Epidemia dysleksji

Z roku na rok rośnie liczba dzieci z zaświadczeniami o dysleksji. Eksperci spierają się czy to wina szkół, rodziców, niewłaściwego diagnozowania, czy może samych dzieci. Szacunkowo dysleksję ma 15 proc. populacji, ale w niektórych chełmskich szkołach ten odsetek jest znacznie wyższy.

 

Jak przyznają pedagodzy od kilku lat daje się zauważyć, że liczba dzieci z dysleksją rośnie. – Rzeczywiście widać taką tendencję – mówi Agnieszka Walewska-Maksymiuk, p.o. dyrektora Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 2 w Chełmie. – Trudno wskazać, z czego to wynika. Na pewno jest większa świadomość wśród rodziców. Mają dużą wiedzę i zdają sobie sprawę, że mogą przebadać dziecko pod kątem dysleksji.
Prawie 40 proc. uczniów Szkoły Podstawowej nr 5 w Chełmie, którzy w tym roku podchodzili do sprawdzianu szóstoklasisty ma zaświadczenie o dysleksji.
– To rzeczywiście sporo – przyznaje Ewa Jakubowicz-Machajska, dyrektor placówki. – W każdej klasie mamy po kilku dyslektyków. Ale dysleksja to nie jest żaden przywilej. Wręcz przeciwnie. Praca z takimi dziećmi jest trudniejsza, wymaga innych metod, a i one same też bardziej muszą przykładać się do nauki, aby osiągać zadawalające wyniki.
Zastanawiające jest jednak dlaczego, w SP nr 5 zaświadczenie o dysleksji ma aż 37 proc. uczniów, w Niepublicznej SP nr 2 – 36 proc., a w SP nr 8 czy SP nr 3 zaledwie 3-4 proc. Co ciekawe, SP nr 5 i NSP nr 2 najlepiej poradziły sobie w tym roku ze sprawdzianem szóstoklasisty. Czy liczba diagnostyków może mieć wpływ na wynik egzaminu? Dyrektorzy chełmskich szkół zgodnie przekonują, że nie.
Jak tłumaczą, dyslektycy rozwiązują takie same zadania, jak pozostali uczniowie, tyle, że otrzymują dodatkowy czas. Ponadto w zadaniach otwartych dzieci z dysgrafią mogą wpisywać rozwiązania drukowanymi literami, a w przypadku dysortografii nie ocenia się błędów ortograficznych, interpunkcji czy prawidłowości graficznej zapisu obliczeń. Ma to minimalny wpływ na wynik sprawdzianu.
– Poza tym, szkoła nie wysyła uczniów do poradni po diagnozę. Robią to rodzice. My możemy jedynie im coś zasugerować, kiedy widzimy, że uczeń ma trudności w nauce. Nie my też przeprowadzamy tę diagnozę – dodaje jedna z dyrektorek.
Augustyn Okoński, dyrektor Wydziału Oświaty w Urzędzie Miasta Chełm, potwierdza, że w tej kwestii wiele zależy od rodziców. – Często idą do poradni, nie konsultując tego ze szkołą. Być może w niektórych przypadkach rzeczywiście jest tak, że rodzic chce „zabezpieczyć” dziecko i idzie z nim do poradni licząc, że takie zaświadczenie coś ułatwi – mówi.
Poradnie psychologiczno-pedagogiczne zapewniają jednak, że nikt przypadkowy zaświadczenia o dysleksji nie dostanie. – Diagnoza jest szczegółowa i złożona. Składają się na nią m.in. rozmowy z psychologiem i pedagogiem, ale także analiza prac pisemnych, zeszytów itp. Nie ma mowy o tym, aby dziecko bez dysleksji dostało od nas zaświadczenie, że ją ma – tłumaczy A. Walewska-Maksymiuk. (kw)

Komentarze