IV liga 7. kolejka.

Unii zabrakło argumentów


UNIA BIAŁOPOLE – KŁOS GMINA CHEŁM 0:3 (0:1)

0:1 – Filipczuk (39), 0:2 – Siatka (53), 0:3 – Wójcicki (89).

UNIA: Kozłowski – K. Cor (62 M. Cor), Bureć, Kociuba, Michał Antoniuk, Mateusz Antoniuk (46 Poterucha), Ślusarz, Greguła (46 Leśnicki), Fronc (46 Sarzyński), Lewkowicz, Mazur.

KŁOS: Wojtiuk – Fornal, Poznański, Flis, Siatka, Filipczuk, K. Rak, Krawiec (63 Chmiel), Wójcicki, Kamola, Brzozowski.

Obie drużyny o poprzedniej kolejce chciałyby jak najszybciej zapomnieć. Zarówno Unia jak i Kłos straciły po pięć bramek i swoje mecze wysoko przegrały. W Białopolu więcej szans na końcowy sukces przed meczem dawano podopiecznym Roberta Tarnowskiego. Kłos mimo wszystko dysponuje lepszymi zawodnikami i ma więcej doświadczenia od Unii w czwartoligowych bojach.

Od pierwszego gwizdka sędziego piłkarze Kłosa podeszli bardzo wysoko i stosując pressing starali się odebrać piłkę rywalowi już przed jego polem karnym. Ale to Unia w pierwszym kwadransie była groźniejsza pod bramką przeciwnika. W 3 min. groźny strzał oddał Paweł Mazur, ale Konrad Wojtiuk był na posterunku. Bramkarz gości popisał się też udaną interwencją po strzale Dawida Lewkowicza. Piłkarze z gminy Chełm odpowiedzieli niecelną główką Pawła Wójcickiego.

Kłos starał się atakować skrzydłami, ale akcje Mateusza Filipczuka z lewej strony i Wójcickiego z prawej kończyły się albo przed polem karnym, albo co najwyżej rzutami rożnymi, z których goście nic nie mieli. W 30 min. ławka rezerwowych Kłosa niemalże eksplodowała. W polu karnym gospodarzy doszło do starcia Adama Brzozowskiego z jednym z obrońców Unii. Piłkarz gości zagrał futbolówkę i w tym czasie został kopnięty w nogę. – To jest rzut karny! – denerwował się trener Tarnowski. Sędzia nie dopatrzył się przewinienia i gry nie przerwał. – Dla mnie to była stuprocentowa jedenastka – mówił schodząc do szatni szkoleniowiec Kłosa. – Brzozowski został ewidentnie kopnięty w nogę. Obrońca Unii zanotował spóźnioną interwencję – dodał Tarnowski. I chyba miał rację, bo Brzozowski nie należy do piłkarzy, których łatwo powalić na murawę.

W końcu w 39 min. sposób na obronę przeciwnika znalazł Filipczuk. Wymanewrował dwóch obrońców i strzelił precyzyjnie lewą nogą w długi róg bramki Łukasza Kozłowskiego. Bramkarz Unii wyciągnął się jak struna, ale piłki nie sięgnął i Kłos wyszedł na prowadzenie.

Po rozpoczęciu drugiej połowy spotkania goście mieli stuprocentową okazję do podwyższenia wyniku. Znów z dobrej strony pokazał się Filipczuk. Wbiegł w pole karne i zagrał piłkę wzdłuż bramki do wbiegającego Brzozowskiego. Były zawodnik Chełmianki mając przed sobą tylko Kozłowskiego trafił prosto w golkipera gospodarzy. W 53 min. goście dopięli swego. W polu karnym Unii najwięcej zimnej krwi zachował Michał Siatka i strzałem z kilku metrów dał swojej drużynie drugiego gola.

Minutę później gospodarze mogli zdobyć kontaktową bramkę. Po dośrodkowaniu z prawej strony w idealnej sytuacji znalazł się doświadczony Sławomir Leśnicki. Uderzył piłkę głową, ale prosto w stojącego przed linią bramkową Wojtiuka. – To mogła być przełomowa sytuacja. – mówił po spotkaniu trener Unii, Tomasz Hawryluk. – Gdybyśmy zdobyli gola, pewnie ruszylibyśmy do przodu po kolejną bramkę.

Unia ambitnie dążyła do zmiany wyniku, stwarzając rywalowi możliwości do szybkich kontrataków. – Ostatnie 20 minut w naszym wykonaniu nie było takie, jakie powinno być – powiedział po meczu Robert Tarnowski. – Moi zawodnicy za bardzo chcieli strzelić kolejne bramki, zapominając momentami o grze w defensywie. Niepotrzebnie kilka razy dopuściliśmy Unię do sytuacji strzeleckich. Na szczęście rywal nie wykorzystał naszych błędów, myśmy za to w samej końcówce zdobyli trzeciego gola. Wygraliśmy zasłużenie, byliśmy zespołem lepszym, kontrolowaliśmy grę przez zdecydowaną większość spotkania – dodał szkoleniowiec piłkarzy z gminy Chełm.

W nienajlepszych nastrojach do szatni schodził z kolei trener Hawryluk. – Mamy nad czym pracować. W dalszym ciągu popełniamy wiele prostych błędów. Myślałem, że zmiany coś dadzą, ale nasza gra nie zmieniła się po wejściu zawodników rezerwowych. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z jakości tej drużyny, dla niej każdy mecz to nowe doświadczenie. Cały czas uczymy się tej czwartej ligi, na pewno ambicji i woli walki nam nie zabraknie – stwierdził Tomasz Hawryluk.

W następnej kolejce obydwa zespoły zagrają na wyjazdach. Kłos Gmina Chełm w sobotę 12 września o 16.00 zmierzy się Gryfem Gmina Zamość, natomiast Unia Białopole dzień później również o 16.00 zagra w Hrubieszowie z tamtejszą… Unią.(r)

Kolejny dobry mecz Sparty

SPARTA REJOWIEC FABRYCZNY – OPOLANIN OPOLE LUBELSKIE 1:1 (1:1)

1:0 – Martyn (19), 1:1 – Drozd (40).

SPARTA: Kamiński – Wołos, Kić, Paździor (26 Borówka, 74 Karwowski), Starok (34 Jasiński), Huk, Pokrywka, Kasperek, Martyn, Kuśmierz (83 Barabasz), Głowacki.

Sparta Rejowiec Fabryczny kontynuuje dobrą passę. Podopieczni Bartosza Bodysa w czwartym meczu z rzędu zapunktowali. W czterech spotkaniach wywalczyli osiem punktów.

W sobotnie przedpołudnie do Rejowca Fabrycznego przyjechał naszpikowany zawodnikami z trzecioligową przeszłością Opolanin. Sparta, podbudowana dobrym meczem w Końskowoli i remisem z faworyzowanym Powiślakiem, udanie rozpoczęła konfrontację z mocnym przeciwnikiem.

– Od początku zagraliśmy bardzo odważnie – mówił po meczu Bartosz Bodys, trener Sparty. – Widać było w naszej drużynie dużą chęć do gry, determinację do tego by zdobyć trzy punkty. Stworzyliśmy sobie dwie bardzo dobre sytuacje, z których jedną zamieniliśmy na bramkę. To była dobra akcja Przemysława Huka, Michała Kasperka, zakończona miękkim wrzuceniem piłki w pole karne przez Damian Kuśmierza. Dobrą pracę wykonał Andrzej Głowacki, który ściągnął na siebie uwagę obrońców i zrobił miejsce Jakubowi Martynowi. Kuba za pierwszym razem trafił w poprzeczkę, poszedł za ciosem i strzałem głową dobił piłkę do pustej bramki – opowiada szkoleniowiec gospodarzy.

Opolanin próbował atakować, ale Sparta neutralizowała akcje gości. – Mieliśmy sporo odbiorów piłek, po których tworzyły się sytuacje strzeleckie. Jedna z nich mogła zakończyć się golem, ale sędzia odgwizdał spalonego. Moim zdaniem pomylił się, bo Głowacki w momencie podania był na własnej połowie – twierdzi Bartosz Bodys.

W 26 min. z powodu kontuzji boisko musiał opuścić Jacek Paździor. W 34 min. urazu doznał Kamil Starok i też nie był w stanie kontynuować gry. – Musieliśmy przemeblować naszą formację defensywną. To wybiło nas trochę z rytmu. Na bok obrony przesunąłem Martyna, który w tym meczu świetnie wyglądał w ofensywie – mówi trener Sparty.

Gospodarze mimo to wciąż zagrażali bramce Opolanina. Mieli dwie kolejne okazje, które mogły przynieść im drugiego gola. W pierwszej sytuacji dogrywał Kuśmierz, ale wprowadzony za Staroka Przemysław Jasiński źle trafił w piłkę. Potem Kuśmierz uderzał na bramkę, mieliśmy jeszcze piłkę, ale Jasiński nie skończył akcji.

Kiedy wydawało się, że do przerwy goście nie są w stanie wyrządzić Sparcie krzywdy, padła wyrównująca bramka. – Poszło crossowe podanie na skrzydło i zawodnik Opolanina wykorzystał błąd w naszym ustawieniu. Popełnili go Martyn z Kuśmierzem. Rywal oddał strzał na naszą bramkę, Jakub Kamiński zdołał jeszcze odbić piłkę, jednak wobec dobitki Filipa Drozda był bez szans – relacjonuje szkoleniowiec Sparty.

Drugą połowę trochę lepiej rozpoczęli goście. – W szatni musieliśmy skorygować nasze ustawienie. Pierwszy kwadrans był dla przeciwnika, który stworzył sobie dwie dobre sytuacje strzeleckie. W obu przypadkach dobre interwencje zanotował Kamiński. Po 60 min. ocknęliśmy się i też zaczęliśmy zagrażać bramce Opolanina. Bardzo dobrą sytuację miał Głowacki, jednak bramkarz skrócił kąt i trudno było Andrzejowi oddać skuteczny strzał. Kilka minut później Głowacki znów pokazał się z dobrej strony. Wypracował niezłą okazję, ale niestety, nikt nie zdołał skończyć akcji. Goście też starali się zagrażać, jednak więcej goli już nie padło. W sumie kibice obejrzeli ciekawy mecz, w którym nie zabrakło sytuacji do zdobycia gola. Cieszy fakt, że je stwarzaliśmy. W tym spotkaniu wypracowaliśmy sobie więcej okazji strzeleckich, niż w trzech ostatnich pojedynkach razem wziętych. Remis uważamy za wartościowy i sprawiedliwy wynik. Musimy pamiętać, że graliśmy z drużyną, która ma wiele jakości. Biorąc pod uwagę renomę przeciwnika, jeden punkt szanujemy – twierdzi Bartosz Bodys.

Sparta w sobotę 12 września również u siebie zagra z Lutnią Piszczac. Początek meczu o 16.00. – Będziemy musieli poradzić sobie bez Paździora i Staroka. Czeka nas trudny mecz, a bardzo chcemy zgarnąć trzy punkty – dodaje B. Bodys.(r)

Niespodzianka we Włodawie

WŁODAWIANKA WŁODAWA – START KRASNYSTAW (0:1)

0:1 – Ciechan (39),

WŁODAWIANKA: Polak – Błaszczuk, Nielipiuk, Czarnota (69 Gontarz), Naumiuk, Borcon (55 Skrzypek), Welman (78 Waszczyński), Magdysh (59 Musz), Ilczuk, Kamiński (69 Pacek), Kawalec.

START: Skrzypa – Jaroszek, Lenard, Saj, Wojciechowski, A. Kowalski (83 Sołdecki), Dworucha, Ciechan, Chariasz, Frącek (61 Florek), Wójtowicz (70 Matycz).

Mecze Włodawianki ze Startem Krasnystaw zawsze elektryzowały kibiców obu drużyn. Faworytem niedzielnej potyczki byli gospodarze, którzy przed tym spotkaniem zajmowali trzecie miejsce w ligowej tabeli. Niestety, podopieczni Mirosława Kosowskiego meczu ze Startem do udanych nie zaliczą. Włodawianka zagrała poniżej swoich możliwości. Za to goście pozostawili po sobie dobre wrażenie. Z Włodawy wyjechali z trzema punktami, sprawiając swoim kibicom miłą niespodziankę.

Spotkanie lepiej rozpoczęli właśnie piłkarze z Krasnegostawu. Już w pierwszych minutach mieli dwa rzuty rożne, a w 4 min. groźny strzał tuż przy słupku oddał Daniel Chariasz. Start przeważał i w 7 min. Bartłomiej Dworucha oddał drugie uderzenie na bramkę Daniela Polaka. Kopnął piłkę z półobrotu, a ta o metr minęła prawy słupek. W odpowiedzi Kacper Naumiuk strzelił głową, ale Mateusz Skrzypa był na posterunku.

Włodawianka próbowała atakować, jednak nie miała pomysłu na defensywę gości. Tymczasem Start poczynał sobie coraz śmielej. W 14 min. aktywny Chariasz uderzył z 16 m, lecz prosto w Polaka. Gospodarze zagrozili bramce Skrzypy dopiero w 25 min. Po rzucie wolnym Jakuba Kamińskiego w polu karnym Startu zakotłowało się, ale włodawianie nie wykorzystali okazji. Cztery minuty później gospodarze mieli najlepszą sytuację do zdobycia bramki. Po dośrodkowaniu w pole karne nieatakowany Jakub Kawalec źle uderzył piłkę głową i ta przeszła obok prawego słupka. Końcówka pierwszej połowy należała już do Startu. W 34 min. znów dał znać o sobie Chariasz.

Strzelił zza pola karnego, jednak zbyt lekko, by zaskoczyć doświadczonego Polaka. W końcu w 39 min. Start przeprowadził skuteczną akcję. Piłkę na prawej stronie boiska dostał młodziutki Miłosz Ciechan, syn znanego piłkarza Startu Marcina Ciechana. Zaledwie 16-letni zawodnik gości wbiegł z nią w pole karne i uderzył w krótki róg. Polak chyba nie spodziewał się strzału na pierwszy słupek i dlatego też musiał wyjmować piłkę z siatki. W 45 min. mogło i powinno być 0:2. W polu karnym Włodawianki świetną okazję miał Jakub Frącek. Dostał idealne podanie od Chariasza, ale z 10 metrów nie trafił do siatki. Posłał piłkę tuż obok prawego słupka. Do przerwy Start zasłużenie prowadził.

Po zmianie stron obraz gry niewiele uległ zmianie. Włodawianka zagrała na pewno lepiej niż w pierwszej części spotkania, ale nie potrafiła zepchnąć przeciwnika do obrony. Start był dobrze zorganizowany w grze obronnej i gospodarze nie bardzo wiedzieli, jak złamać defensywę przeciwnika, w której pierwsze skrzypce grał Michał Saj. Co prawda w 61 min. Kawalec zdobył gola, jednak był na wyraźnym spalonym i sędzia bramki nie uznał. Cztery minuty później bardzo groźnie na bramkę Skrzypy z 18 m uderzył Maciej Welman, ale futbolówka poszybowała nad poprzeczką. O wiele groźniejszy w kontratakach był jednak zespół Startu. W 62 min. z rzutu wolnego strzelał Adrian Kowalski, piłka o metr minęła słupek. W 66 min. mogło być po meczu. W sytuacji sam na sam z Polakiem znalazł się Kryspin Florek. Napastnik gości zdecydował się na uderzenie z 16 m, lecz trafił prosto w bramkarza Włodawianki. W 70 min. okazję na drugiego gola w tym meczu miał Ciechan, jednak posłał piłkę obok słupka.

Gospodarze natomiast choć starali się zmienić niekorzystny wynik, to bili głową w mur. Zespół trenera Kosowskiego nie stworzył sobie już żadnej okazji do zdobycia wyrównującej bramki. Zmiany, jakich dokonał szkoleniowiec, nie odmieniły gry Włodawianki. Start czyhał na swoją okazję, by skontrować, strzelić drugą bramkę i zamknąć spotkanie. W 89 min. drugą żółtą kartkę i czerwoną ujrzał Patryk Błaszczuk. Włodawianka kończyła mecz w dziesiątkę. W doliczonym czasie z tego samego powodu boisko opuścił Karol Wojciechowski ze Startu. Mecz obfitował w bardzo dużą liczbę ostrych fauli. Sędzia zawodnikom obu drużyn pokazał w sumie kilkanaście żółtych kartek. Ostatecznie więcej goli nie padło, a goście mogli cieszyć się z pierwszego w tym sezonie wyjazdowego zwycięstwa. Z przebiegu gry podopieczni trenera Marka Kwietnia w pełni na nie zasłużyli. (r)

Zasłużone trzy punkty Victorii

HUCZWA TYSZOWCE – VICTORIA ŻMUDŹ 1:2 (1:1)

0:1 – Sobiech (15), 1:1 – Kaznocha (30), 1:2 – Kazubski (78).

VICTORIA: Perdun – Przychodzień, Kazubski, Ścibior, Misiurek (46 Persona), Brzozowski (46 Kuczyński), K. Sawa, Sobiech (90 Kasprzycki), Bielecki (46 Szaran), Pikul, Kashay (60 Lecki).

Victoria utrzymała pozycję wicelidera. Zasłużenie wygrała w Tyszowcach z tamtejszą Huczwą, choć pierwsza połowa nie zapowiadała sukcesu gości. – Do przerwy z obu stron była słaba gra. Myśmy strzelili gola po rzucie rożnym. Sytuację wykorzystał Erwin Sobiech. Huczwa wyrównała z akcji – opowiada trener Piotr Moliński.

Po zmianie stron goście już dominowali. – To była dobra połowa w naszym wykonaniu. Mieliśmy przewagę, która rosła z minuty na minutę. Stwarzaliśmy sobie sytuacje, ale dopiero rzut rożny i celny strzał Kazubskiego dał nam zwycięstwo. Z przebiegu gry ta bramka należała się nam, bo naprawdę walczyliśmy o to, by wyjechać z Tyszowiec z trzema punktami – dodał Piotr Moliński.

Przed Victorią mecz u siebie z Kryształem Werbkowice. Początek spotkania w sobotę 12 bm. o 16.00. (r)