Dzień dobry, Polesie!

Polesie to niezwykła i wciąż zapomniana część Polski bogata w lasy, bagna, jeziora i torfowiska. Jej sercem jest Poleski Park Narodowy, który okalają niezwykłe rezerwaty przyrody. I właśnie eksploracją tych terenów zajmują się członkowie grupy „Dzień Dobry Polesie!”.

Jest niedzielny ranek. Termometr w samochodzie wskazuje trzy na minusie, ale bezchmurne niebo zapowiada słoneczny dzień. Jadę do Stulna (gm. Wola Uhruska), które jest bramą do dwóch rezerwatów przyrody i w ogóle do Lasów Sobiborskich. Tam, na leśnym parkingu przy leśniczówce umówiłem się z Kazimierzem Klocem i jego znajomymi. Pan Kazimierz to prawdziwy pasjonat dzikiej przyrody i fotografii. To też dobry duch fejsbukowej grupy „Dzień Dobry Polesie!”.

To miejsce w internecie ma służyć wymianie myśli, zdjęć, relacji i wspomnień związanych z Polesiem. Ale służy też do umawiania się i organizacji biwaków, marszów, spacerów czy innego rodzaju wypraw w najbardziej nieznane i tajemnicze rejony Polesia. Do Stulna z panem Kazimierzem przyjeżdżają ludzie z Lublina, Lubartowa, Świdnika. W jedenaście, może dwanaście osób idziemy na spacer leśnym duktem do jezior Brudno i Płotycze. Aura sprzyja, humory też, więc ruszamy. Pan Kazimierz opowiada, reszta słucha, a w międzyczasie fotografuje. Mijając wschodni brzeg Brudna zapada demokratyczna decyzja o zmianie trasy. Chcemy zobaczyć trzecie jezioro: Brudzieniec.

By nie nadkładać drogi, skręcamy w gęstwinę idąc na przełaj. Prowadzą nas ledwo widoczne ścieżki zwierzyny i GPS w telefonach. Musimy pokonać niemal wyschnięte i na wpół zamarznięte bagno, którego centralną część zajmuje przepiękne żurawinisko. To też ostoja dzikiej zwierzyny. Dalej na mapach nie widać już większych przeszkód. Docieramy do Brudzieńca. Krótka sesja, ale zarośnięte brzegi nie sprzyjają fotografii. Między Brudnem a Brudzieńcem nie ma żadnej drogi, więc ruszamy na północ, by obejść jezioro. Wszędzie widać ślady aktywności bobrów: ścięte drzewa, obgryzione gałęzie, wyryte w podmokłym podłożu tunele wypełnione wodą. Z każdym krokiem teren robi się trudniejszy i bardziej podmokły.

Po chwili jest już klasycznym bagnem, ale wracać nikt nie ma zamiaru. Szukamy w miarę suchych ścieżek skacząc po co wyższych kępach i balansując po licznych kłodach drzew powalonych przez bobry, wiatr i starość. Na stabilny ląd docieramy w komplecie, choć nie każdy suchą stopą. Ale humory są fantastyczne – w końcu pokonaliśmy nie byle jaką przeszkodę. W końcu docieramy do drogi i kierujemy się na południe. Ze słońcem świecącym prosto w twarze docieramy do ostatniego punktu trasy – Jeziora Płotycze. Stąd już tylko o krok do parkingu, wiaty i grilla. I kiełbaski, na którą wszyscy z utęsknieniem czekają po kilku godzinach marszu.

Mniej więcej taki scenariusz mają wszystkie wyjścia grupy w teren. Może nie wszystkie są tak ekstremalne, ale każde dostarcza mnóstwa pozytywnych emocji i pozwala naładować baterie na kolejne tygodnie pracy. Fotograficzne efekty tych wypraw można oczywiście podziwiać na fejsbuku, bo wielu członków grupy pasjonuje się fotografią. – Polesie jest dziko piękne i wciąż nieodkryte – mówi K. Kloc. – Nie trzeba jechać daleko, by obcować z dziewiczą przyrodą, dlatego zachęcamy do dołączenia do nas i wspólnego podziwiania tych wszystkich niezwykłości. (bm)