Cyrk na wysokim poziomie

Powracamy na chwilę do Carnavalu Sztukmistrzów, by podsumować to niezwykłe wydarzenie, na które ludzie jechali z całej Polski, wielu krajów Europy i świata. Liczby robią wrażenie: 160 tys. widzów – połowa to turyści.


Od 26 do 29 lipca br. Lublin dziewiąty rok z rzędu był miejscem festiwalu mającego już ugruntowaną markę. Uliczne pokazy cyrku były do niedawna traktowane przez krytykę jako dziedzina kultury ludycznej, tj. rozrywkowej. Od jakiegoś czasu ten letni karnawał oferuje znacznie więcej. Również miniony festiwal przyniósł spektakle pełne treści, z sugestywnym przekazem dla widzów.

– Cóż, nasz festiwal okrzepł, wydoroślał, zupełnie jak i znaczna część odbiorców. Podobnie do innych naszych produkcji w sferze kultury Carnaval wciąż się zmienia, podlega ewolucji, chociażby dlatego, że rosną wymagania edukacyjne, że zmieniają się warunki zewnętrzne zauważalne dopiero w perspektywie kilku lat – mówi Grzegorz Rzepecki, dyrektor Warsztatów Kultury, które organizują najweselszy z letnich festiwali odbywających się w Lublinie. – Cieszy nas, że odpowiadamy na nowe potrzeby społeczne, nowe gusta publiczności.

Festiwal Carnaval Sztukmistrzów pobił kolejne rekordy frekwencji. Organizatorzy szacują, że w tym roku popisy cyrkowców obejrzało 160 tys. widzów, z czego połowa to goście spoza Lublina. Obejrzeli oni ponad 200 przedstawień z udziałem około 100 artystów. Ci zjechali z 27 państw – niemal wszystkich europejskich – oraz z USA, Indii, Tajwanu i Australii.

Gigantyczną pracę wykonało biuro festiwalu, liczące zaledwie kilku pracownikow, wspomagane przez 80 wolontariuszy.

Wiele spektakli poruszało tematy zaangażowane i bardzo dziś aktualne: jak drapieżna rywalizacja różnych środowisk, konfrontacja płci na wszystkich polach, równouprawnienie, gender…

Ambitni odbiorcy

…za bohaterów festiwalu uważają grupę La Main S’Affaire. Francuzi błysnęli w dwóch spektaklach. Ich wieczorne, płatne przedstawienia na dziedzińcu zamku zgromadziły w sumie 1200 widzów, choć chętnych było więcej. W magicznym klimacie witała wszystkich scena-piramida, a na niej postacie, które zdawały się nie mieć ze sobą nic wspólnego, jakby zostały przywołane spośród publiczności, bo to jedni z nas – uwikłani w korporacyjne reguły rynku pracy: bezduszny wyścig szczurów, presję konkurencji, ofiary tłamszonego indywidualizmu i alienacji jednostek. Do tego dochodzi świat, nieustannie deformowany przez massmedia, telewizyjne gry i w końcu niejasne reguły polityki z hasłem: „Vote for me!” ( ang. „Głosuj na mnie!”). Spektakl ukazał, jak ludzie przystosowują się do narastającej atmosfery opresji, jak wybierają konformizm, ulegają manipulacjom ze strony enigmatycznego „szefa”, w którego dłoni tkwi pilot. On ze szczytu tej piramidy uruchamiał zmagania korpoludków, traktowanych jak marionetki.

Widzowie z niedowierzaniem podglądali ich karierę, nawet burzliwe relacje intymne, oddawane przez brawurowe popisy akrobatów. To był jakby ekwilibrystyczny balet, opracowany do jakiejś cyrkowej opery. Ponad godzinny spektakl odznaczał się wielką aktualnością, trzymając widza w dziwnym napięciu, dotkliwie i cynicznie komentował bieżące, ważne tematy społeczne. Był wręcz prześmiewczym lustrem rzeczywistości, w którym przeglądał się świat cybercywilizacji. Oddał to tytuł nocnego spektaklu: „Just wait and see – topical circus” – a pięciu Francuzów z La Main S’Affaire za każdym razem widzowie nagradzali długotrwałą owacją na stojąco.

Z kolei w świetle dnia na placu Litewskim dwoje artystów z tej trupy występowało w pogodnej burlesce „All right!”. Tu oglądaliśmy żywiołowe relacje między parą ludzi, którzy zgadzając się, wręcz przenikając pod względem cielesnym, prezentują kompletnie różną psychikę. Ona, Laure i on, Stephane, drążyli ten temat przez blisko godzinę, wciągając każdorazowo ok. 500 widzów w wesoły, interaktywny spektakl. Ich wymowne akrobacje i mowa ciała złożyły się na świetne widowisko, w którym uczulali widzów na moc problemów damsko-męskich, otwierając nam głowy. To była znowu cyrkowa opowieść utrzymana w klimacie ironii, chwilami cyniczna i dość trudna, biorąc pod uwagę dużo prostsze z reguły oczekiwania przypadkowej publiczności.

Światło na buskerów

To uliczni rozśmieszacze – specjalność Carnavalu. I tak Sven from Sweden uczynił ze swego występu w kilku punktach Starego Miasta przezabawne widowisko pełne niespodzianek. Do swoich pokazów żonglerki i klaunady dobierał sobie partnerów spośród widzów. Wygłupiał się, co niemiara, lecz w ciekawym, skandynawskim stylu. Operował przy tym przezabawną mieszanką polszczyzny i angielskiego.

Gdy Sven już sporo napsocił i rozgrzał publiczność, rozpoczął budowanie wieży ze… stołków firmy IKEA, na którą permanentnie psioczył. Wspinając się po tej budowli i osiągając w ten sposób sporą już wysokość, stanął na… małej mikrofalówce. Widownia głośno wyrażała zdziwienie, że busker się przy tym nie zabił… Nawet ten niepewny grunt nie przeszkadzał mu żonglować daniem obiadowym i akcesoriami rodem z WC.

Do czołowych klaunów należał także Piky Potus z Argentyny. Główną materią jego błazeńskiej sztuki była… publiczność. To w jej reakcjach szukał akceptacji dla swoich gagów i dowcipów sytuacyjnych. Piky to muzyka i nieustanny żywiołowy ruch. Do tego dochodzi niekończąca się erupcja żartów i narracji w języku angielskim, lecz dobrze zrozumiałych dla ogółu. Pokazał też kunszt żonglowania kapeluszami i różnymi przedmiotami. Kilkakrotny występ przed gmachem Centrum Kultury rozśmieszał do łez głównie dzieci, ale i całe rodziny.

Pełen humoru, ale i brawury, pokaz balansowania na konstrukcji z pustych butelek w klasztornym wirydarzu dał Claudio Inferno z Hiszpanii. Jego ekstrawagancki wyczyn i inne ekscentryczne popisy nagradzały salwy śmiechu.

Komizm podszyty filozofią

…to najkrótsza recenzja spektaklu, wystawianego w wirydarzu klasztoru dominikanów – najlepszym do tego, miejscu medytacji kontemplujących tam mnichów. W tych realiach duet Dromocosmicas Itinerant Theater z Grecji dał rzewne przedstawienie –jedynie z elementami cyrku – „Vagor & Bellavita”. To opowieść bez słów o spotkaniu gdzieś w świecie dwojga wagabundów obojga płci. Nie mają żadnego celu, po prostu trwają bez nadziei na lepsze jutro. Mężczyzna to istny menel, mający jedynie podróżny worek. Kobieta – zalotna Bellavita, mieszkająca pod mostem, buja w marzeniach i słucha radia na baterie. Gdy pewnego dnia przypadkiem wpadli na siebie, doznali dziwnego olśnienia. Sen podsunął im pomysł, który zaskoczył ich oraz widownię. Nagle odkryli siebie na nowo, swoje wartości, ukryte talenty artystyczne oraz siłę woli. Dwoje obcych sobie ludzi zaczęło być obok siebie, wspierać się w każdej sytuacji. Teraz Vagor i Bellavita dzielą smutki i radości. Żyją, jakby każdy dzień miał być ich ostatnim. Przeuroczy spektakl skłaniał do zadumy i dawał asumpt do odnajdywania piękna w zwykłych, drobnych rzeczach dnia codziennego..

Podobnie refleksyjnie nastrajał występ Ciro Cavallo. Zafrasowany klaun przyciągał tłumy na Starym Mieście swym absurdalnym poczuciem humoru, czego wyrazem była choćby żonglerka szczoteczkami do zębów, ale też kunszt w podrzucaniu wirującego diabolo. Ten typowy z wyglądu Włoch pokazał klaunadę bez słów, lecz bardzo wymowną. Przedstawienie rozkręcał powoli, przywdziewał co i raz maskę konia, zaskakując tym widzów. Jego komizm zabawnie komentował obserwacje dotyczące przypadkowych, ulotnych spotkań na ulicy. Mim we wszystko angażował publiczność – i tak z tłumu wokół wyłuskał pokaźnego mężczyznę, oczarował go swym urokiem osobistym, co zaowocowało nieoczekiwanym performancem obyczajowym. Otóż klaun, stosując różne fetysze i pochody, próbował… wyznać nieoczekiwanemu partnerowi mu miłość. Swój show zakończył oznajmieniem zamiaru odbycia wspólnej randki.

Ekwilibryści i akrobaci

W tej konkurencji prawdziwą furorę zrobił sekstet Sisus z Finlandii. Artystki występujące a la Spice Girls przyciągnęły na plac Litewski tysiące widzów. Wyszły z busa, wymalowanego w hipisowskie wzory, w strojach z papieru toaletowego, a fryzury układały sobie odkurzaczem. Tak zaczął się dowcipny, wartko prowadzony pokaz w konwencji uwodzicielskiej imprezki ze śpiewem, tańcem, pikantnym humorem. Panie Sisus kusiły urodą, nienaganną figurą i odpornością na rozciąganie. Szalone Finki – jakby były pozbawione kości – tworzyły rozmaite układy akrobatyczne, wielopoziomowe piramidy i „ludzkie węzły”. Później zaprezentowały istną „napowietrzną jazdę figurową”, czyli dały symultaniczny popis huśtania się na wysokich trapezach. Ów popis cyrkowo-estradowy „Mosh split” zebrał bodaj najbardziej gromkie brawa.

Fenomenalne wrażenie zostawił po sobie Hero-san z Japonii. Jego pokaz w scenerii Starego Miasta opierał się na ekwilibrystyce i zręczności popartej siłą. To niewyobrażalnie sprawny fizycznie akrobata, do tego z wielkim poczuciem humoru – coś a la’ filmowy szalony Jackie Chan, który jednak swoje ewolucje wykonywał w majestatyczny sposób. Dla pełni efektu dobierał sobie spośród publiczności znacznie cięższych partnerów, lecz to mu nie przeszkadzało… w podnoszeniu ich na swój sposób, wprawiając wszystkich w zadumę nad przekraczaniem barier ludzkich możliwości.

Największą publiczność artyści nowego cyrku, z racji dobrej lokalizacji, zbierali na placu Po Farze. Tutaj podziwiano m.in. duet Silk Sisters, które opanowały sztukę akrobacji na szarfach i obręczach zwisających z wysokości. Na przemian z nimi mogliśmy oglądać pokazy specjalne studentów i absolwentów Państwowej Szkoły Sztuki Cyrkowej w inscenizacji pt. „Caffe Frescatti”. Marta Kuczyńska zgrabne połączyła akrobację z rewią dawnej mody i piosenki. Zobaczyliśmy m.in. latające trapezy i tzw. koło cyra – wielka obręcz z wirującym w jej wnętrzu artystą.

Mega widownia wielkiego balonu

Zapowiadany jako główny i najbardziej spektakularny punkt programu festiwalu spektakl „Exit” francuskiej ekipy Cirque Inextremiste rozczarował. Nie był porywającym widowiskiem i raczej nie był to pokaz sztuki nowego cyrku – co najwyżej wizualizacja zagadnienia buntu w kwestiach żywotnych dla obywatela. Około 15-tysięczna widownia obserwowała niecodzienną walkę bohaterów o wolność – to pensjonariusze szpitala psychiatrycznego, spętani kaftanami bezpieczeństwa, podjęli próbę ucieczki. Do tego celu miał im posłużyć wielki balon, który otrzymali w ramach gry o przetrwanie na wzór „Igrzysk śmierci”, w której biorą udzaił. Jego napełnienie zajęło większość z czasu spektaklu. W finale gry sześącioro śmiałków poniosło porażkę – odlecieli… w niebyt – pozabijani przez snajpera.

Może i dałoby się odnaleźć w „Exit” głębsza myśl przewodnia, gdyby nie pesymistyczny koniec. Komentarze w Internecie nie dają złudzeń: nie był to sztandarowy występ Carnavalu.

Wspaniała muzyka i linochodzenie

Pulsujący, wszędzie słyszalny rytm nadały festiwalowi dwa zespoły. Kwintet Los Kamer z Hawany występował w maskach zwierząt, co jeszcze bardziej podkreślało dziki charakter ich muzyki. Piątka muzyków wielokrotnie uwiodła słuchaczy rytmami latynoskich utworów granych na scenie na plac Po Farze i tańczonych żywiołowo pod sceną.

Jednak bezkonkurencyjne w ofercie muzycznej Carnavalu były występy Ooz Band, 8-osobowej orkiestry dętej z francuskiej Bretanii. Francuzi grali własne kompozycje, wzorowane na muzyce bałkańskiej, wykorzystujące elementy stylu funk oraz jazzu, jednak bardziej finezyjne, o wyższej kulturze muzycznej.

Oba energetyczne zespoły rozkołysały widownię najpierw na głównej scenie, by po godzinie koncertować już na błoniach. Tam trwała regularna „balanga carnaval’owa” do bladego świtu.

Niebywale trudno tu opisywać wyczyny w ramach Urban Highline Festival – podniebnej części Carnavalu. Lublin to jedyne miejsce na ziemi, gdzie co rok śmiałkowie chodzą, skaczą, wykonują akrobacje i wręcz toczą „pojedynki” na taśmach zawieszonych wysoko w przestrzeni publicznej. Tym razem pokazy miały miejsce w 19 punktach miasta – głównie na Starym Mieście. Wzięło w nich udział 200 śmiałków z 25 krajów. Złożyły się na nie popisy – o każdej porze dnia oraz nocy, przy zjawiskowej iluminacji –.highlinerów i slacklinerów, a więc linochodów i linoskoczków. Są oni esencją Carnavalu, ponieważ jego pomysł twórcy Festiwalu znaleźli na kartach książki „Sztukmistrz z Lublina” noblisty Isaaka Bashevisa Singera, który stworzył postać linoskoczka, Jaszy Mazura – wędrownego magika, akrobaty i hipnotyzera.

Marek Rybołowicz

Budżet Carnavalu Sztukmistrzów wyniósł 1,1 mln zł, w tym 700 tys. zł, przekazane przez Miasto Lublin na rzecz organizatora – Warsztatów Kultury oraz 90 tys. zł dotacji z UM Lublin w ramach obchodów rocznicy odzyskania niepodległości. Grant w kwocie 150 tys. zł pochodzi z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.