Dali odpór złu

Pani Halina Błaszczyk z domu Babiarz – „Sprawiedliwa Wśród Narodów Świata”

Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Lublinie włączył się w obchody Narodowego Dnia Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką. Ich częścią był wykład dla młodzieży w siedzibie Instytutu przy Wodopojnej i spotkanie ze świadkiem historii, które miały miejsce 26 marca br.


Tytuł wystąpienia – „Sprawiedliwi z Lubelszczyzny. Wybrane sylwetki” jednoznacznie określił jego tematykę. Dr Janusz Kłapeć z Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN Lublin pokrótce przypomniał genezę nowego święta upamiętniającego Sprawiedliwych, uchwalonego na przełomie 2017 i 2018 r. z inicjatywy prezydenta Dudy. Pierwszy raz obchodziliśmy je rok temu 24 marca – tego dnia w 1944 r. niemieccy żandarmi zamordowali polską rodzinę Ulmów i ukrywanych przez nią sąsiadów – Żydów.

Eksterminacja

Dr Kłapeć przypomniał też wydarzenia, które doprowadziły do prześladowań ludności żydowskiej. W pierwszym okresie okupacji stłoczono ją w ciasnych gettach, licząc, że głód i epidemie zdziesiątkują ich mieszkańców. Niestety, zdaniem Niemców umierali za wolno. Po wybuchu wojny z Rosją Sowiecką, w obliczu zagarnięcia olbrzymich terenów, na których planowano osadzić ludność niemiecką, postanowiono „oczyścić” je z Żydów. Zajęły się tym jednostki specjalne wkraczające na zajęte tereny tuż za armią, tzw. Einsatzgruppen.

Zmienił się też stosunek do gett – o ile dotąd Żydzi mogli je opuszczać, to w 2. połowie 1941 r. postanowiono je „uszczelnić” i zabronić przetrzymywanym w nich poruszania się poza ich granicami – uciekinierzy mieli być karani jak najsurowiej.

Trzeba też było odizolować getta, by ich mieszkańcy nie mogli liczyć na pomoc polskich sąsiadów. Temu celowi służyło rozporządzenie generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich Hansa Franka z 15 października, w myśl którego Żydzi, „którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim Żydom świadomie dają kryjówkę.

Podżegacze i pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca”. Wyroki miały wydawać tzw. Sądy Specjalne, ale w praktyce egzekucje dokonywane były często bez procesu, często przed domem winowajców. Kary przewidywano także dla tych, którzy wiedzieli o pomocy dla Żydów, ale nie donieśli o tym Niemcom – propagowano więc donosicielstwo.

Sylwetki

Dr Kłapeć zaczął przedstawiać sylwetki Sprawiedliwych począwszy od Stefana Krusińskiego z Uniszowic koło Lublina, którego rodzice od 1940 r. do 1944 najpierw w stodole, a potem w pobliskim domku jego babci – Feliksy – ukrywali piątkę Żydów z Lublina: szewca Pawła Rotsztajna, jego żonę Sonię oraz synka Moniusia i dwóch jego czeladników – Mońka Ledermana i Abrama Rotsztajna. Wszyscy przeżyli wojnę.

Żeby ulżyć Krusińskim, Żydzi w ukryciu robili buty – czeladnicy zbierali w okolicy zamówienia i dostarczali gotowy towar. Tytuły Sprawiedliwych otrzymali zarówno rodzice, jak i syn, mający w chwili wybuchu wojny zaledwie 11 lat. Słuchając relacji naukowca, można było tylko podziwiać odwagę, determinację i pomysłowość Sprawiedliwych z Lubelszczyzny.

Na najbardziej kreatywny pomysł wpadł chyba ks. Jan Poddębniak z Lublina, wychodząc z założenia, że najciemniej jest pod latarnią, do którego siostra Maria Gulbin, szarytka, prowadząca przy Dolnej Trzeciego Maja dom starców i placówkę dla kobiet, skierowała dwie żydowskie siostry: 20-letnią Sarę i 13-letnią Leę Bass.

Zaopatrzone w dokumenty na nazwisko Maria Tarach i Stanisława Gorczyca zgłosiły się, za jego poradą, na… roboty do Niemiec. Tam, w fabryce wagonów kolejowych pod Berlinem, przetrwały wojnę. Po niej Sara zwróciła się do papieża Piusa XII o pomoc w odszukaniu wybawcy. Kiedy zmarł, ufundowały mu nagrobek na cmentarzu w Czemiernikach, gdzie został pochowany.

Sprawiedliwa z Izbicy

W drugiej części spotkania jego uczestnicy mogli wysłuchać wspomnień pani Haliny Błaszczyk z domu Babiarz, w momencie wybuchu wojny 11-letniej mieszkanki Izbicy. Podczas wojny miejscowość była obozem tranzytowym – przetrzymywani tu Żydzi byli kierowani do obozów w Bełżcu, Sobiborze, Trawnikach czy na Majdanek.

Spotkanie miało formę rozmowy – pytania zadawała Krystyna Rybińska-Smyk, wiceprezes Zarządu Zamojskiego Centrum Wolontariatu, zajmującego się m.in. działaniami na rzecz seniorów poszkodowanych przez III Rzeszę. Jak relacjonowała, pani Błaszczyk, Izbicę zamieszkiwało 90% Żydów, resztę stanowili Polacy. Były dwa polskie sklepy – pozostałe żydowskie, były cztery żydowskie młyny, młyn Babiarzów był piąty. Z żydowskimi dziećmi bawiła się, chodziła do szkoły. Babiarzowie posiadali też gospodarstwo – Były kury, krowy, gęsi, kaczki – mówiła pani Halina.

– Jak to było z Żydami? Jak weszli Niemcy, to te żydowskie sklepy i młyny zaplombowali, nie mogli zarabiać. Jeśli chodzi o Żydów z Europy, to ciężko im było uciekać, bo Izbica leżała w dolinie – z jednej strony były góry porośnięte lasem, z drugiej rzeka. Jak była łapanka, to już poprzedniego dnia górki i rzekę obstawiali czarni (żołnierze pomocniczych formacji ukraińskich, zwani tak od czarnych mundurów – red.). Ci ludzie zostawali bez środków do życia. Jak wysiedli z pociągu, to bagaże kazali im złożyć na stacji.

Pozostawiali im taką małą torebeczkę, dlatego byli bardzo biedni, bo co w niej mogli mieć? Większe bagaże zabierali i przechowywali w synagodze. Jak zabrakło miejsca, to zamknęli kościół i przechowywali w kościele. Tam je sortowali i wywozili do Niemiec. – Była łąka. Jak tam była jakaś pokrzywa, coś do jedzenia, to wyrywali i jedli. Ciurkiem przychodzili, bo u nas było gospodarstwo rolne i można było coś znaleźć do jedzenia i ciągle mówili: „Daj, daj”. We wspomnieniach pani Haliny przewijał się gestapowiec Engels (Kurt Engels, szef gestapo w powiecie krasnostawskim – przyp. red.). – Był taki złośliwy, że musiał zabić Żyda przed śniadaniem. Nienawidził Żydów. Nazywano go „diabłem w ludzkim ciele” – wspominała pani Halina.

Doświadczyła tego młoda Żydówka Pelcówna, której pani Kazimiera Babiarz często dawała jedzenie. Któregoś razu, kiedy z prowiantem w wiadrze wracała do domu, zobaczył ją Engels. Zabrał ją na posterunek i rozstrzelał na łące za nim, która była częstym miejscem egzekucji.

– Co jakiś czas ogłaszali, że w tym a w tym dniu wszyscy Żydzi mają się zgłosić na plac i pędzili ich do wagonów i wywozili. Nasi Żydzi się kryli, ale niektórzy chętnie szli – mówiła pani Halina (w Izbicy byli także Żydzi z Francji, Niemiec, Protektoratu Czech i Moraw) – red. – Bo ci Żydzi, którzy przyjeżdżali z zagranicy, to nie wierzyli w te obozy.

1 listopada 1942 r. była ostatnia łapanka. Wtedy też złapano zaprzyjaźnionego z jej rodziną Hanana Lipszyca – był jej rówieśnikiem – i jego starszego brata.

– Hannanowi jakoś udało się uciec i przyleciał do nas. Starszego brata rozstrzelano na kirkucie. My siedzimy wieczorem, a tu ktoś puka. To był Hanan brudny, zarośnięty, śmierdzący – wspomina pani Halina. – Mama gdzieś nawyciągała jakiś kurtek i mówi: „Umyj się, prędko, prędko”. A za drogą mieliśmy takie kopce na kartofle. Tam zanieśliśmy mu koce. No to od listopada do wiosny siedział w tym kopcu. Siedział – no co było robić. Nie wychodził, bo baliśmy się. Nosiło mu się jeść, wylewało brudy. A on siedział. Ale na wiosnę to on mówi: „Halina, ja muszę trochę wyjść, bo zwariuję”. Ja mówię: „Jeśli nie zwariowałeś, to nie zwariujesz”.

On mówi: „Ja ślepnę” i zaczyna płakać. Leżało drzewo za tym kopcem. On mówi: „Ja sobie zrobię tam kryjówkę, Ja będę trochę widział, no bo oślepnę”. Był koło młyna stróż. On mówi: „Ja sobie na noc będę siedział z Janem (stróżem – red.), a w dzień będę sobie spał”. Którejś nocy, kiedy tak siedzieli, zobaczyli latarki – to szli Niemcy. Hanan gdzieś zniknął, a Niemcy zaczęli wypytywać stróża o Żyda, gdzie jest Żyd. Tam obok była taka obórka – szukali i nikogo nie znaleźli, ale stróża pobili. – Potem przyszli do domu – mówiła pani Halina – postawili pod ścianę, przeszukali dom, strych – nie ma Żyda.

Ojca i stróża aresztowali, ale później, za dużą łapówkę wykupiliśmy, bo ten diabeł Engels był na urlopie. Za 2, 3 tygodnie wieczorem ktoś puka do drzwi – to był Hanan: „A widzicie, ja jeszcze żyję”. Ojciec pani Haliny, którego Niemcy pobili kiedyś tylko za to, że na ulicy rozmawiał ze znajomym Żydem – Żyda zaś zastrzelili – i od tego momentu bardzo się bał, mówi: „Hanan, zlituj się. Schowaj się gdzieś, do nas już nie przychodź. „Nie przyjdę, nie przyjdę” – odpowiada chłopiec.

– „Już wszędzie byłem, ale ja już jestem w Ostrzycy u partyzantów. W lesie, ja jestem w lesie. Nie martwcie się, tylko chciałem się wam pokazać”. Okazało się, że podczas rewizji schował się w oborze pod żłobem. Krowy bały się światła, stłoczyły się i zasłoniły żłób. Potem w tajemnicy przez miesiąc ukrywał się u ciotki pani Haliny w psiej budzie, a potem poszedł do Ostrzycy, bo znał się z partyzantami.

– Po wojnie jeździł taki samochód i pytali, kto chce jechać za granicę, i pojechał. Potem przysyłał paczki dla mamy – „Dla mamy” było napisane – wspomina pani Halina. To dzięki niemu w 1985 r. obie panie zostały odznaczone tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Pani Krystyna była chora, więc do Izraela pojechała jej córka z mężem. Tam spotkała się z Hananem i jego żoną.

Na pytanie „Dlaczego to robiliście?”, pani Halina odpowiedziała: „Człowiek był z nimi zżyty”. Towarzysząca jej córka Marianna dodała: „To było ludzkie, to było naturalne”.

Spotkanie zakończyły warsztaty historyczne dla zgromadzonej młodzieży. JD

Fałszowali, by pomóc

Dopiero w pod koniec ubiegłego roku polska opinia publiczna szerzej usłyszała o działalności personelu polskiego konsulatu w Bernie (Szwajcaria), który w latach 1942–1943 dla Żydów osadzonych w polskich gettach przygotowywał fałszywe paszporty państw neutralnych, głównie z Ameryki Południowej.

Ich posiadaczy wywożono do obozów internowania, co dawało szansę na przeżycie. Polscy dyplomaci (Aleksander Ładoś – poseł pełnomocny w Bernie, Konstanty Rokicki – tamtejszy konsul, Stefan Jan Ryniewicz – sekretarz i kierownik Wydziału Konsularnego w Bernie, Juliusz Kühl – sekretarz poselstwa, Żyd urodzony w Polsce, wykształcony w Szwajcarii) starali się o blankiety paszportów i wpisywali do nich dane dostarczone im przez żydowskie organizacje.

Wydarzenia te stały się kanwą filmu Roberta Karczmarka „Paszporty Paragwaju”, który można było obejrzeć na trzech bezpłatnych seansach w kinie „Bajka” 25 i 26 marca. Projekcję zorganizował IPN Oddział w Lublinie oraz Regionalny Ośrodek Debat Międzynarodowych.