Dopłata czy rekompensata?

Cykl tekstów o beneficjentach Wspólnej Polityki Rolnej wzbudził ogromne zainteresowanie naszych Czytelników i odzew rolników, którzy proszą, by pokazać też „drugą stronę medalu”. – Za z pozoru ogromnymi dopłatami stoją nasze inwestycje, kredyty, ciężka praca i ogromne ryzyko niepowodzenia – tłumaczą. Ale może bardziej chodzi o szeptanie sąsiadów, zawiść znajomych i zazdrość rodziny?

Od ubiegłego roku na stronach internetowych Ministerstwa Rolnictwa znowu pojawił się wykaz rolników, którzy skorzystali z dofinansowania w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Wystarczy wpisać nazwę gminy czy miejscowości, by „wyskoczyły” nazwiska tych, którzy otrzymali wsparcie. W rubryce podana jest ogólna dopłata uzyskana za poprzedni rok, ale można też sprawdzić, z którego konkretnie działania skorzystali gospodarze. Pieniądze otrzymywali przeważnie jako dopłaty bezpośrednie do ziemi lub dotacje na modernizację gospodarstw rolnych. Są tam też rolnicy i przedsiębiorcy, którzy pozyskali pieniądze na zakładanie firm na terenach wiejskich.
Kwoty, jakie pojawiły się przy nazwiskach gospodarzy i przedsiębiorców, wywołały ogromne poruszenie. Najwięksi rolnicy potrafią „zgarnąć” blisko 2 mln zł rocznie. Ale największe poruszenie wywołała część, w której pojawili się „mniejsi” gospodarze, których dotacje wynoszą od 100 do 500 tys. zł. Oni właśnie odezwali się do naszej redakcji. Dzwonili i przychodzili, prosząc, by pokazać też drugą stronę medalu.
– Za tymi z pozoru dużymi pieniędzmi, które rzekomo „nabraliśmy”, stoją kredyty, inwestycje w nasze gospodarstwa, ciężka praca i ryzyko niepowodzenia np. z powodu warunków pogodowych – mówi Michał Sawicki, rolnik zrzeszony w grupie producenckiej Chełmski Cukier. – Przedsiębiorców, którzy dostają miliony euro na rozwój firm, pokazuje się jako przykład. A rolników pokazuje się jako tych, co „nabrali”.
Zdaniem rolników, Czytelnicy mogą odnieść mylne wrażenie, że rolnicy dostali pieniądze za darmo, a wręcz „nachapali się”, nic nie dając w zamian.
– Tylko w Polsce ta forma wsparcia ma nazwę „dopłat” do ziemi – mówią. – Na zachodzie Europy jest to „rekompensata”. Rolnicy dostają pieniądze za to, że produkują pożywienie, deklarują swoje uprawy i ponoszą ogromne ryzyko, nie wiedząc, jaką dostaną cenę za płody i ile ich zbiorą.
Na publikację narzekają też rolnicy, którzy dostali dotację na modernizację gospodarstw czy zakup maszyn. – Do każdej złotówki dotacji trzeba było mieć złotówkę wkładu własnego, oczywiście z kredytu – mówią. – I tak dzięki dotacji mam nowy ciągnik, ale i 300 tys. zł kredytu na karku.
– Od 15 lat prowadzę z mężem gospodarstwo rolne i chociaż na papierze mam ponad 100 tys. zł dopłat rocznie, to ledwo wychodzę na swoje – mówiła nam rolniczka spod Chełma, prosząca o anonimowość. – Spłacam kredyty za ziemię, za środki ochrony roślin, nie kupiłam nowych maszyn, więc sporo pieniędzy idzie na remonty starego sprzętu. A teraz sąsiedzi pomyślą, że jestem milionerką.
I chyba tu jest tak naprawdę sedno sprawy. Internetowy wykaz pokazał kwoty, które dla większości wydają się nieosiągalne. Rolnicy oczywiście cieszą się z dopłat, ale wyraźnie boją szeptania sąsiadów, zawiści znajomych czy zazdrości rodziny. (bf)