Kiedyś fałszerz, dziś artysta

Życiorys Jana Zamojskiego śmiało mógłby posłużyć jako kanwa filmu. Kiedyś zawodowo zajmował się fałszowaniem pieniędzy, dokumentów, rachunków. Niedawno skończył odsiadkę i teraz zaczął nowe życie w Różance. Nachwalić się go nie mogą i sąsiedzi, i władze, i ksiądz proboszcz.

Trzy miesiące temu Jan Zamojski skończył odsiadywać trzyletni wyrok we włodawskim więzieniu. Mężczyzna pochodzi z Mazur, ale nie chce już wracać w rodzinne strony. Dzięki pomocy włodawskiego MOPR, Ośrodkowi Pomocy Postpenitencjarnej i znajomym wynajął w Różance niewielki drewniany domek, który był w opłakanym stanie. Dzisiaj w całej okolicy próżno szukać tak wyróżniającego się budynku, ale po kolei.

Talent od małego

Janek talent do tworzenia wszelkich form plastycznych odkrył w młodym wieku. Pasję rozwijał w technikum plastycznym i to właśnie tam po raz pierwszy wszedł w konflikt z prawem. – W szkole wisiało dużo obrazów najlepszych profesorów – opowiada. – Szczególnie jeden z nich wpadł mi w oko. Zapytałem więc, czy nie mógłbym go pożyczyć, by w domu uczyć się malarstwa, kopiując dzieło. Uzyskałem zgodę i po jakimś czasie kopia była gotowa.

Coś mnie jednak podkusiło i zamiast oryginał, oddałem do szkoły falsyfikat. Pech chciał, że po jakimś czasie na obraz zwróciła uwagę woźna. Zapytała jego autora czy obraz przechodził ostatnio renowację, bo ma żywsze kolory. Profesor oczywiście natychmiast poznał, że to podróbka. Wkrótce w moim domu zjawiła się milicja. Wtedy skazania udało mi się jeszcze uniknąć. Karą było niedpuszczenie mnie do matury. Po ukończeniu szkoły zatrudniłem się w Państwowej Spółdzielni Spożywców jako dekorator.

Pieniądze, jakie tam zarabiałem, były marne, ale cieszyłem się, że wykonuję zawód, który sobie wymarzyłem. Któregoś razu zapatrzyłem się na banknot i wtedy zaświtała mi w głowie pewna myśl. Zamknąłem drzwi swojego kantorka i wziąłem się do pracy. Po kilku godzinach dzieło było skończone. Zawołałem młodszego brata, wręczyłem mu podrobione banknoty i wysłałem do sklepu z listą zakupów, a pozostałe banknoty schowałem w papierach. Brat wrócił obładowany wszelkim dobrem i jeszcze przyniósł mi resztę. To wtedy utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych.

Pierwszy raz za kratami

Pracując w PSS-ie miałem swój mały kantorek, który szybko stał się przystanią dla miejscowej młodzieży, która zamiast do szkoły, wolała przychodzić do mnie. Problemem były wagary, ale i na to szybko znalazł się sposób. Za pomocą cienkopisów podrabiałem pieczątki lekarskie i fabrykowałem chłopakom zwolnienia. I to jednak długo nie trwało, bo traf chciał, że jeden z tych uczniów był synem milicjanta. Ojciec zorientował się, że nie chodzi do szkoły, ale przedstawia legalne zwolnienia.

Milicja pojawiła się u mnie ponownie. Mundurowi wpadli do pracowni w poszukiwaniu lewych pieczątek, ale tych nie mogli znaleźć, ponieważ takich nie miałem, ale odkryli coś innego. Jeszcze przed ich wizytą zająłem się produkcją lewych banknotów, z tym, że teraz planowałem to już na większą skalę. Poznałem pewną dziewczynę, która pracowała w banku. Pochodziła z biednej rodziny i niewiele miała. Postanowiłem przedstawić jej propozycję.

Ja miałem przygotować odpowiednią ilość podróbek, a ona w odpowiednim momencie, gdy do banku spłynęła kasa z okolicznych PGR-ów, podmienić na prawdziwe pieniądze. Zyskiem mieliśmy się podzielić po połowie. Plan był przygotowany w najdrobniejszych szczegółach: ona miała gotowe banderole, ja tłumaczyłem jej, by nie szastała zbytnio zdobytym bogactwem. Ale nasze marzenia o wielkiej gotówce rozwiali owi milicjanci, którzy odwiedzili mnie w poszukiwaniu podrobionych pieczątek.

Zamiast nich znaleźli w papierach kilka podrobionych banknotów. Pytają mnie, skąd mam tyle kasy. Ja, że odłożyłem. Nagle jeden z nich wziął do ręki jeden z nich i przyjrzał mu się bliżej. Okazało się, że nie miał jeszcze narysowanych numerów seryjnych, zresztą pozostałe również. I tak zostałem aresztowany. Prokurator domagał się dla mnie 25 lat więzienia, ale nijak nie mógł udowodnić, że to ja podrobiłem owe banknoty. Ostatecznie dostałem 6 lat bezwzględnego więzienia za posiadanie podrobionych pieniędzy – opowiada pan Jan.

Kara niczego nie nauczyła

– Gdy trafiłem za kratki, po kryminale szybko rozeszły się wieści, za co siedzę. Złodzieje bardzo szybko zaproponowali mi robotę. Jaką, łatwo zgadnąć. Zorganizowali wszystko, co było potrzebne do produkcji lewej forsy. Ponieważ w interes umoczonych było również kilku klawiszy, każdy był zadowolony. Ale i to do czasu. Po rewizji mojej celi zniknął niegotowy jeszcze banknot, który ukryłem za parapetem.

Zostałem wezwany na dyżurkę i zmroziło mnie: wychowawca miał na biurku moją podróbkę. Kolejnego wyroku nie dostałem tylko dlatego, że w fałszerstwo byli zaangażowani klawisze. Był to dla mnie koniec pobytu w tamtym zakładzie. Dostałem metkę więźnia niebezpiecznego i przewieziono mnie do innego więzienia. Po odsiedzeniu wyroku wróciłem na stare śmieci. Wziąłem przygotowaną na wymianę w Banku Rolnym kasę, wsiadłem w swoją syrenę kombi i ruszyłem na bazar. Tam poznałem Rosjanina, który handlował telewizorami marki Rubin.

Sprzedawał je po 100 tysięcy złotych sztuka. Szybko zwietrzyłem okazję. Kupiłem od niego cały sprzęt i tyle mnie widział. Potem zaczęła się Solidarność. Były to niespokojne czasy, w których znowu oczekiwano ode mnie użycia moich talentów plastycznych. Tworzyłem więc ulotki i plakaty. Pamiętam jeden taki szczególny, który przedstawiał pękniętą na pół Polskę, spod której wyłaniała się żółta gwiazda. W tamtym czasie miałem Forda Taunusa. Gdy zatrzymała mnie drogówka, musiałem okazać dokumenty samochodu. Jak na fałszerza przystało, były one podrobione, ale milicjanci znali się na swojej robocie i przestępstwo zwęszyli.

Tak wróciłem do więzienia, ale na krótko. Po wyjściu wróciłem na rodzinne Mazury. W międzyczasie pojawiły się dzieci, a że czasy były bardzo ciężkie, postanowiłem szukać zarobku w Warszawie. Tam parałem się wieloma zajęciami, również tymi niezgodnymi z prawem. Pamiętam, jak udało mi się za pomocą podrobionych paragonów zdobyć w Peweksie elektronikę wartą na tamte czasy ponad 3 tysiące dolarów. Ostatni raz za murami więzienia wylądowałem kilka lat temu.

Sam opiekowałem się dziećmi. Gdy odwiedził nas kurator, zacząłem go naciskać, że powinien nam pomóc, a nie tylko pisać raporty. Doszło do ostrej sprzeczki, w której efekcie zepchnąłem tego człowieka ze schodów. Trochę się na nich poobijał, a ja znowu wylądowałem w kryminale. Tym razem na trzy lata trafiłem do Włodawy. Odsiedziałem cały wyrok. Wyszedłem trzy miesiące temu i tak trafiłem do Różanki – kończy opowieść Zamojski.

Nowe życie

Rozmawiamy w małym domku, choć skromnie urządzonym, to bardzo schludnym. Na ścianach wisi gitara (pamiątka po starych czasach), zdjęcia dzieci i dyplomy oraz podziękowania. W małym wiatrołapie z dużym oknem wychodzącym na podwórko stoją sztalugi, płótna z obrazami, gipsowe odlewy, jakieś przybory. To nowe życie pana Jana. Mężczyzna nie chce już wracać do dawnego zajęcia.

Ma plan na siebie i swoją przyszłość. W wynajmowanym obejściu, które z pomocą instytucji, ale i sąsiadów własnoręcznie wyremontował, chce urządzić mały skansen z rękodziełem ludowym. Na skromne życie zarabia robiąc to, co kocha – maluje, rzeźbi, tworzy odlewy.

Jeszcze będąc w więzieniu, udzielał się społecznie. Był m.in. autorem wspaniałej szopki w różaneckim kościele. – Pamiętam doskonale ostatnią wigilię w miejscowej świetlicy, na którą zostałem zaproszony – opowiada. – Zanim zasiedliśmy do wieczerzy, były przemówienia oficjeli i gości. Ksiądz proboszcz dziękował mi za wykonanie żłobka, ale zapomniał mojego nazwiska.

Gdy część oficjalna dobiegła końca, o uwagę poprosił były wójt Tadeusz Sawicki, który powiedział, że między zebranymi jest również autor bożonarodzeniowej instalacji. Poprosił mnie o powstanie, przedstawił mnie z imienia i nazwiska i raz jeszcze podziękował. Nogi pode mną się ugięły, krew z twarzy odpłynęła i nie wiedziałem, co powiedzieć. Pamiętam jednak doskonale, że tamte uczucie było wspaniałe i śmiało mogę powiedzieć, że odmieniło moje życie – dodaje pan Janek.

Niestety, nowe życie nie jest usłane różami. Przeciwnie, na każdym kroku pojawiają się trudności. Pierwszą jest właścicielka domu, która domaga się dodatkowych pieniędzy za wynajem. Budynek pan Jan samodzielnie doprowadził z ruiny do użyteczności i jeszcze pięknie ozdobił, malując całą jedną ścianę (w planach są kolejne). Malowidło dzisiaj jest jedną z wizytówek Różanki, a na jego tle turyści robią sobie zdjęcia.

Kolejną przeciwnością jest brak środków na zakup porządnych farb, przyborów do rzeźbienia itp. W tym miejscu prosimy naszych Czytelników o pomoc panu Janowi. Nie musicie dawać niczego za darmo. Możecie go wspomóc, zlecając mu wykonanie rzeźby, obrazu, ale i zwykłych codziennych prac przydomowych. Zapewniamy, że będzie bardzo wdzięczny za okazane serce, które i tak jest mocno rozdarte. – Mam wspaniałych synów, którzy mieszkają w Warszawie – mówi próbując ukryć czerwone oczy nasz rozmówca.

– Mimo mojej przeszłości, dzieci są moimi najlepszymi przyjaciółmi i wielkim wsparciem. Niedawno ich odwiedziłem. Zaproponowali mi nawet wspólne mieszkanie, ale ja nie chce wracać do Warszawy. Chcę zostać tutaj, nad Bugiem, pomagać ludziom i tworzyć. Chcę zapraszać synów i ich wnuki do siebie na wakacje i na ferie. Chcę być zwykłym, dobrym człowiekiem, którego szczęściem będzie realizacja swojej największej pasji – sztuki. (bm)