Lublin przedwojennymi oczyma

Jedna z ponad 340 fotografii prezentowanych w albumie – Hotel Angielski, który w połowie XIX wieku funkcjonował w kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu 21

Pod koniec ubiegłego roku, nakładem Archiwum Państwowego w Lublinie, ukazał się album „Fotografie dawnego Lublina z akt Inspekcji Budowlanej”. Składa się nań 341 fotografii z lat 1926-1949 przedstawiających miasto poprzez obraz jego ulic i widocznego na nich życia. Książka wyróżnia zjawiskowe elementy dawnego Lublina.

Autorka, Ewa Zielińska – Archiwum Państwowe w Lublinie, ukazuje w nim rozmaitość punktów handlu i usług, sklepów i lokali gastronomicznych, warsztatów rzemieślniczych, zakładów wytwórczych – witryn ówczesnych „interesów”. Te lokowano zwykle na parterach śródmiejskich kamienic.

Dokumentacja Inspekcji Budowlanej to ogromny zasób liczący kilka tysięcy teczek opisujących lubelskie nieruchomości. Po raz pierwszy dokumenty te wykorzystano na szerszą skalę pod koniec lat 90., gdy służyły do tworzenia makiety przedwojennego Lublina (można ją oglądać w Bramie Grodzkiej). Prócz planów nieruchomości, w teczkach znalazły się także fotografie – często unikalne, dokumentujące wygląd poszczególnych kamienic i ulotne zdarzenia wokół nich. Zdjęcia zostały wykonane przez ówczesnych pracowników nadzoru budowlanego. Zawierają opisy, w których bardziej widać elementy reklamy, jej treści w przestrzeni publicznej, niż cechy architektury obiektów czy ulic. Z kolei narracja albumu kładzie akcent nie tyle na zabudowę, co na obraz ulic miasta.

Chcąc nie chcąc najnowsza publikacja Archiwum Lubelskiego to opowieść o rewolucji estetycznej, która pod koniec lat 30. dokonała w Lublinie radykalnych zmian wizerunkowych. – W magistracie zapanowała wtedy gorączka rewitalizacji: remontowano kamienice, malowano frontony na różne kolory, skracano wystające futryny, a przede wszystkim wymieniano krzykliwe szyldy. Zgiełk piktogramów i murali, które doskonale widać jeszcze na zdjęciach Stefana Kiełszni z 1934 roku, zastąpił wtedy totalitarny modernizm odgórnie kreślonych napisów reklamowych, do bólu eleganckich i tak samo nudnych – mówi Piotr Nazaruk, skromny współautor tej publikacji związany z Ośrodkiem Brama Grodzka.

Reporter przy tym był…

Fotografiom towarzyszy tu barwny opis tkanki miasta w zacytowanych słowach. Ówczesny zarząd miejski prowadził szeroko zakrojone porządki w wyglądzie szyldów i witryn małego biznesu. I właśnie o tych zmianach w sierpniu 1937 roku na łamach „Lubliner Tugblat” pisał w jidysz Jakub Nisenbaum, niezastąpiony komentator przedwojennej rzeczywistości. Album Ewy Zielińskiej kieruje się swego rodzaju reportażem, w którym Nisenbaum zabiera czytelnika na unikatową przechadzkę (przekład Piotra Nazaruka).

„Spacer po ulicach naszego miasta to dzisiaj czysta przyjemność! Dawny Lublin odszedł w niepamięć. Niektórzy twierdzą, że w Lublinie panuje szarość, że miasto jest monotonne. Może i było tak jeszcze kilka tygodni temu. Dziś natomiast Lublin jest najbardziej kolorowym miastem województwa. Więcej nawet. Nie wiem, czy któreś z miast w Polsce może równać się z naszym. Dostaje się dosłownie oczopląsu od różnych barw i kolorów. Szczególnie, jeśli wybierze się na spacer po uliczkach dzielnicy żydowskiej. Gdy tylko przekroczycie Bramę Krakowską, nie będziecie mogli już nigdy więcej powiedzieć: Och, jak smutno i nędznie wyglądają zaułki getta. Wszystkie te pokrzywione domki, powyginane i wykoślawione budynki, przedziwne konstrukcje, połamane dachy, małe okienka, długie korytarze i niskie sutereny nie będą już wzbudzać w was politowania. Przeciwnie. Ściany budynków zostały tu wymalowane na czerwono, bordo, różowo, popielato, seledynowo, niebiesko, brązowo, biało i jak tylko serce zapragnie.”

Słabo znam się na kolorach

– przyznaje dalej rozgadany Nisenbaum, czyniący w swych opisach mnóstwo dygresji. A jednak podoba mu się całe to przedsięwzięcie lubelskiego konserwatora, dr. Rutkiewicza.

„Ściany budynków zostały odświeżone, a za sprawą murarzy, malarzy, sprzedawców farb i różnych kupców miasto ożyło. Obawiam się tylko, że „Głos” zacznie zaraz bić na alarm, że oto Żydom przyznano nowe przywileje. Ulicę Szeroką, przykładowo, pomalowano w jaskrawe barwy, przez co wygląda ona zupełnie jak sukienki chłopek. Podczas gdy Krak. Przedmieście na kolory spokojne, głównie na biało (…)

Aż przyjemnie dziś popatrzeć na Lubartowską. Położono tam wreszcie kres wojnie na szyldy. Do tej pory panował na niej zupełny chaos i anarchia. Każdy sprzedawca sam określał wielkość, szerokość i kolor swojego szyldu, a montował go w taki sposób, żeby nie dało się dojrzeć szyldu sąsiada. Robiono je po kosztach, nie zatrudniano do ich wykonania zdolnych malarzy, zatem zapanowała tam taka kakofonia barw i miszmasz napisów, że aż zdrowiej dla oczu było nie podnosić głowy. Piwiarnie wystawiały szyldy, które w plastycznej formie informowały o bogactwie ich asortymentu: piwo, pół gąski, cała kura, a sklepy manufakturowe wymalowywały na ścianach kołdry i poszewki (…)

Nisenbaum ubolewa, że wraz z usunięciem dawnych zgiełkliwych szyldów i zastąpieniem ich nowych, znikły także napisy w jidysz. Postuluje, że trzeba to szybko naprawić. Wyraża nadzieję, że kupcy żydowscy to zrozumieją i nie pożałują grosza, by wywiesić żydowskie napisy nad drzwiami swoich sklepów. Niestety, w dwa lata skutkiem wybuchu wojny dylematy autora opisu przestały istnieć.

„Ogólnie Lubartowska robi dziś przyjemne wrażenie – chwalił ówczesne władze Lublina. „Byłoby całkiem dobrze, gdyby nie pewien szkopuł. Otóż ładnym ścianom kamienic winny towarzyszyć równie ładne i proste chodniki oraz wybrukowana nawierzchnia. Bez nich Lubartowska wygląda jak facet wyelegantowany we frak i cylinder, a w dziurawych butach. Dlaczego tak się stało? Za remonty domów i odświeżanie ścian przy Lubartowskiej płacili właściciele budynków, a środki na chodniki i brukowanie ulicy powinny pochodzić z kasy miejskiej (…) Tymczasem jednak Lublin jaśnieje w oczach i zupełnie inaczej się tu spaceruje. Widziałem przelotnie stary, parterowy budynek na rogu alei Racławickich, po którym za kilka dni nie będzie śladu. Kilku żydowskich kramarzy i lokatorów straci co prawda źródło utrzymania i dach nad głową, ale dzięki temu odsłoni się gmach Domu Żołnierza, który od tej pory będzie mógł bardziej cieszyć nasze oczy. Dla piękna trzeba się w końcu poświęcać…”

Album jest do nabycia w Archiwum Państwowym w cenie 95 zł.

Oprac. Marek Rybołowicz