Akcja zbrojna pod Wyrykami

Bitwa partyzancka stoczona 8 maja 1944 roku przez Armię Krajową – 7 pp. legionów Inspektoratu Chełm Obwód Włodawa pod dowództwem majora Bolesława Flisiuka, ps. „Jarema”. Celem starcia była obrona wsi Wyryki i Brus przed obowiązkowymi dostawami produktów rolnych (kontyngentami) ściąganymi przez Niemców siłą, a za ich niedostarczenie w terminie stosowano surowe kary, jak bicie, areszty i zsyłki na Zamek w Lublinie i na Majdanek oraz różnorakie represje, włącznie z karą śmierci.


Na przełomie kwietnia i maja 1944 roku mjr B. Flisiuk, ps. „Jarema”, wizytując placówkę Armii Krajowej we Włodawie, otrzymał informację od szefa wywiadu obwodu włodawskiego Stanisława Dadyńskiego, ps. „Ronin”, że stacjonujący we włodawskich koszarach niemiecki oddział, wysyła dwa razy w tygodniu cztery wozy ciężarowe do wsi Brus i Wyryki po ziemniaki. Pochodziły one z kontyngentu wiejskiego z poprzedniego 1943 roku. „Ronin” ustalił, że transport ziemniaków odbywa się pod ochroną około dwudziestu Niemców z Wehrmachtu. Na naradzie z dowódcami trzech kompanii „Jarema” przedstawił dowódcom plan przeszkodzenia Niemcom w wywożeniu ziemniaków z Brusa i Wyryk.

Na ochotnika do wykonania zadania zgłosił się porucznik Stanisław Parzebucki, ps. „Mars”, dowodzący II kompanią. Wachmistrz Józef Dochojda z Lubienia, ps. „Sępowicz”, jako znający teren został zastępcą „Marsa”. W skład dowodzenia wchodził również podporucznik Wiktor Piątkowski, ps. „Singiel” – dowódca III kompanii. Spośród ok. 200 osobowego batalionu, stacjonującego w Lubieniu na ochotnika zgłosiło się ok. 80 partyzantów.

Wśród nich w komplecie wystąpił 22-osobowy pluton „Nadbużanka” oraz partyzanci z I kompanii por. Ludwika Pałysa, ps. „Ludwik”. Najpełniejszy obraz akcji zbrojnej pod Wyrykami przedstawił mjr Stanisław Pasikowski, ps. „Tygrys” z I Kompanii „Ludwika” w książce pt. „Oddział Lotny Nadbużanka” z 2003 roku.

Plan przewidywał jak najszybsze dotarcie z Lubienia przez pola, łąki i krzaki do lasów, a następnie przygotowanie zasadzki między Adampolem i Wyrykami na kontyngent niemiecki. Miał on przejeżdżać tamtędy między godziną 11.00 a 14.00. Partyzanci mieli do przebycia ok. 6 km okrężnej drogi. Podczas krótkiego odpoczynku dowodzący „Mars” wydał niezbędne instrukcje i rozkaz: „ktokolwiek samowolnie opuści swe stanowisko i w popłochu będzie uciekał do tyłu – zostanie zastrzelony przez najbliższego sąsiada. W wypadku niewykonania rozkazu – zginą obaj”.

Po dotarciu na miejsce zaplanowanej zasadzki partyzanci zajęli pozycje wzdłuż piaszczystego traktu, który, przechodząc z Wyryk do Włodawy, tworzył szeroką drogę, przecinającą las hrabiego zamoyskiego. Po obu stronach drogi były głębokie rowy, gdzie za nasypami po prawej stronie, w odległości ok. 10-12 metrów zamaskowani partyzanci czekali na Niemców. Według relacji „Singla” złożonej w II połowie lat 60. XX wieku plan zasadzki był prosty. Punkt obserwacyjny miał na czas rozpoznać zbliżające się pojazdy, zawiadamiając telefonicznie o tym dowódcę „Marsa”.

Od tej chwili łączność telefoniczna musiała być podtrzymywana z tego powodu, że samochody po minięciu punktu obserwacyjnego i znalezieniu się na wysokości głównych sił zasadzki, miały być wysadzone minami zainstalowanymi na drodze i zapalonymi elektrycznie ze stanowiska dowództwa akcji. Wybuch miał być sygnałem do otworzenia ognia. Tak się stało. Wkrótce po wybuchach min nadjechało niespodzianie jeszcze siedem samochodów niemieckich, a za chwilę kolejnych jedenaście. Zaczęła się zaciekła wymiana ognia. Niemcy mieli znaczną przewagę liczebną i ogniową i przygotowywali natarcie, chcąc okrążyć partyzantów.

Z kolei Stanisław Pasikowski ps. „Tygrys” w przywoływanej wcześniej książce inaczej relacjonuje przebieg starcia zbrojnego z Niemcami. Na podstawie rozkazu, atak miał nastąpić z chwilą dotarcia pierwszego samochodu do skraju linii, na której rozmieszczeni byli uczestnicy akcji. Sygnałem do otworzenia ognia była seria karabinu maszynowego w pierwszy samochód oraz gwizdek por. „Marsa”. Tyraliera partyzantów ciągnęła się na przestrzeni ok. 250-300 metrów. I według „Tygrysa”, był to podstawowy błąd – była za krótka w stosunku do wydłużonej kolumny samochodów.

Stanisław Pasikowski tak opisuje moment rozpoczęcia starcia: „Nie pamiętam dokładnie do ilu mierzyłem, dość, że przejechało przed moimi oczami około pięciu samochodów, aż wreszcie seria – i jak grom z jasnego nieba posypały się różne strzały i trzaski. Istna sodoma i gomora – pierwszy samochód dostał w silnik z serii elkaemu, który obsługiwał „Vis” – brat Pasikowskiego – wybuchł pożar. Następny dodając gazu wpakował się na niego. Trzeci chcąc ominąć barykadę wpadł do rowu i tam ugrzązł. Trzask żelastwa, detonacje, jęki rannych i krzyk atakujących stwarzał nie do opisania grozę”.

Była to akcja niewątpliwie udana. Od tej potyczki Niemcy zaprzestali wywożenia ziemniaków z Brusa i Wyryk. Nie zastosowali jakichkolwiek represji wobec ludności cywilnej. Przy podobnych wydarzeniach towarzyszył zwykle terror i pacyfikacja wsi ze strony okupanta niemieckiego. Krwawo okupione wykonanie zadania kosztowało życie dziewięciu partyzantów, dzielnych i odważnych.

Wyżej cytowany „Tygrys” tak podsumowuje akcję pod Wyrykami: „Jedynym błędem, wydaje mi się, było to, że przed drugim atakiem nie przeprowadzono rozeznania, z jakimi siłami mamy do czynienia. W oparciu o informację należało przeprowadzić atak taktyczny, a nie brawurowy. Byliśmy przekonani, że przeraźliwe jęki i krzyki wydawane przez rannych, dotyczą naszych kolegów. Upewniliśmy się tym bardziej, że z 72, którzy podjęli walkę w drugim natarciu, w lesie zebrało się tylko trzydziestu”.

Natomiast B. Flisiuk ps. „Jarema” tak podsumowuje bitwę pod Wyrykami w swoich wspomnieniach: „Ustalono, że po ziemniaki do Brusa jechały pierwsze cztery samochody. Natomiast było dziełem przypadku, że za tymi samochodami jechała kolumna wojska do Lublina. Z tą kolumną stoczył przymusową walkę „Mars” ze swym pododdziałem. Przyjęcie walki przez grupę „Marsa” uważałem za zupełnie zbyteczną. Z chwilą wysadzenia w powietrze jednego samochodu z Niemcami oraz sparaliżowanie ruchu pozostałych, powinien natychmiast wycofać się do lasu i nie wdawać się w walkę z o wiele silniejszym wrogiem”.

W walce polegli: Kazimierz Bartnicki, ps. Nn, Leon Hulip, ps. „Kula”, plut. Kazimierz Kotowski, ps. „Kocio”, plut. Ludwik Mojsa, ps. „Sęk”, Witold Pielak, ps. „Kmicic”, szer. Józef Szyszko, ps. Nn, Stanisław Tadyniewicz, ps. „Twardowski”, Zbigniew Wołoszuk, ps. „Zbyszek”.

Nieznane są do dziś okoliczności zaginięcia żołnierza Stefana Wójcika ps. „Piorun”.
Opr. Mariusz Czuj