Każą się myć, ale wody brak

Myśleliśmy, że gorzej już nie będzie, ale jest. Epidemia, nacisk na higienę. Jak mamy teraz funkcjonować? Jak mamy się myć? – pyta zrezygnowany pan Mieczysław, któremu sąsiad odciął dopływ bieżącej wody, a sprawa w sądzie utknęła przez koronawirusa.

O perypetiach rodziny pana Mieczysława pisaliśmy we wrześniu ubiegłego roku („Odciął sąsiadowi wodę”). Rodzina mieszka w kamienicy przy ul. Reformackiej, jest też współwłaścicielem budynku (1/4 udziałów). Pozostali współwłaściciele to: kobieta na stałe przebywająca za granicą, mężczyzna, który mieszka pod innym adresem i mąż właścicielki restauracji „Toscania”, mieszczącej się na parterze kamienicy. I właśnie z tym ostatnim trwa odwieczny konflikt rodziny. Doszło do tego, że jesienią tamtego roku mężczyzna zdemontował część wewnętrznej instalacji wodociągowej, położonej w kuchni lokalu, przez co odciął dopływ wody rodzinie pana Mieczysława.

– Przyłącze wody to wyłącznie moja inwestycja, opłacona wyłącznie z moich funduszy i w moim lokalu – podkreślał wówczas w rozmowie z nami mężczyzna, przekonując, że miał pełne prawo tak postąpić, bo przyłącze jest elementem odrębnym instalacji.

W sprawę zaangażowane zostały organy ścigania. Prokurator postawił Arturowi S. zarzut popełnienia przestępstwa z art. 191 par. 1a kodeksu karnego. Za uporczywe utrudnianie rodzinie pana Mieczysława korzystania z zajmowanego lokalu mieszkalnego grozi mu nawet do 3 lat pozbawienia wolności. Akt oskarżenia przeciwko Arturowi S. trafił do Sądu Rejonowego w Chełmie, termin najbliższej rozprawy to koniec kwietnia. Z kolei pełnomocnik pokrzywdzonego złożył do sądu pozew cywilny, ale sprawa jak na razie utknęła z uwagi na zawieszenie postępowań na czas epidemii koronawirusa.

Przez kilka miesięcy rodzina korzystała z zastępczego punktu poboru wody, który MPGK ustawił na sąsiedniej działce. Żeby się umyć czy choćby zagotować wodę na herbatę, wychodzili na dwór i napełniali butelki. Jednak kilka dni temu i to źródło wyschło. Najpierw pracownicy spółki przestali napełniać beczkę, a gdy nie zostało w niej już ani kropli, przyjechali i ją zabrali. Jak tłumaczy Longin Bożeński z MPGK, nie dało się inaczej.

– Punkt zastępczy stał bez żadnego nadzoru, na działce przy ulicy. Z uwagi na panującą epidemię koronawirusa musieliśmy podjąć środki ostrożności i usunąć go, przynajmniej tymczasowo. Gdy sytuacja wróci do normy, postaramy się dalej pomagać rodzinie, jeśli będzie taka potrzeba – dodaje Bożeński.

Pan Mieczysław jest załamany. Jego rodzina żyje teraz w strachu, bo oboje z żoną są w grupie ryzyka zarażenia COVID-19.

– Tyle się teraz mówi o tym, aby często i dokładnie myć ręce, a włosy każdego dnia. Tylko jak to się ma w naszym przypadku? Już nie mam sił na to wszystko – mówi rozżalony człowiek. – Wszyscy podkreślają, że to przestępstwo, że on nie ma prawa tak postępować. I co z tego, skoro nikt nie może go do niczego zmusić? Ani policja, ani prokuratura, ani sanepid. Przecież nim zapadnie prawomocny wyrok, mogą minąć lata – dodaje.

Inspektorzy nadzoru budowlanego próbowali wejść do pomieszczenia, w którym znajduje się przyłącze wody, ale S. nie wpuścił ich – zresztą tak jak wcześniej nie wpuścił pracowników MPGK – tłumacząc, że nie jest właścicielem restauracji, tylko żona, a poza tym do pomieszczeń kuchni mogą wchodzić tylko osoby z książeczką zdrowia. Przyznał się do ingerencji w instalację, gdyż „zajmowała miejsce w kuchni, a pracownicy potykali się o rury”.

10 marca Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego Miasta Chełm wydał decyzję nakazującą Arturowi S. usunięcie skutków ingerencji w wewnętrzną instalację wodociągową, aby zapewnić rodzinie dopływ wody. Podlega ona natychmiastowemu wykonaniu, jednakże strony mają czas na odwołanie się. Dopiero po uprawomocnieniu się decyzji, jak wyjaśnia powiatowy inspektor nadzoru budowlanego Jacek Osmoła, będzie można w postępowaniu egzekucyjnym przymusić stronę do jej wykonania, jeżeli ta dobrowolnie nie zechce tego zrobić. Nadzór może nałożyć grzywnę w wysokości nawet i 10 tys. zł – która mimo wszystko nie zwalnia z obowiązku wykonania decyzji – albo i z pomocą policji siłą wejść do środka.

I po co te wszystkie nieprawidłowości? Gdy jesienią ub.r. rozmawialiśmy z Arturem S., mówił, że to kwestia honoru. (pc)