Duzi mogą więcej

Tak PiS, jak i Platforma wydają się wierzyć, że podzielą się miejscami w Sejmie, zaś start mniejszych komitetów skończy się ich porażką, co dzięki zapisom ordynacji wyborczej pozwoli większym partiom na skonsumowanie głosów oddanych na ugrupowania nieprzekraczające progu wyborczego. To tłumaczy, czemu główne partie nie boją się wystawiać słabszych list. – Kandydaci nie muszą ciągnąć, to znaczki partyjne wprowadzą ich do parlamentu, drobnica resztę zrobi za nas swoimi podziałami – tłumaczą swoją taktykę sztabowcy Prawa i Sprawiedliwości oraz Koalicji Obywatelskiej.


KO bez Karpińskiego

Potwierdzać to może lista przedstawiona w ubiegłym tygodniu przez KO. Normalnie wystawienie obok siebie dwójki lubelskich radnych PO: Michała Krawczyka i Marty Wcisło nie miałoby sensu (rozbijają wszak między siebie lubelskich zwolenników prezydenta Krzysztofa Żuka), jednak Platforma liczy na drapane i więcej niż dwa mandaty (które maksymalnie dają jej sondaże). Może się jednak przeliczyć, o ile bowiem jedynka dla Joanny Muchy wydawała się od początku pewna i naturalna o tyle zemścić się może odsunięcie dawnego sojusznika Żuka, posła Włodzimierza Karpińskiego. Po raz kolejny też nieładnie potraktowano sejmikową radną Bożenę Lisowską, która okazuje się potrzebna, gdy trzeba robić kampanię i wydawać pieniądze, ale nigdy nie okazała się dość dobra, by zaproponować jej biorące miejsce do Sejmu.

PiS-owi wszystko jedno

Prawo i Sprawiedliwość z ujawnieniem już zatwierdzonych przez Komitet Polityczny list czeka na formalne ogłoszenie wyborów, co spodziewane jest w tym, a najdalej w następnym tygodniu. Pewny pozycji może więc być jedynie lider, wiceminister Sylwester Tułajew, pozostali kandydaci wciąż starają się poprawiać swoje notowania w centrali. I tu bowiem decydować ma nie popularność, ale pod kogo i jak blisko Prezesa jest się podwieszonym – przyznają nawet posłowie PiS. – Wiemy, że te wybory wygra nawet krowa, byle z naszym znaczkiem, więc to kusi, żeby przewietrzyć nasze struktury i dopuścić choć trochę nowych twarzy – mówią lokalni działacze. O tym kto na to zasłużył w Lublinie, zadecyduje jednak, jak zwykle, Warszawa.

Gorączkowe poszukiwania koalicjantów

Również władze centralne mają decydujący głos w mniejszych, pozornie nieco bardziej demokratycznych ugrupowaniach. O ile w PSL właściwie niezagrożona jest jedynka posła Jana Łopaty, zaś mimo szumnego ogłoszenia Koalicji Polskiej na Lubelszczyźnie ludowcy nie mają z kim jej zawierać (no chyba, że jednak na zmianę barw skusiłby się pominięty w PO poseł Karpiński…), o tyle kandydata na pierwsze miejsce nie mogą uzgodnić w KUKIZ’15. Regionalny lider tego środowiska, pos. Jarosław Sachajko sam z Zamościa, chętnie by Lublin przehandlował, zawierając porozumienia z Markiem Wachem, do niedawna reprezentującym rozwiązaną Polskę Fair Play, a dziś występującym w barwach Bezpartyjnych Samorządowców. Porozumienie to zdezawuował już jednak sam Paweł Kukiz, który – podobno – jest coraz bliżej dogadania się z Konfederacją. To zaś oznaczałoby, że numerem 1 wspólnej listy byłby znów, jak cztery lata temu, poseł Jakub Kulesza, tyle, że wówczas występował on jako kukizowiec, dziś jako konfederat…

Za najbardziej prawdopodobny termin wyborów uważa się wciąż 13 lub 27 października.