Finał komunii w prokuraturze

Tego się chyba nikt nie spodziewał. Przez niesmaczne i rzekomo nieświeże dania na przyjęciu komunijnym między właścicielem lokalu a klientką doszło do spięcia i szarpaniny. Interweniowała policja, a kilka dni później wszczęte zostało dochodzenie w sprawie o groźby karalne.

W niedzielę (13 maja) w „Krokusie” przy ul. Powstańców Warszawy – tak jak w wielu innych lokalach w mieście – trwało przyjęcie komunijne. Niestety, nikt nie będzie go za dobrze wspominał.

– Najpierw dość długo czekaliśmy na pierwsze danie, a gdy wreszcie na stół wjechał rosół, goście zaczęli zerkać po sobie, że chyba coś jest z nim nie tak. Był kwaśny, jakby spleśniały. Pomyje, nie zupa. Potem okazało się, że zabrakło obiadu dla dwóch gości, podczas gdy wcześniej zgłaszałam, że będzie tylko o jedną osobę mniej, a i tak zapłaciłam za całość. Na szybko wydano dla nich nuggetsy i frytki, było mi wstyd. Potem teściowa dostrzegła na stole z ciastami karalucha. Wzięłam go na talerz i poszłam z nim do właściciela – opowiada kobieta, która zamawiała lokal na przyjęcie komunijne córki.

Jak mówi pani Sylwia, właściciel poczuł się oburzony uwagami pod adresem jego kuchni, ale ostatecznie zwrócił jej pieniądze za rosół i dwa obiady. W kwestii robaka miał stwierdzić, że z pewnością przywędrował do lokalu wraz z ciastami i wcale nie jest to karaluch, a zwykły mały owad. – Było coraz gorzej. Stary chleb, spleśniała karkówka. Nikt nic nie zjadł, jedzenie poszło dla psa. Byłam zniesmaczona i nie darowałam. Goście zaczęli wychodzić, a ja poszłam jeszcze raz do właściciela, by zwrócił pieniądze za nieobecność jednej osoby. Wściekł się, zapytał, kiedy wreszcie skończymy komunię i kazał mi spier**lać, bo ma dosyć. Zaczął mnie obrażać, mówiąc, że w domu chyba tylko g… jem, dzieci to bydło, itd. Złapał mnie za ręce i groził, że zaraz zadzwoni po chłopaków, którzy mnie stąd wyprowadzą. Pchnął mnie na ścianę. Zaczęłam krzyczeć po pomoc. Przybiegła moja siostra i kucharka – tamta zaczęła go przytrzymywać, a on darł się, że zaraz weźmie na mnie pałę. Wybiegłam, a akurat wchodzili goście drugiej komunii. Uprzedziłam ich, by tu nic nie jedli. Kobieta zobaczyła popsutą galaretę i stary, twardy chleb. Chciała, by właściciel wyszedł na salę i to zobaczył, ale tak się nie stało. Opuścili lokal razem z nami, a mój mąż wezwał policję po tym, jak zostałam zaatakowana. Najgorsze jest w tym wszystkim rozczarowanie dziecka – mówi.

Następnego dnia, po przeprowadzeniu obdukcji, która wykazała na skórze chełmianki zadrapania po szarpaninie z właścicielem lokalu, świadczące o naruszeniu nietykalności cielesnej, zaatakowana kobieta złożyła w prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Materiały zostały przesłane do chełmskiej komendy, a ta wszczęła dochodzenie.

– Prowadzone są czynności wyjaśniające w sprawie o kierowanie gróźb karalnych – mówi podkom. Ewa Czyż, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Chełmie.

Kobieta poinformowała też o całym zajściu inspekcję handlową i sanepid. Na miejsce wysłani zostali inspektorzy, ale lokal był zamknięty. Dopiero kolejnego dnia udało się przeprowadzić kontrolę, która wykazała pewne nieprawidłowości, ale nie stwierdzono karaluchów w środku.

W opinii właściciela lokalu to on jest ofiarą w całej tej sytuacji. Jak mówi, dania były świeże, rosół przygotowany tuż przed komunią, co mieli sprawdzić inspektorzy z sanepidu, a brak dwóch dań to efekt źle złożonego zamówienia. Zapewnia też, że wcale nie groził kobiecie pałą czy „kolegami”, a jedynie wezwaniem ochrony, bo miał już dość i puściły mu nerwy.

– To ja zostałem zaatakowany. Do pomieszczenia wpadł jej mąż z jeszcze jednym mężczyzną i rzucili się na mnie. Kucharka zaczęła ich odpychać. Oberwali mi guzik od koszuli. Dobrze, że się cofnąłem i uniknąłem ciosu. Chwyciłem za telefon i chciałem wezwać policję, ale ta kobieta mi go zabrała i rozbiła – przedstawia swoją wersję właściciel „Krokusa”. – Goście z drugiej komunii to pewnie ich znajomi, dlatego też wyszli. Jedli jak dzikusy, rzucali galaretką, rozlali ocet po krzesłach – dodaje.

Mężczyzna złożył zawiadomienie w komendzie o tym, że to klientka kierowała pod jego adresem groźby, mąż kobiety naruszył jego nietykalność, oboje naruszyli mir domowy, wchodząc do pomieszczenia tylko dla upoważnionych, a kobieta uszkodziła jego telefon (straty oszacowane zostały na 440 zł). (pc)