K1. Wyjeżdżacie!

Przez pierwszy rok śniło mi się to. Opowiadałem żonie przez sen o wszystkim, co  widziałem. Nie były to pojedyncze słowa czy hasła, a całe historie. Potem już się człowiek przyzwyczaił. Pacjent to pacjent – nieważne czy jest to sprawca, czy poszkodowany w wypadku. Musimy ocenić, który z nich ma większą szansę na przeżycie i załadować go do karetki.


Rozmawiam z Anettą Szepel, pielęgniarką koordynującą w Stacji Ratownictwa Medycznego w Chełmie oraz dwoma ratownikami zatrudnionymi w stacji. Obaj postawni, budzący respekt, na pierwszy rzut oka niepasujący do wyobrażenia ratownika medycznego. To oni w nocy z piątku na sobotę (13/14 lipca) zatrzymali na drodze pijanego kierowcę. Jeden z nich, Piotr, jest w zawodzie od prawie trzech lat. Marcin – już blisko trzynaście.

– Wracaliśmy z kolizji w Strupinie. Na miejscu okazało się, że nikt nie został poszkodowany, więc zawróciliśmy do stacji. To było między drugą a trzecią w nocy. Przy ulicy Hrubieszowskiej, na wysokości Borku, kierowca karetki zwrócił uwagę na jadące przed nami auto – wyraźnie znosiło je na boki. Nagle z naprzeciwka nadjechał kolejny samochód, a ten, który jechał slalomem przed nami, zajechał mu drogę. Na szczęście tamten kierowca szybko zareagował. Mało brakowało, a na naszych oczach doszłoby do czołówki. W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że ktoś zasłabł lub zasnął za kierownicą. Włączyliśmy sygnały i auto od razu się zatrzymało. Zajechaliśmy mu drogę. Wysiadłem i w tym momencie zobaczyłem, jak z z samochodu od strony pasażera wysiada młoda dziewczyna i przesiada się na miejsce kierowcy. Podszedłem, otworzyłem drzwi, a mocny zapach alkoholu buchnął w moją stronę. Wyciągnąłem kluczyki ze stacyjki i zadzwoniliśmy po policję. W tym momencie trzech chłopaków, którzy siedzieli z tyłu, wysiadło i zaczęli kręcić, że kierowca próbował ominąć studzienkę, dlatego jechał slalomem, ale sami się już zamotali – dziewczyna próbowała nam wmówić nawet, że od początku siedziała z tyłu i wcale się nie przesiadła na miejsce kierowcy. Wreszcie trójka uciekła w stronę lasu, a na miejscu został pijany kierowca i najpewniej jego dziewczyna. Był strasznie pijany. Stałem przy nim, a on zapiął pas i zaczął się upierać, że od początku tak siedział przypięty na fotelu pasażera – opowiada Marcin. – U nas jest bardzo dużo wypadków z udziałem pijanych kierowców, dlatego jesteśmy szczególnie na to wyczuleni, ale pierwszy raz jednak miałem taką sytuację, że sam uczestniczyłem w zatrzymaniu nietrzeźwego kierowcy.

Spokój jest zawsze najważniejszy

Piotr: – Najważniejszy jest spokój. Gdy agresywny pacjent widzi, że jesteśmy opanowani i konsekwentni, z marszu łagodnieje.

Dzięki temu udaje się im zminimalizować skutki zdarzenia, w szczególności, gdy mają do czynienia z pacjentem po alkoholu. Gdyby okazali swą postawą choć odrobinę agresji, mogłoby się to skończyć na szarpaninie, bijatykach czy innych nieprzyjemnych sytuacjach.

A. Sz.: – Już sam strój tonuje emocje i budzi pewien rodzaj autorytetu, choć pacjenci nie zawsze chcą się do tego przyznać. Poza tym nie bez znaczenia jest też postura chłopaków. Nawet ci agresywni panowie, gdy widzą w drzwiach dużych facetów, potulnieją.

Piotr: Bardzo często jest tak, że dostajemy wezwanie do pacjenta, który jest agresywny wobec policjantów. Słyszymy wtedy: „Ja do was nic nie mam, to ich nienawidzę”. Kilka dni temu mieliśmy właśnie podobny przypadek. Pojechaliśmy do człowieka, który chciał się otruć, a dzień wcześniej chciał wyskoczyć przez balkon, a on z marszu nas pyta: „Ale będziecie bili?”. Pytamy: „Ale za co? Przecież nie mamy podstaw, by pana w jakikolwiek sposób zranić”. Na to on: „Ja do was mam pełny szacunek, tylko nie bijcie, proszę, bo kiedy mnie policja dorwie, to zawsze biją”.

Nieraz jednak to ktoś z zespołu wraca posiniaczony i nie tylko. Najczęściej napastnikiem jest pacjent z zaburzeniami psychicznymi, który pobudzony nawet nie zdaje sobie sprawę z tego, co robi. W kilku sytuacjach sprawa miała swój finał w sądzie. W pojedynczych przypadkach na sali rozpraw padło słowo „przepraszam”.

A. Sz.: – Pacjenci bywają agresywni, gdy każe im się leżeć na noszach, a oni tego nie chcą – sądzą, że posiedzą sobie w tej karetce lub pochodzą po niej, ale nie ma takiej możliwości. Wtedy trzeba zareagować stanowczo, ale czasem się nie zdąży.

Nieudolność systemu

Marcin: – Najbardziej utkwił mi w pamięci wyjazd na terenie Woli Uhruskiej. To było dwa lata temu. Pod blokiem leżała nieprzytomna młoda kobieta z urazem brzucha. W oknach pełno gapiów. Pytaliśmy, czy ktoś ją zna, czy coś widział, ale nikt nic nie powiedział. Nie udało nam się zebrać żadnego wywiadu. Przewieźliśmy ją więc na SOR. Tam odzyskała przytomność, zaczęła mówić i okazało się, że w wannie utopiło się kilkumiesięczne dziecko. Gdy się o tym dowiedzieliśmy, akurat sprzątaliśmy karetkę. Usiedliśmy we dwóch na progu karetki i chwilę to trwało zanim człowiek był w stanie to wszystko sobie jakoś poukładać w głowie. Czy mogliśmy coś więcej zrobić? Gdybyśmy tylko wiedzieli… A my nawet nie byliśmy w stanie dowiedzieć się, czy ona tam w ogóle mieszka, bo żaden z sąsiadów nie przyznał się, że ona jest stąd i ją zna.

Historia, o której z napływającymi do oczu łzami opowiada Marcin, rozegrała się w październiku 2015 roku. 28-letnia wówczas Agnieszka B. pod nieobecność męża doprowadziła do śmierci ich 4-miesięcznego synka w wannie, po czym wyskoczyła przez okno. Prokuratura Rejonowa we Włodawie przedstawiła jej zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Kobieta nigdy nie została jednak skazana, bo biegli uznali, że w chwili popełnienia czynu była niepoczytalna. Udała się zatem do ubezpieczyciela po pieniądze z tytułu urodzenia i śmierci dziecka, i wróciła do pracy w agencji celnej. Razem z mężem budują wymarzony dom.

Pan w czerwonej koszulce

Piotr: – Jechaliśmy z kolegą ratownikiem samochodem, po pracy, w czasie wolnym. Niedaleko Carrefoura zobaczyliśmy tłum gapiów i leżącą na chodniku kobietę. Zatrzymaliśmy się i podeszliśmy. Kobieta była bez kontaktu. Przystąpiliśmy do akcji, żeby przywrócić funkcje życiowe i zabezpieczyliśmy pacjentkę do czasu przyjazdu karetki. Później trzy razy nam dziękowała za uratowanie życia. Pamiętam jednak, że z całej grupy dziesięciu gapiów tylko jedna pani chciała z nami rozmawiać i trzymała torebkę pacjentki. Reszta nagrywała, robili zdjęcia, a na pytania, czy ktoś coś widział, odwracali się. Mniej więcej dwa miesiące temu była podobna sytuacja. Na placu Gdańskim przewrócił się starszy mężczyzna. Traf chciał, że zanim dojechała karetka, do człowieka podszedł sanitariusz, który akurat czekał z żoną na przystanku i rozpoczął masaż serca. Usłyszał wtedy od jakiejś kobiety: „Co pan robi? Pan mu połamie żebra”.

A. Sz.: Ludzie boją się, że zrobią krzywdę. A prawda jest taka, że jeśli wykonujemy czynności ratujące życie człowieka i nawet połamiemy te żebra, to nie stanie się nic gorszego. Pacjent co najwyżej spędzi kilka dni więcej w szpitalu, ale przeżyje. Natomiast niepodejmowanie czynności tylko dlatego, że boimy się połamać żebra, to skazywanie tego człowieka na śmierć. Minie kilka minut zanim przyjedzie karetka, a mózg bez tlenu żyje tylko cztery minuty, czyli tak naprawdę ten świadek zdarzenia to dla tego człowieka szansa na przeżycie. Gdy mamy do czynienia z tłumem gapiów i potrzebujemy pomocy, musimy zwrócić się do konkretnej osoby, na przykład do pana w czerwonej koszulce, bo on wtedy czuje się odpowiedzialny za los pacjenta i robi krok w przód. Wołanie o pomoc do wszystkich skutkuje tym, że każdy słyszy, ale nikt nie podchodzi.

Dzieci po tabletkach i samotne panie

Dzwoni telefon. Zgłoszenie z WCPR (Wojewódzkie Centrum Powiadamianie Ratunkowego, potocznie 112). Piotr wybiega z gabinetu i biegnie razem z resztą zespołu do karetki. Na sygnale odjeżdżają do pacjenta. Tym razem chodzi o dwuletnie dziecko, które zażyło jakieś tabletki. Na miejscu okazuje się, że babcia zostawiła wnuczka tylko na moment w pomieszczeniu i wyszła odebrać telefon, w tym czasie malec sięgnął po silne leki kobiety na osteoporozę. Szybka akcja i razem z matką został przewieziony do szpitala.

Marcin: – Takie sytuacje, że dziecko połknie leki czy drobne przedmioty, są częste. W ciągu tej doby jest to już trzecie zatrucie. Generalnie nie da się jednak policzyć, ile średnio mamy wyjazdów w ciągu doby. To zależy od dnia, pory roku i pogody. Może być kilka akcji, a jedna może trwać nawet dwie godziny. Karetka w Chełmie może jeździć i dwanaście razy dziennie. Z ciekawości policzyliśmy kilometry – okazało się, że w ciągu jednego z ostatnich wyjazdów przejechaliśmy ich w sumie ponad pięćset.

A. Sz.: – Około osiemdziesiąt procent naszych wyjazdów to przypadki, które mogłyby zostać załatwione przez inne placówki ochrony zdrowia, lekarza rodzinnego czy specjalisty, który może zmienić leki lub wdrożyć inne leczenie, albo poprzez zatrudnienie kogoś do opieki nad człowiekiem, który tego wymaga. Czasem jednak wzywanie karetki to celowe działanie pacjenta po to, by po prostu ktoś przyjechał do domu. Mowa o starszych i samotnych paniach, którym „coś” dolega. Nie mają rodziny w okolicy, więc czasem ten przyjazd karetki i sprawdzenie, czy pacjentka jest zdrowa i przeżyje tę noc, bo do tego to się sprowadza, to zaspokojenie najzwyklejszej potrzeby kontaktu. Owszem, nie jest to wyjazd zasadny dla pogotowia, ale trudno orzec, czy nie jest to wyjazd całkiem niezasadny.

Marcin: – Są pacjentki, których jeszcze nawet nic nie zaboli, a już dzwonią. Najczęściej właśnie są to osoby samotne.

Często pogotowie w takich przypadkach kontaktuje się z MOPR-em czy gminnymi ośrodkami pomocy, w zależności od tego, skąd pochodzi dany pacjent. Często jest jednak tak, że te osoby są już pod opieką ośrodków pomocy. Problem w tym, że te pracują w ramach określonych godzin i nierzadko potrzeba kontaktu pracownika socjalnego, wizyty i zwykłej rozmowy czy nawet poinformowania o sytuacji domowej lekarza rodzinnego i pielęgniarki środowiskowej nie są wystarczające spełnione.

Leżaki i sraczki

Każde zgłoszenie do dyspozytora ma swój kod. K1 oznacza pilny, zespół musi natychmiast wskoczyć w buty i wyjechać w ciągu jednej minuty. K2 – czas reakcji dwie minuty i wyjazd bez sygnału (zdarzenie spokojne, czyli może doprowadzić do czegoś niebezpiecznego, ale w tym momencie pacjentowi nic nie zagraża, np. od godziny ma bóle w klatce piersiowej). K3, czyli w miarę dostępności karetek.

W języku ratowników oprócz kodów najczęściej funkcjonuje też „leżak”, czyli nieprzytomny po alkoholu na ulicy czy w melinie. Nie ma dyżuru bez choćby jednego takiego wyjazdu.

A. Sz.: – Typowa sytuacja to: „Bo kolega nie może pić”. Do wczoraj pili, a dziś już kolega leży i nie ma z nim kontaktu, więc kompan wzywa pomoc. Gdy jest to jeden, drugi, trzeci, piąty wyjazd w ciągu dnia, to robi się to już denerwujące, zwłaszcza że tych karetek jest naprawdę mało w okolicy.

Marcin: – Sytuacje są różne. Ostatnio wyjeżdżaliśmy do pacjenta, z którego oczu wychodziły larwy, a on jeszcze żył. Człowiek musi być cały czas skupiony, myśleć o tym, co robi i ogarniać wszystko dookoła. Do tego fekalia na podłodze, wymiociny, krew. To bywa męczące tym bardziej, że po każdym takim wyjeździe musimy przeprowadzić dokładną dezynfekcję wnętrza karetki i siebie. Wszystko należy dokładnie umyć, oczyścić, zmienić pościel i musimy to zrobić natychmiast, bo przecież zaraz może być jakiś wypadek, do którego będą potrzebne trzy karetki. Bywa tak, że podczas jednego dyżuru musiałem nawet trzy razy myć się i przebierać.

A. Sz.: – Przez piętnaście lat jeździłam karetką. Pamiętam jeden taki wyjazd wiele lat temu. Wchodzimy do budynku, a policjanci wybiegają na zewnątrz i wymiotują. W środku siedział człowiek, potem okazało się, że nie żył już od trzech dni. Upał, zamknięte pomieszczenie, to wszystko przyspieszyło proces rozkładu. Śmierdziało okropnie, no ale przecież musieliśmy jakoś sprawdzić, czy faktycznie jest martwy. Dotknęliśmy go i wtedy wszystko się ruszyło. Fekalia spłynęły z niego, smród rozszedł się dokoła, na wierzch wyszły larwy. Wybiegliśmy na dwór, a razem z nami wymiotowali wszyscy, którzy byli w promieniu dziesięciu metrów od ciała.

Zdyszany Piotr wchodzi do gabinetu. Dziecko trafiło na SOR.

Pacjent jest pacjentem

Choć może to brutalnie zabrzmieć, w przypadku zdarzenia masowego ratownicy muszą dokonać selekcji rannych.

A. Sz.: – Każdy wypadek, w którym jest co najmniej czworo rannych z dwóch samochodów, a na miejscu trzech ratowników, traktowany już jest jak zdarzenie masowe. Oczywiście wszystko zależy od tego, w jakim są stanie poszkodowani. Nie patrzymy na to, kto jest ofiarą, a kto sprawcą wypadku. Ten, kto ma największą szansę na przeżycie i wymaga natychmiastowej pomocy, dostanie ją najpierw. Jeśli jest wielu poszkodowanych, to zawsze ktoś musi być tym pierwszym i tym ostatnim. Nie może być tak, że wszystkich wrzucimy do jednej karetki – jeden ciężki pacjent powinien być ewakuowany jedną karetką.

Piotr: – Staram się każdego pacjenta traktować tak samo – i tego, który normalnie się przewrócił i rozbił głowę, i tego, który upadł po alkoholu. Człowiek jest tylko człowiekiem. Każdemu wszystko się może zdarzyć. Nie możemy pijaków traktować jak margines społeczeństwa. Ostatnio miałem taki wypadek w Zarzeczu. Młody chłopak pędził i wypadł z drogi dosłownie piętnaście metrów przed idącą tamtędy matką z dwójką dzieci. Złapał pobocze, dachował i uderzył w drzewo. Miał ponad trzy promile, a urządził sobie rajd, bo założył się z kolegami, w jakim czasie pokona trasę. Niestety, prawda jest taka, że ten, który prowadzi na trzeźwo i rozsądnie, odniesie w wypadku większe szkody, niż ten, który jedzie kompletnie pijany. Bo ten pijany zawsze przeżyje. Tego chłopaka z Zarzecza wyrzuciło około piętnaście metrów w pole i nic mu nie było. Gdyby był trzeźwy, pewnie by już nie żył.

Kierowcy głupieją

Piotr: Ludzie często głupieją, gdy jedziemy na sygnale. Zdarzają nam się takie sytuacje, że jedziemy za kimś, a nagle i on hamuje na środku ulicy, i ten jadący z naprzeciwka. Bardzo często jest też tak, że ktoś słucha w samochodzie głośno muzyki i nie słyszy sygnału, a później, już w ostatniej chwili, robi nerwowy manewr lub gwałtownie hamuje. Kiedyś koledzy jechali do Dorohuska, przed nimi jechała kobieta w osobówce. Zaczęli ją wyprzedzać, a ta w ostatniej chwili – zamiast zjechać na prawą stronę – zjechała na lewo, w ich stronę. Kierowca karetki odbił w bok i wpadli do rowu. Dobrze, że skończyło się tak, bo mogło tragicznie.

Takie życie

Ktoś może pomyśleć, że to zwykła znieczulica, ale po kilku czy kilkunastu latach w zawodzie ratownik nie staje jak wryty na widok rannego – nawet dziecka. Musi działać mechanicznie. Jest już przyzwyczajony.

Piotr: Żona mówiła, że przez pierwszy rok opowiadałem przez sen. Naprawdę. Z wyjazdu na wyjazd.

Ilu martwych zobaczył przez te trzy lata pracy w stacji? Dużo. Za dużo. Pierwszego razu już nawet nie pamięta. Tylko w ciągu jednego dyżuru zdarzyło mu się przeprowadzać trzy reanimacje – każda trwała od 35 do 50 minut. Od początku tego roku ratownicy z chełmskiej stacji prowadzili w sumie około 50 reanimacji. Nawet połowa z nich nie zakończyła się sukcesem.

(na prośbę bohaterów imiona zostały zmienione)
(pc, fot. Chełm na Sygnale)