Zamordowana w Holandii

Emilia Łucja M. (fot. holenderska policja)

Pojechała do pracy na plantacji owoców w holenderskim Ophemert i tam już została. Po tygodniu poszukiwań zaginionej zwłoki 37-latki znaleziono zakopane za stodołą. Mąż kobiety próbował popełnić samobójstwo. Policja podejrzewa, że to on zabił swoją żonę. W Polsce został 12-letni syn Emilii.
Kilka lat temu Emilia Łucja M. (37 lat), jak wielu innych Polaków, wyjechała do Holandii za chlebem. Znalazła sezonową pracę przy zbiorze i sortowaniu owoców u rodziny Van Dijk w Ophemert (wioska w prowincji Gelderland). Tam poznała innego imigranta, młodszego od siebie Tomasza M., który przyjechał do Holandii z Jeleniej Góry. Zakochała się bez pamięci. Szybko zamieszkali razem, a w ubiegłym roku w Polsce odbył się ich ślub. Tomasz wrócił do kraju, a kobieta dalej pracowała w Holandii. W Polsce czekał na mamę też 12-letni syn Emilii z poprzedniego związku. Kilka tygodni temu mąż pojechał z powrotem do Ophemert. Razem z Emilią mieszkali w przyczepie kempingowej na terenie plantacji. Życie zaczynało się układać. Do czasu.

Poszukiwania trwały tydzień

W czwartek (26 maja) Emilia zniknęła bez śladu. Ostatni raz była widziana około godz. 18:20 przy Bommelse Street, kiedy razem z innymi wychodziła z pracy na plantacji. Od tamtej pory nikt nie wiedział, co się z nią dzieje. Dzień później holenderska policja wszczęła śledztwo, a w sobotę (28 maja) podała do publicznej wiadomości informację o zaginięciu kobiety. Rysopis wraz ze zdjęciem uśmiechniętej i pełnej życia młodej blondynki obiegł wszystkie gazety i portale informacyjne w całym kraju. Bliscy i znajomi Emilii liczyli, że uda się ją odnaleźć całą i zdrową – że wreszcie zadzwoni ktoś, kto zna miejsce jej pobytu. Tak się jednak nie stało.
Policja zaczęła podejrzewać, że za zaginięcie Polki może być odpowiedzialny jej mąż, 34-letni Tomasz M. W niedzielę (29 maja) mundurowi weszli do przyczepy kempingowej na terenie plantacji, w której zamieszkiwał wraz z żoną. Jak podaje największy holenderski dziennik, De Telegraaf, na krótko przed aresztowaniem mężczyzna próbował popełnić samobójstwo. Nałykał się tabletek i popił je alkoholem. Mundurowi znaleźli go na wpół przytomnego. Trafił do szpitala, a stamtąd prosto do aresztu.
Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania trwały. W poniedziałek (30 maja) do zespołu śledczego zaangażowano 15 dochodzeniowców. Po zeznaniach Tomasza M. i oświadczeniach dwójki jego znajomych, ślady zaprowadziły policję do centrum miasta Tiel (5 km od Ophemert). W dalszym ciągu trwały jednak poszukiwania w Ophemert. Ponownie policjanci sprawdzali okolice, w których 37-latka mieszkała z mężem i całe tereny rolnicze w wiosce. Przez długie godziny policyjny śmigłowiec przeczesywał tereny plantacji.

Pochowana wśród owoców

W czwartek późnym popołudniem (2 czerwca) na terenie gospodarstwa rodziny Van Dijk znaleziono ciało młodej kobiety. Zwłoki były zakopane w ogrodzie, za stodołą. Dzień później policja potwierdziła, że jest to zaginiona 37-letnia Emilia M.
W dalszym ciągu nie jest jasne, co stało się z kobietą. Holenderska policja prowadzi dochodzenie w sprawie śmierci Emilii, ale nie chce ujawniać szczegółów śledztwa. Przyczynę śmierci określą wyniki sekcji zwłok. Jej mąż, Tomasz M. jest podejrzany o morderstwo. Mężczyzna nie przyznaje się do winy.
Jak powiedzieli holenderskiej policji i dziennikarzom De Telegraaf polscy pracownicy plantacji, Tomasz M. od powrotu do Holandii stał się chorobliwie zazdrosny o żonę. Znajomi Emilii z pracy bez ogródek mówili o nim: wariat, szaleniec. Właściciele plantacji, którzy poinformowali policję o zaginięciu kobiety, odesłali do domu wszystkich polskich pracowników sezonowych. Są zszokowani, znali Emilię od lat. Dzieci Van Dijk traktowały ją jak członka rodziny. Była cichą, spokojną i pracowitą osobą. Zawsze uśmiechniętą i pełną życia. Po jej śmierci na plantacji zapanował ogromny smutek. (pc)

Komentarze