Chełmianin w Papa Dance

Marcin Tywoniuk z Chełma przez siedem lat grał na instrumentach klawiszowych
w zespole „Papa D.” – To był niezwykły czas, ale showbiznes jest przewrotny – mówi Marcin. Dziś pracuje w Chełmskim Domu Kultury
i wciąż spełnia się w muzyce. Właśnie podjął współpracę z Jackiem Stachurskim.
Marcin wspomina stare organy swojego taty. To na nich grał pierwsze melodie. Talent muzyczny przejawiał już jako mały chłopiec. W wieku pięciu lat potrafił odtworzyć na klawiszach dowolną piosenkę. Rodzice proponowali mu naukę w szkole muzycznej, ale Marcin się nie zgodził. Był samoukiem, choć przez jakiś czas szlifował swój warsztat w Towarzystwie Muzycznym w Chełmie. Jako nastolatek grał w zespołach bluesowych i rockowych. Próby urządzano u kolegi w garażu. Marcin był wtedy uczniem chełmskich „Machajów”. Z pasją grał koncerty rockowe w dawnym klubie „No Mercy”, na „muszli” w Ogródku Jordanowskim czy na scenie Chełmskiego Domu Kultury. Potem były występy w rockowej kapeli „Big Bertha”. Grał na klawiszach kowery takich zespołów jak „Deep Purple”, „Dream Theater”. Aby dobrze odtworzyć skomplikowane utwory nagrywał je na pożyczony od babci magnetofon kasetowy z funkcją zwalniania, umożliwiającą lepsze wychwycenie dźwięków. Wkrótce Mariusz Matera, który właśnie kompletował skład do zespołu „Deck Over”, zaproponował mu wspólne granie. To było marzenie Marcina, który jest zafascynowany wokalem Matery. Ich współpraca trwa do dziś.

W 2002 r. podczas jednego z koncertów zespołu „Deck Over” nad Jeziorem Białym uwagę na grę Marcina zwrócił Waldemar Kuleczka, basista zespołu „Papa Dance”. Muzyk usłyszał instrumentalny popis Tywoniuka przebywając w jednym z pobliskich hoteli. Był pod takim wrażeniem gry chełmianina, że poczekał pod sceną na zakończenie występu, po czym z marszu zaproponował mu wspólne granie z Papa Dance, który właśnie planowano reaktywować.
– To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ale też i wyróżnienie – mówi Marcin Tywoniuk. -Biłem się z myślami. Utwory, które grał „Papa Dance” to nie była moja stylistyka. Nie wiedziałem, czy odnajdę się w takim gatunku muzycznym. Z drugiej strony to była dla mnie wielka szansa. Rodzina i znajomi podpowiadali, żebym z niej skorzystał, bo może się nie powtórzyć. Byłem wtedy kawalerem, ale i tak trudno było opuścić rodzinne strony, bo z natury jestem lokalnym patriotą. Postawiłem jednak wszystko na jedną kartę i zgodziłem się. Materiał z piosenkami „Papa Dance”, który musiałem opanować dostarczono mi na płycie. Wbrew pozorom nie było to łatwe zadanie. Te utwory opierają się
w siedemdziesięciu procentach na muzyce klawiszowej. Taka była moda w latach 80-tych i na tym opierał się styl, tzw. „new romantic”. To nie był mój styl, ale pomyślałem, że w końcu muzyka jest tylko jedna. Materiał opanowałem. Spakowałem walizki i wyjechałem do Warszawy. Na pierwszej próbie poznałem Pawła Stasiaka i resztę zespołu. Wokalista jest niezwykle ciepłą i przyjemną osobą, tak samo zresztą, jak pozostali muzycy z grupy. Ale przede wszystkim to profesjonaliści, świetni muzycy. Inspirują ich różne gatunki muzyki. Na przykład perkusista Dariusz Piskorz grał też w punkowym zespole „SexBomba”. Tak czy inaczej wymagali, aby wszystko było na najwyższym poziomie. Nic dziwnego na powrót „Papa Dance”, który w latach 80-tych bił rekordy popularności, czekały rzesze fanów. Wszystko musiało być na najwyższym poziomie. Przyznaję, że po pierwszej próbie byłem tym wszystkim mocno zestresowany.

Pierwszy koncert z reaktywowanym zespołem „Papa D” był dla Marcina ogromnym przeżyciem. Pamięta, że był to występ z okazji otwarcia gazety „Fakt”, na którym zjawiło się mnóstwo znanych osobistości. Koncert się udał. Później były kolejne próby z zespołem i kolejne koncerty. Marcinowi odpowiadało wszystko, oprócz mieszkania w stolicy. Po próbach koledzy z zespołu wracali do domów i rodzin, a on nie miał w Warszawie nikogo bliskiego. Wytrzymał tam tylko półtora miesiąca. Potem przeprowadził się do Chełma, z którego dojeżdżał na próby i występy. Przez kolejnych sześć lat doświadczył tzw. życia na walizkach. Grał z zespołem mnóstwo koncertów zarówno w kraju, jak i za granicą, zwiedził wiele ciekawych miejsc. Przyznaje jednak, że showbiznes może zgubić osobę, która nie stąpa twardo po ziemi. I nie chodzi tylko o używki. Marcin wspomina, że po każdym koncercie była impreza, na którą, chcąc nie chcąc, należało pójść, bo było to mile widziane przez organizatorów. Wieczór kończył się o 2-3 nad ranem. Zdarzało się, że fanki pukały do drzwi pokojów hotelowych. Marcin zapewnia, że bardzo się pilnował, aby nie zacząć „gwiazdorzyć” i zachować dystans do otaczającej go rzeczywistości. Pomogła mu w tym jego przyszła żona, którą w międzyczasie poznał. Jest chełmianką. Marcin zabierał ją czasem na koncerty. Dzięki jego opowieściom zdawała sobie sprawę, jak wygląda showbiznes.
– To nie jest mit, że w latach 80-tych fanki „Papa Dance” kładły się na drodze przed autobusem z członkami zespołu, nie dając odjechać – mówi Marcin. – Na muzyków czeka mnóstwo pokus. To prawda, że oblegają ich kobiety. Zdarzało się, że trzeba było prosić menadżera, aby ograniczył dostęp fanek do muzyków. Byłem traktowany jak gwiazda, ale nie czułem się nią. Potrafiłem zachować dystans. Czas, kiedy grałem w „Papa D.”, nie był łatwy dla mojej narzeczonej ani dla mnie. Musieliśmy się wykazać silnym charakterem. Bardzo przyjemne było, gdy po koncercie ktoś gratulował mi na przykład solówki.
Współpraca Marcina z „Papa D.” zakończyła się w 2009 r. Muzyk postanowił zwolnić tempo, założyć rodzinę, zbudować dom. Wrócił do swojego ukochanego Chełma
i nie żałuje tego. Nadal spełnia się w muzyce. Pracuje w Chełmskim Domu Kultury. Wciąż koncertuje z zespołem „Deck Over”. Ma więcej czasu na komponowanie, aranżację i produkcję muzyki. Jedna z jego kompozycji spodobała się Jackowi Stachurskiemu, z którym nawiązał współpracę. Mamy nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy mogli napisać coś więcej na ten temat. (mo)