Były lubelski prokurator trafi za kratki?

Jeszcze kilkanaście lat temu był uznawany za jednego z najbardziej znaczących prokuratorów w kraju. Teraz sam ma kłopoty z prawem. Jako szef warszawskiej apelacji nadzorował największe aferalne śledztwa w Polsce. Prokurator Zygmunt K. teraz zostanie rozliczony przed lubelskim sądem, ale nie ze spraw, kiedy był znanym śledczym. Odpowie za podrabianie podpisów… własnego brata!
Zygmunt K. już od 11 lat jest prokuratorem w stanie spoczynku, ale po zakończeniu swojej czynnej działalności, jeszcze długo media wymieniały jego nazwisko, które przewijało się w głośnych komisjach. Jako szef Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie nadzorował bowiem aferę Rywina, aferę Orlenu czy sprawę Grzegorza W., byłego prezesa PZU. Dziennikarze zasypywali go także pytaniami o to, co zrobił w sprawie porwanego, a potem zamordowanego Krzysztofa Olewnika.
Zygmunt K. (61 l.) swoją karierę zaczynał w 1981 r. najpierw we Włodawie, a potem w Lublinie. W 2001 r. został prokuratorem apelacyjnym w stolicy. Powołał go ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński, który później mówił, że był to jego największy personalny błąd. Swoją dymisję prokurator złożył w 2004 r. i wkrótce zawiesił prokuratorską działalność. Wrócił do rodzinnego Janowa Lubelskiego, gdzie zajął się prowadzeniem restauracji i sklepu swojego brata, który przebywał za granicą.

Brat wrócił do Polski w 2013 r. i złożył zawiadomienie w Prokuraturze Apelacyjnej w Lublinie na Zygmunta. Śledczy doprowadzili do uchylenia immunitetu i postawienia zarzutów. Dotyczą one podrabiania przez Zygmunta K. podpisów właściciela firmy, a swojego brata na licznych dokumentach, jak deklaracje VAT czy innych zaświadczeniach. Oskarżony posługiwał się nimi w kontaktach z urzędnikami skarbowymi, miejskimi, czy w bankach. Do sprawy został powołany biegły grafolog, który potwierdził, że podpisy były składane ręką Zygmunta K.
Oskarżony prokurator odmówił składania wyjaśnień. Jego sprawą zajmie się Sąd Rejonowy Lublin-Zachód, gdzie wpłynął akt oskarżenia. Przestępstwo zagrożone jest karą 5 lat więzienia. LL