Jeże w bazach, a na drony nie ma rady

Tarcza Wschód miała stać się jednym z najważniejszych elementów systemu bezpieczeństwa Polski. Rząd zapowiadał budowę systemu umocnień na wschodniej granicy, który miał utrudnić potencjalnemu przeciwnikowi wkroczenie na terytorium Polski. Wśród elementów tego systemu znalazły się między innymi rowy przeciwczołgowe oraz betonowe jeże przeciwpancerne. Jednak mieszkańcy przygranicznych miejscowości patrzą na te zapowiedzi z coraz większym dystansem.

Na wielu terenach, gdzie oczekiwano widocznych prac, nie widać jeszcze zapowiadanej wielkiej linii umocnień. Tak naprawdę to nie widać nawet żadnych przygotowań. Za to betonowych elementów obronnych nie brakuje. Tyle że nie blokują dostępu wrogim wojskom, a są gromadzone w wojskowych składach, między innymi w rejonie Włodawy i Woli Uhruskiej. Wojsko tłumaczy, że takie magazyny są ważnym elementem całego systemu. Według informacji Sztabu Generalnego materiały mają być rozmieszczone w składach znajdujących się w różnych odległościach od granicy, aby w razie potrzeby można było szybko wykorzystać je do budowy umocnień. W 2026 roku zapowiadano zabezpieczenie kolejnych około 200 kilometrów granicy, jednak koniec roku zbliża się wielkimi krokami, a m.in. na terenie gmin Włodawa i Hanna nie zrobiono w tym kierunku nic. Czy jednak w sytuacji realnego zagrożenia najważniejszym problemem będzie zatrzymanie czołgów?

Wojna zmieniła się szybciej niż fortyfikacje

Betonowy jeż może mieć swoje zastosowanie. Jego zadaniem jest utrudnienie przejazdu pojazdom wojskowym, zwłaszcza czołgom i transporterom opancerzonym. Nie jest jednak uniwersalną tarczą przeciwko wszystkim współczesnym środkom rażenia. Wojna na Ukrainie pokazała, jak ogromną rolę odgrywają dzisiaj drony. Bezzałogowce służą do rozpoznania, wskazywania celów, atakowania żołnierzy i infrastruktury, a także do przeprowadzania uderzeń na zapleczu frontu. Do tego dochodzą pociski rakietowe. Dlatego więc trudno traktować same betonowe zapory jako odpowiedź na współczesne zagrożenia. Nawet materiały dotyczące Tarczy Wschód podkreślają, że projekt ma być systemem wielowarstwowym, obejmującym również rozpoznanie, monitoring, łączność i rozwiązania przeciwdziałające zagrożeniom z powietrza. To ważne, bo mieszkańcy pogranicza nie żyją już wyłącznie w świecie zagrożenia czołgami przekraczającymi granicę. W przypadku współczesnego konfliktu zagrożeniem mogą być również drony, rakiety, cyberataki, sabotaż infrastruktury i zakłócenia łączności. Dobitnie pokazał to choćby ubiegłoroczny nalot rosyjskich dronów nad Wyrykami czy ubiegłotygodniowy atak rakietowy na stację paliw tuż przy przejściu granicznym w Dorohusku. I właśnie dlatego pytanie o bezpieczeństwo mieszkańców powinno być znacznie szersze niż pytanie o liczbę ustawionych betonowych jeży.

Gdzie mają się schować mieszkańcy?

Jeszcze ważniejszą kwestią jest przygotowanie ludności cywilnej. Polska ma już ustawę o ochronie ludności i obronie cywilnej. Państwo przeznacza także miliardy złotych na system ochrony ludności, w tym na obiekty zbiorowej ochrony, systemy alarmowania i ostrzegania, łączność, logistykę oraz edukację. Na papierze system więc istnieje. Ale mieszkańcy terenów bezpośrednio przylegających do granicy chcą jednak wiedzieć coś znacznie prostszego:

Co mają zrobić, jeżeli nad ich miejscowością pojawią się drony? Gdzie mają się schronić podczas ostrzału rakietowego? Jak rozpoznać sygnały alarmowe? Kiedy zostać w domu, a kiedy się ewakuować? Kto będzie wydawał polecenia?

Jak mieszkańcy mają otrzymywać informacje, jeżeli przestanie działać telefonia komórkowa lub internet?

Wschodnia Lubelszczyzna znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Białorusi i Ukrainy. Mieszkańcy doskonale wiedzą, że zagrożenie nie jest już pojęciem abstrakcyjnym. Największym problemem nie powinno być nawet to, że betonowe jeże czekają na wykorzystanie w magazynach. W razie zagrożenia wojsko może przecież stosunkowo szybko wykorzystać zgromadzone materiały. Oficjalne informacje dotyczące Tarczy Wschód właśnie taką koncepcję zakładają. Znacznie poważniejsze pytanie dotyczy tego, czy równie dobrze przygotowano ludzi i urzędników. Tu odpowiedź może być tylko jedna: nie. Dowodzi tego choćby sytuacja ze Starostwa Powiatowego we Włodawie, gdzie do zadań całodobowego przepływu informacji, w tym pełnienia nasłuchu radiowego w przypadku ogłoszenia zagrożenia uderzeniem z powietrza, zatrudnia się dwie osoby w wieku emerytalnym. Starosta Mariusz Zańko zapowiedział, że będzie się domagał od rządu wsparcia finansowego na pokrycie kosztów dyżurów powiatowego centrum zarządzania kryzysowego. Przyznał, że osoby te pełnią dyżur siedem dni w tygodni i 24 godziny na dobę, więc są niezwykle przemęczone, a sprawa dyżurów jest kluczowa dla bezpieczeństwa nie tylko powiatu, ale i kraju.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco!

Najnowsze Wydanie
2026-11-02 Nowy Tydzień tygodnik lokalny
5,00zł Kup Gazetę