Każdego dnia narażają życie

Taki widok to dla nich chleb powszedni

Niosą w sobie ludzkie historie, jedne zakończone happy endem, gdy udało im się uratować czyjeś życie, inne mrożące krew w żyłach i zostawiające ślad w psychice na długo. Ale nie mogą całe życie rozpamiętywać każdej tragedii. „Ze strażakiem jest jak z lekarzem. Trzeba działać i już. Inaczej byśmy zwariowali”.

W każdych kolejnych badaniach społeczeństwo wskazuje na strażaka, jako tego, do którego ma największe zaufanie. Od lat służba w straży utożsamiana jest z pasją i ogromnym poświęceniem. Pożar, wypadek samochodowy – widzą wiele i są niemal wszędzie tam, gdzie jest zagrożone czyjeś zdrowie lub życie. W powiecie chełmskim zagrożeń nie brakuje.
– Przykładowo w powiecie włodawskim przeważają tereny leśne, dlatego gros zdarzeń to właśnie pożary lasów. W powiecie chełmskim jest inaczej. Tu mamy cały przekrój zagrożeń. Dwa zakłady dużego ryzyka i jeden zwiększonego ryzyka wystąpienia poważnej awarii przemysłowej, do tego na terenie naszego powiatu funkcjonuje dużo mniejszych zakładów związanych z produkcją paliw alternatywnych. To się wiąże z niebezpieczeństwem. Przykładem jest choćby ostatni pożar w Rejowcu Fabrycznym. Akcja trwała kilkanaście godzin. Pamiętam też pożar na Bagnie Serebryskim. Ludzie nie dawali już rady, opadali z sił po godzinach biegania z tłumicami. Na tym nie koniec, bo w przeciągu ostatnich lat mieliśmy kilka takich ogromnych pożarów. Kolejna sprawa to zagrożenia dotyczące przewozów towarów niebezpiecznych drogą krajową numer 12 i kolejową. Trzy lata temu na rondzie przewróciła się cysterna z tlenem, w Dorohusku wyciekła hydrazyna, niejednokrotnie wyjeżdżaliśmy też do ulatniającego się z ukraińskich cystern ciężarowych gazu. Wszystko zależy od roku i pogody – w 2016 roku najwięcej zdarzeń dotyczyło pożarów suchych traw, a rok później odnotowaliśmy ich już mniej ze względu na aurę. W tym zawodzie nie ma stałości – tłumaczy bryg. Zbigniew Raźniewski, Komendant Miejski Państwowej Straży Pożarnej w Chełmie.

998, halo? Kotek potrzebuje pomocy

Wzrasta liczba alarmów fałszywych. Nie wynika to jednak z ludzkiej złośliwości (w ubiegłym roku tylko jeden pijany żartowniś zadzwonił na 998), ale z coraz częściej montowanych systemów sygnalizacji pożarowej. Kiedyś wystarczyło, że ktoś z obsługi hotelu czy zarządca instytucji odwołał alarm (bo np. ktoś zapalił papierosa w pobliżu) i było po sprawie. Nie było wyjazdu, nie ma meldunku. Teraz straż ma obowiązek, mimo wszystko, sprawdzić, czy na pewno nic się nie pali. W zależności od rodzaju obiektu wysyłane są np. 4 zastępy. Po drodze 3 są odwoływane, a 1 jedzie się upewnić.
– Ludzie dzwonią też w dobrej wierze. Jadąc samochodem, ktoś zauważył unoszącą się nad domem łunę ognia, więc wezwał straż. Na miejscu okazało się, że rodzina paliła ognisko na działce, ale z oddali nie było tego widać. Owszem, zawsze lepiej dzwonić, bo nigdy nie wiadomo. Najlepiej jednak działać „z głową” – najpierw sprawdzić, potem wezwać strażaków. Minuta, poświęcona na podjechanie bliżej i upewnienie się, że faktycznie potrzebna jest pomoc, nikogo nie zbawi – mówi komendant. – Bywa też, że ktoś zadzwoni z informacją, że na jezdni leży gałąź. Po dojeździe na miejsce okazuje się, że już jej nie ma, bo inny kierowca wysiadł z pojazdu, usunął ją z drogi i odjechał. Prawdą jest, że każdy taki wyjazd generuje koszty, które tak naprawdę ponosi każdy z obywateli. Choć z drugiej strony takich zgłoszeń „w dobrej wierze” jest coraz mniej, bo od kiedy kary za fałszywe alarmy stały się surowsze, ludzie zaczęli się zastanawiać nad zasadnością wzywania służb – dodaje.
Odmówić nie mogą, ale starają się negocjować. Jak przy zaskrońcach, które nie są jadowite, ale już sam ich wygląd może przestraszyć kogoś nie na żarty. A przecież wystarczy zostawić otwarte drzwi, wąż w końcu opuści lokum. – Raz ugasiłem pożar przez telefon – śmieje się bryg. Raźniewski. – Zadzwonił mężczyzna, że na osiedlu pali się kupka śmieci, nawet nie śmietniczka, a mała garstka odpadów. Poprosiłem, żeby wziął wiaderko wody i zalał nią te śmieci. Jeśli się nie uda, niech zadzwoni jeszcze raz i przyjedziemy. No i się udało. W imieniu służby, bardzo dziękujemy.
Jeśli zwierzę znajduje się w stanie zagrożenia, jadą. Z opresji uratowali konia, który ugrzązł w Rudce, dwa łosie w Bugu, krowę w studni, dziesiątki przymarzniętych do lodu łabędzi, ptaki zaklinowane na latarniach i niezliczoną ilość kotów. Choć, jak sami przyznają, w przypadku tych ostatnich wystarczy dać zwierzęciu czas – skoro kot wlazł na drzewo, zejdzie. Tak przecież funkcjonuje w swoim naturalnym środowisku.
Jedno z bardziej abstrakcyjnych zgłoszeń dyspozytor odebrał od mieszkanki osiedla Zachód.
– Halo? Kot wpadł do mieszkania.
– Jaki to kot?
– Zwykły, dachowiec, ale jest niebezpieczny.
– Proszę otworzyć drzwi, to wybiegnie na klatkę.
– Nie, bo się boje.
– Dobrze, a czy jest w mieszkaniu jakiś mężczyzna?
– Tak. Zamknął się w łazience.
Strażacy przyjechali, a gdy jeden z nich sięgnął za klamkę, zwierzę wybiegło. W meldunku dowódca napisał „Po otwarciu drzwi kot opuścił mieszkanie i oddalił się w nieznanym kierunku”.

Widok spalonego ciała to nic przyjemnego

Mogą się śmiać z wyjazdów do kota czy zaskrońca, ale tak naprawdę wolą robić to, niż wyciągać martwych ludzi z płonącego domu czy wraku samochodu. Wolą być bohaterami od małych czynów, niż jechać tam, gdzie nie ma już nic do uratowania. Strażacy niechętnie chcą mówić o tragicznych zdarzeniach, których są świadkami. Bo i co tu opowiadać? O czarnych, pokurczonych ciałach, z kikutami zamiast kończyn, które muszą wynosić lub czekać nierzadko całymi godzinami przy zwłokach na przyjazd prokuratora?
– Nie pamiętam pierwszej ofiary śmiertelnej. Nie da się tego wszystkiego spamiętać przez 15 lat służby. Masz do wykonania określone obowiązki. Wiesz, co masz zrobić i działasz. Tyle. Trzeba to robić automatycznie, podchodzić z dystansem, na chłodno ogarniać sytuację. Inaczej nie da rady. Na akcji nie ma czasu na refleksje – tłumaczy mł. bryg. Wojciech Chudoba.
Nigdy nie wiedzą, co ich czeka na miejscu. Dopiero po przyjeździe dowiadują się, z czym tak na prawdę mają do czynienia. Głównie jeżdżą do wypadków drogowych. Najgorzej, gdy ofiarami są dzieci.
– Każde zdarzenie to cierpienie ludzkie. Najlepiej jakbyśmy wyjeżdżali tylko do ćwiczeń, ale niestety, to tak nie działa. Chyba jedyna akcja, jaka utkwiła mi w pamięci, to wyjazd do wypadku w Natalinie. Na miejscu zginęło dwóch braci. Pomyślałem wtedy, co musi czuć rodzic, który traci w wypadku dwójkę dzieci. Sam miałem już własną dwójkę – opowiada Chudoba.
Strażacy mają do dyspozycji psychologa, ale korzystanie z jego pomocy nie jest jednak powszechne. Wciąż stanowi wyjątek, bo strażak z założenia ma być silny zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Prędzej odreaguje na piwie z kolegami, niż na sesji ze specjalistą.
– To leży chyba w świadomości strażaków. Niedawno, po akcji w Skordiowie, gdzie w pożarze zginął starszy mężczyzna, pytałem ich, czy nie potrzebują skorzystać ze wsparcia psychologa. Nie chcieli. Na ogół później w ich zachowaniu nie widać nic niepokojącego, ale sądzę, że ślad w psychice zostaje. Najtrudniejsze są początki, z czasem człowiek się na swój sposób przyzwyczaja do tego widoku. Po akcji trzeba się ubrać i iść do domu. Rodzinie nie opowiada się o tym, co się dziś widziało – mówi szef chełmskich strażaków.
Strażak musi być twardy i nie może pozwolić sobie na błędy. Od tego zależy los innych. Gdyby zapomniał aparatu dróg oddechowych i wrócił się po niego, istniałoby zagrożenie, że nie zdąży uratować poszkodowanego, będącego w budynku.

Zwykły dzień to też dzień

Nie siedzą i nie czekają przy kawie na kolejne zdarzenie. Zawsze przychodzą pół godziny przed czasem. Przebrani przejmują sprzęt, sprawdzają, czy nic nie brakuje, a po wypełnieniu dokumentów zaczynają min. 3-godzinne szkolenie i ćwiczenia fizyczne. Na koniec konserwacja sprzętu. Brzmi mało atrakcyjnie, ale prawda jest taka, że strażak nie dość, że musi być zdrowy i silny (podczas akcji ma na sobie ok. 20 kg z aparatem, a wąż, który ciągnie ze sobą, to kolejne 10 kg, zaś bezwładne ciała ofiar ważą jeszcze więcej), to musi być przeszkolony z przeróżnych dziedzin. Jeśli dojadą przed karetką, muszą zastąpić lekarza i udzielić pierwszej pomocy poszkodowanym. Sami wcielają się też w rolę psychologa, udzielając ofiarom wsparcia, by czuły bliskość i poczucie bezpieczeństwa. – Dawno temu wyjechaliśmy pomóc mężczyźnie, który wpadł do studni. Okazało się, że trzeba sprowadzić grupę wysokościową z Lublina, bo nie mieliśmy specjalnego sprzętu. Przez cały czas oczekiwania na nich próbowaliśmy z nim rozmawiać, zapewniać, że koledzy zaraz będą, że wszystko będzie dobrze. Aż wreszcie mężczyzna machnął ręką i krzyknął: „A gówno wy mnie tu uratujecie”. Koledzy przyjechali, wyciągnęliśmy go, miał złamaną nogę i ugrzązł tam, a my mówimy: „A jednak wyciągnęliśmy pana” – śmieje się rzecznik prasowy chełmskich strażaków.
Choć rzadko, zdarza się, że któryś z nich siedzi z rodziną w domu, ogląda film z dziećmi i wtedy dostaje telefon. Jest akcja, jak najszybciej ma jechać na wsparcie. Nie ma: „Nie”. Są wyrzeczenia.
– To służba. Musimy być dyspozycyjni przez całą dobę. Nie ma, że święta, weekend czy rodzinny obiad. Jeśli któryś ze strażaków jest w domu, to nie znaczy, że nie zostanie ściągnięty do jakichś większych akcji. Nie znamy dnia ani godziny, kiedy możemy być zadysponowani do zdarzenia. Rodzina nie bardzo się z tym godzi, nie zawsze akceptuje, czasem wypomina i narzeka, czy nie ma innych w straży, którzy by mogli pojechać – mówi bryg. Raźniewski.

Wdzięczność? Rzadko. Czasem kradzież

Na ogół ludzie doceniają ich pracę i są im wdzięczni, ale nie oznacza to, że każdego dnia do komendy spływają listy z podziękowaniami za uratowanie życia czy dobytku. – Społeczeństwo wychodzi z założenia, że robimy po prostu to, do czego jesteśmy powołani. Poniekąd mają rację, jesteśmy przecież utrzymywani z budżetu państwa – analizuje Komendant Miejski PSP w Chełmie.
Niestety, choć rzadko, ale zdarza się, że ktoś wchodzi im w drogę podczas akcji. Raz zastawiono im przejazd ciągnikiem (mężczyzna twierdził, że to jego droga i nie pozwala tędy jeździć). Innym razem, na terenie gm. Wierzbica, spotkali się z agresją ze strony tubylców, którym nie spodobali się strażacy z Łęcznej, którzy przyjechali na wsparcie. Konieczne było wezwanie policji. Kilka razy zostali też okradzeni podczas akcji – gdy oni walczyli z żywiołem i ratowali czyjś dobytek, ktoś zakradł się do ich wozu i wziął to, co uważał za przydatne, choćby zapasowy wąż. Na szczęście były to sporadyczne przypadki. Częściej stykają się z opinią, jakoby nie spieszyło im się do ratunku.
– Ludziom, którzy wzywają pomocy, czas upływa dłużej. Zdarza się, że ktoś dzwoni zdenerwowany kilka razy, gdzie są strażacy, dlaczego jeszcze nie dojechali na miejsce. Pamiętajmy, że strażacy nie latają samolotem, a warunki na drodze mogą być różne. Nie jedziemy osobówkami, a autami, które ważą do 20 ton i mają ograniczoną prędkość – apeluje W. Chudoba.
Nie mogą za to narzekać na brak widowni podczas akcji. Nierzadko podczas gaszenia suchych traw ludzie stoją przy drodze o obserwują. Ale gdy któryś ze strażaków krzyknie: „Łapcie za widły i pomóżcie nam rozrzucać to siano”, momentalnie tłum rozpływa się w powietrzu.
Wdzięczności nie oczekują. O prawdziwym bohaterstwie świadczą ich czyny. Liczy się świadomość, że zrobili wszystko, co mogli i kogoś uratowali. – Najważniejsza jest satysfakcja, że robi się to, co się lubi – puentuje rzecznik komendy. Paulina Ciesielska