stanowisko w sprawie rozbiórki.

– W tej sytuacji właściciel obiektu powinien niezwłocznie naprawić to, co zostało uszkodzone, aby nie stwarzało zagrożenia dla ludzi. Do budynku przylega przecież chodnik i to szczególnie niebezpieczna sytuacja. Jeśli właściciel obiektu go nie zabezpieczy, to jest instytucja, które mu to nakaże – podkreśla dyrektor Wira. – Gdy rozważano kwestię rozbiórki, zależało nam na niezależnej opinii w sprawie stanu technicznego budynku. Taka ekspertyza powstała. Nie wynikało z niej, że budynek nadaje się do rozbiórki ze względu na stan techniczny. Ale zgodę na rozbiórkę wydaje prezydent miasta, który tego odmówił.

Jak sam przyznaje, opinia konserwatora zabytków nie jest podstawą do wydania decyzji o rozbiórce. Tym bardziej, że obiekt nie jest wpisany do rejestru zabytków, a jedynie do gminnej ewidencji. Jednak urzędnicy próbują nas przekonać, że zgodnie z prawem nie mogą lekceważyć takiej opinii. Przekonuje nas o tym Dorota Tworek-Kodeniec, dyrektor Wydziału Gospodarki Przestrzennej, Architektury i Budownictwa, która również od nas dowiedziała się o zerwaniu dachu (w piątek 28 września!).

– Nasze prawo budowlane mówi, że musimy honorować opinię konserwatora zabytków – twierdzi. W pozostałych kwestiach odsyła nas do nadzoru budowlanego. A Jacek Osmoła, Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego Miasta Chełma, mówi, że on żadnych działań nie podjął, bo nie widział takiej potrzeby. Bo to na właścicielu ciąży obowiązek należytego zabezpieczenia budynku.

Jan Kostecki jest rozgoryczony postawą urzędników. Mówi, że ma dość tej urzędniczej machiny, a problem narasta. (red)