Zwierzę zdychało, nikt nie pomógł…

Przez dwa dni nikt nie pomógł cierpiącemu zwierzęciu

– Ranna samica łosia przez dwa dni umierała na polu przy wjeździe do Świdnika, a żadne służby nic z tym nie zrobiły – oskarżają świdnickich urzędników lubelscy Animalsi. Ratusz tłumaczy, że – choć to nie jego działka – próbował pomóc.


Aleja Jana Pawła II w Świdniku to droga, na której najczęściej dochodzi do kolizji z udziałem zwierząt. Zazwyczaj są to sarny, które wybiegają z pobliskiego lasu pod koła samochodów. Do groźnego zdarzenia doszło tu także w ubiegły poniedziałek przed godziną 19. Jak wstępnie ustalono, przed maskę jadącego od strony Lublina opla vectry wbiegły dwa łosie. Kierowca nie zdążył wyhamować i uderzył w jedno ze zwierząt. W wyniku kolizji jego auto wpadło do rowu. 30-letniego kierowcę przewieziono do szpitala, a o zwierzęciu – jak piszą przedstawiciele Stowarzyszenia „Lubelski Animals” – zapomniano. W obszernym wpisie na Facebooku poinformowali, że ranna samica łosia umierała na polu przez dwa dni, a służby miejskie odpowiedzialne za dzikie zwierzęta nie udzieliły jej żadnej pomocy.
„Łosza, która w poniedziałek po południu zderzyła się z samochodem osobowym pod Świdnikiem, konała w cierpieniu, a nikt się nawet do niej nie zbliżył, aby ocenić stopień jej obrażeń” – piszą Animalsi.
Dalej wyjaśniają, że w czwartek przed południem dostali zgłoszenie od osoby, która była świadkiem wypadku i która od razu poinformowała Urząd Miasta Świdnik i nadleśnictwo, że zwierzę może potrzebować fachowej pomocy.
– „Od lekarki (z przychodni weterynaryjnej, z której usług korzysta miasto – przyp. red.) dowiedzieliśmy się, że weterynarze nie podchodzili do zwierzęcia. Obserwowali je odległości z kilkudziesięciu metrów i nie udzielali żadnej pomocy. Pracownica urzędu miasta poinformowała nas, że od weterynarzy otrzymała informację, iż zwierzę odpoczywa (?!), jest w dobrym stanie i ma tylko lekko skręconą nogę. Dzikie zwierzę, jeśli nie jest poważnie ranne, nigdy nie odpoczywa w szczerym polu. Szuka zacisznego miejsca. Pozostanie na widoku to rozpaczliwe wołanie o pomoc. Nadleśnictwo w Świdniku zapewniło nas, że łoś został w środę uśpiony, co było nieprawdą. Tak naprawdę to nikogo nie obchodziło to konające zwierzę. Na wilgotnym polu nie było ani jednego ludzkiego śladu oprócz śladów raciczek rannej klępy, która kilka razy wstawała. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że grunt na polu był grząski i nie mogli do niej dojechać. Nam się jednak udało dotrzeć, tylko szkoda, że już było za późno, aby ulżyć w cierpieniu i skrócić męczarnię umierającej łoszy” – czytamy na tronie Animalsów.
– Skandal i znieczulica – grzmią w komentarzach pod postem internauci i dopytują, czy osoby odpowiedzialne za pomoc zwierzętom pokrzywdzonym w wypadku nie powinni ponieść konsekwencji karnych.
O sprawę zapytaliśmy w świdnickim ratuszu. Jak wyjaśnia Karol Łukasik, rzecznik prasowy urzędu miasta, sytuacja wyglądała nieco inaczej, niż przedstawiają to Animalsi.
– Wypadek miał miejsce wieczorem – mówi rzecznik. – Zwierzę oddaliło się od jezdni i w ciemności nie było go widać. Dopiero następnego dnia około godz. 18 do przychodni weterynaryjnej wpłynęło zgłoszenie, że w polu w pobliżu al. Jana Pawła II stoi łoś. Weterynarz przekazał tę informację do ratusza. Pojechał też na miejsce i ocenił, że zwierzę nie ma obrażeń zewnętrznych; że jest w szoku i nie należy interweniować, ani go usypiać, bo zapewne w nocy wróci do lasu. Następnego dnia łoś nadal był na polu, leżał, ale podnosił się i próbował się przemieszczać. Werdykt był taki, że należy jeszcze dać mu czas.
Do zwierzęcia, które leżało w odległości około 300 metrów od drogi, oprócz weterynarzy próbowali dotrzeć także leśnicy, choć jak zaznaczają, pomoc w takich sytuacjach nie do końca leży w ich gestii.
– Może się wydawać, że jest inaczej, ale zgodnie z przepisami nie zajmujemy się i nie możemy się zajmować zwierzyną w stanie wolnym, a już tym bardziej na gruntach poza naszym zarządem. Oferowaliśmy pomoc, alby przewieźć zwierzę, ale nie byliśmy w stanie do niego dojechać, bo nasz samochód ugrzązł w polu – wyjaśnia Adam Kot, nadleśniczy Nadleśnictwa Świdnik.
W czwartek urzędnicy dostali od strażników miejskich informację, że zwierzę leży. Weterynarz, którzy przyjechał na miejsce, stwierdził, że klępa zdechła. W piątek miały zostać podjęte próby przewiezienia jej z pola.
Świdnicki magistrat zapewnia, że choć nie jest to do końca jego zadanie, próbował pomóc zwierzęciu.
– To nie są kompetencje urzędu, ale mimo wszystko próbowaliśmy interweniować. Droga nie należy do nas, a do GDDKiA. To jedno z najniebezpieczniejszych miejsc, jeśli chodzi o wypadki z udziałem zwierząt. Apelowaliśmy do GDKiA, aby ulica została odgrodzona od lasu siatką. Na nasz wniosek pojawił się tam znak ostrzegający przez zwierzyną i ograniczenie prędkości do 50 km/h. Nikt nie powinien podważać kompetencji i decyzji weterynarza, który ocenił, że zwierzę nie powinno być usypiane, bo zagraża to jego zdrowiu i osób prowadzących samochody, bo przecież takie oszołomione zwierzę może wybiec na drogę. Jego decyzje nie budzą naszych zastrzeżeń – mówi K. Łukasik. (w)

UDOSTĘPNIJ