Ułożyło się!

Pierwsza premiera po zmianie dyrekcji to wyzwanie dla każdej sceny. Z jednej strony to na jej podstawie oceniane jest nowe kierownictwo, z drugiej zaś przecież przeważnie ogląda się „stary” zespół ze swoimi przywarami, przyzwyczajeniami, wadami i zaletami. Cokolwiek by nie mówić o składankach wystawianych dotąd w Teatrze Muzycznym w Lublinie w charakterze „premier” dopiero „Bal w Savoyu” pozwala w pełni ocenić zamysł dyrektor Iwony Sawulskiej i ustalić, czy w ogóle i jaką ma ona wizję naszej operetki?

Godni następcy

Sięgnięcie po „Bal w Savoyu”, sztukę wystawianą z ogromnym powodzeniem w Lublinie przed trzema dekadami, wydawało się zamysłem niemal szalonym. Z jednej strony – bądźmy szczerzy – jest to ramotka, ani szczególnie znana, ani z popularnymi przebojami, które gwizdałoby się przy goleniu. Z drugiej – żyją jeszcze i nawet coś słyszą widzowie pamiętający wielkie występy Krystyny Szydłowskiej i Daniela Saulskiego w rolach Daisy i Mustafy. I oto okazało się, że ich następcy w obecnej wersji, Krystyna i Patrycjusz Sokołowscy, podjęli z powodzeniem wyzwanie i spodobają się z pewnością i widowni nieznającej „dziełka” Paula Abrahama, i operetkowym wyjadaczom. Zjawiskowa jest zwłaszcza Sokołowska (prywatnie córka królowej lubelskiej sceny, Krystyny Szydłowskiej) – nie tylko piękna jak matka, ale obdarzona głosem o wspaniałej barwie i głębi, a przede wszystkim czująca scenę na poziomie nieznanym od dawna lubelskim wykonawcom.

Wiedzą, czego chcą

Wybór „Balu…” okazał się też trafiony dla pokazania, jak wiele zespoły (także techniczne – wielkie brawa zwłaszcza dla krawcowych i oświetleniowców!) nauczyły się w okresie wygnania z budynku przy ul. Skłodowskiej i jak bardzo ta nauka przydaje się po powrocie na scenę, której modernizacja i remont w sumie tylko zaszkodziły. „Bal…” jest po prostu piękny, miły dla oka – co zawdzięcza nie tylko urodzie zwłaszcza żeńskich ansambli, ale i szczególnie pięknym kostiumom zaprojektowanym przez Magdalenę Baczyńską vel Mróz (oklaski!). Wreszcie sprawadza się choreografia – całość jest poprowadzona nie tylko z wdziękiem, ale i równo i nawet orkiestra pod dyrekcją Tomasza Biernackiego tym razem się nie myliła, co też jest istotną poprawą w stosunku do wcześniejszych produkcji. Całość po prostu się… ułożyła, a patrząc na chaos towarzyszący najpierw wyborowi pierwszej prawdziwej premiery pod dyrekcją prof. Sawulskiej, a potem początkowym przygotowaniom, można było mieć bardzo poważne wątpliwości. Rozwiała je spójna, przemyślana reżyseria Artura Hofmana, który po prostu wiedział, czego chce od poszczególnych artystów i zespołów i cały ten początkowy bałagan ogarnął dla przyjemności widzów i satysfakcji całej ekipy teatru.TAK

Komentarze

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułXIV koncert chwały
Następny artykułPomysł na chodnik