Gorąco wokół portfela przewodniczącego

Odebranie części diety, która wynosi 1850 złotych, przewodniczącym zarządów lubelskich rad dzielnic i podzielenie jej między wszystkich członków rad, w zależności od pełnionej funkcji oraz obecności na posiedzeniach – takie rozwiązanie proponuje Rada Dzielnicy Za Cukrownią.
To jedna z kilku propozycji, jaką członkowie rady dzielnicy Za Cukrownią przedstawiali w piśmie złożonym do Urzędu Miasta Lublin.
– Zaproponowaliśmy kilka rozwiązań i pomysłów na usprawnienie i polepszenie jakości pracy rad dzielnic, ale wiemy, że kwestią najbardziej sporną i wywołującą najwięcej emocji jest przydzielenie diet członkom rady dzielnicy. Oprócz przewodniczącego zarządu, który co miesiąc otrzymuje 1850 złotych, pozostali członkowie rady dzielnicy pełnią swoje obowiązki społecznie. Nie otrzymują nawet zwrotu poniesionych wydatków na dojazdy czy telefony w sprawach dzielnicowych – mówi Lidia Kasprzak-Chachaj, przewodnicząca Rady Dzielnicy Za Cukrownią.
„… Kolejne rady miasta nie widzą konieczności zmian w obecnej sytuacji, jakby nie mając zaufania do umiejętności i wiedzy członków rad dzielnic. Ograniczono się tylko do zapewnienia diety przewodniczącemu zarządu, ignorując nawet konieczność przeprowadzenia konsultacji w tej sprawie z wszystkimi członkami rad dzielnic…” – czytamy w piśmie do ratusza.
– Przyznawanie diety tylko dla przewodniczącego zarządu, pomijając pozostałych członków rady, jest rozwiązaniem, które sprowadza się do „walki” o fotel przewodniczącego, a nie o współpracę w radzie. Często zdarza się, że rady dzielnic istnieją jakby fikcyjnie, nie wykazując aktywności, nie zwołując posiedzeń, a zapewniają tylko wynagrodzenie dla przewodniczącego zarządu – podkreśla Lidia Kasprzak-Chachaj.

Podział kasy ożywi społeczników?

Jak proponują radni dzielnicy Za Cukrownią, równocześnie z przyznawaniem diety osobom funkcyjnym, zostałyby przydzielone im konkretne kompetencje.
– Podział diet doprowadzi do tego, że więcej członków rady poczuje się odpowiedzialnymi za jej działalność. Dodatkowo pieniądze otrzymywaliby członkowie rady w zależności od obecności na posiedzeniach rady. Takie rozwiązanie nie spowoduje dodatkowego obciążenia budżetu miasta, a rady dzielnic może zobligować do większej aktywności i skuteczności w działaniach – podkreśla Kasprzak-Chachaj.

Oburzeni anonimowo

Co na to sami zainteresowani, czyli przewodniczący zarządów lubelskich rad dzielnic? Jedni podkreślają, że takie rozwiązanie byłoby potrzebne, inni twierdzą, że nie mogą się wypowiadać na ten temat, bo z racji pobieranych diet nie byliby obiektywni, a cześć z przewodniczących jest oburzona taką propozycją. Ci jednak nie zgadzają się na podanie nazwisk i cytowanie. W większości jednak przewodniczący zarządów zgadzają się, że zmiany są potrzebne, choć warto je dokładniej przemyśleć.
– Próby zmian w statucie rad dzielnic były czynione już za poprzedniej kadencji rady miasta, jednak nie spotkały się z odzewem rad dzielnic. Szkoda, bo ja już wtedy wnioskowałem, żeby radni otrzymywali jakąś, uzależnioną od zaangażowania, dietę, a osoba funkcyjna stałą dietę. Wiem, że w wielu radach dieta przewodniczącego zarządu jest kością niezgody. Posunąłbym się dalej, żeby wszyscy radni pracowali społecznie, ale to spotkało się z wielkim oburzeniem. Ja od zawsze pracowałem społecznie i z doświadczenia wiem, że pieniądz często psuje działalność społeczną. Kiedy w grę wchodzą pieniądze, do takich funkcji wręcz pchają się niekoniecznie społecznicy. Natomiast prawdziwi społecznicy będą pracować niezależnie od pieniędzy. Myślę, że za tę wypowiedź wielu „działaczy społecznych” będzie na mnie pluło – mówi Marian Ignaciuk, przewodniczący zarządu rady dzielnicy Bronowice.

Co za tym idzie?

Mieczysław Biszkont z rady dzielnicy Czuby Północne postawił kwestię swojej diety bez komentarza. Z kolei Ryszard Czerwieniec z rady dzielnicy Czuby Południowe twierdzi, że wszystko jest kwestią zaangażowania i przejęcia odpowiedzialności za działanie rady.
– Jeśli członkowie gotowi są angażować się w jakieś przedsięwzięcie, to pieniądze im się należą. Chociażby sekretarz, który ma naprawdę wiele pracy, a przewodniczący z kolei reprezentuje radę i ponosi wiele kosztów z tym związanych: telefon, dojazdy i tym podobne. Nie jest to zły pomysł, bo jedna osoba biorąca dietę, nie jest w stanie ogarnąć wszystkich obowiązków związanych z działaniem rady. Słyszałem, na przykład, że w Krakowie w każdej radzie dzielnicy jest po prostu etat, za który płaci miasto. W tym przypadku osoba pobierająca pensję, zobowiązana jest do wypełniania wszelkich obowiązków wokół działania rady. Może to sprawdziłoby się też w Lublinie– proponuje Ryszard Czerwieniec.
Podobnie twierdzi przewodnicząca zarządu dzielnicy Dziesiąta.
– Takie rozwiązanie na pewno zaktywizowałoby niektórych członków rad dzielnic. Jednak musimy tu też wziąć pod uwagę kwestię odpowiedzialności, jaką ponosi przewodniczący, na którym ze względu na pobieraną dietę ciąży cały ciężar organizacji rady. Zatem rozłożenie pieniędzy jak najbardziej, ale co za tym idzie: rozłożenie odpowiedzialności i obowiązków – proponuje Angelika Sadurska-Siedlecka.
Radosław Osiak, przewodniczący zarządu rady dzielnicy Sławin, zgadza się z podziałem obowiązków, idącym za podziałem diety, zwraca jednak uwagę na koszy, jakie ponosi w związku z działaniem i obsługą rady.
– Myślę, że pomysł jest zasadny, jednak za tym musiałby pójść podział obowiązków. Natomiast, jeżeli chodzi o diety za obecność na posiedzeniu, to te dwadzieścia czy trzydzieści złotych, trzeba by było wypłacać co jakiś okres, aby nie mnożyć niepotrzebnej biurokracji. Jednak to musiałoby się wiązać z faktycznym zaangażowaniem, a nie tylko obecnością na posiedzeniu. W tym momencie aktywne osoby są obecne niezależnie od diety. A co do diety przewodniczących zarządu, to podkreślić należy, że ponoszą oni masę kosztów związanych z działaniem rady. Ja, przykładowo, z tych środków załatwiam wszelkie kserokopie dokumentów, odkładam pieniądze na akcje ulotkowe, potrzebne chociażby podczas reklamowania naszych projektów w Budżecie Obywatelskim, kupuje wodę, kawę, herbatę i inne produkty na posiedzenia rady, ponoszę koszty wszelkich dojazdów. To wszystko idzie z diety. Miesięcznie jest to kilkaset złotych. Wielu przewodniczących tak robi i należy o tym pamiętać – podkreśla Radosław Osiak.
Pomysł podzielenia diety popiera również Marcin Pukas z rady dzielnicy Stare Miasto, choć dostrzega pewne minusy tego rozwiązania.
– Temat był poruszany już wcześniej. Z jednej strony rozwiązanie jest trafione, ale z drugiej takie rozbicie finansów może spowodować rozmycie kompetencji poszczególnych członków rady. Nie ukrywam, że mnie ta dieta mobilizuje do jak najlepszej i rzetelnej pracy na rzecz dzielnicy, choć w ten właśnie sposób pieniądze mogły by zmobilizować pozostałych członków rady. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby tu nie rozbicie tej kwoty, a dodatkowe środki przeznaczone dla członków rady oraz na diety za posiedzenia rady – proponuje Marcin Pukas.
Czy zmieni się i jak będzie wyglądał statut lubelskich rad dzielnic, zależy od decyzji prezydenta oraz rady miasta. Na razie radni dzielnicowi czekają na ich opinię.MJ

Komentarze

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułNie uczymy się na błędach
Następny artykułNad wodę czas