„Malowany ptak” budzi pytania

Scena z „Malowanego ptaka” – taniec Żydówki, uciekinierki z transportu do obozu zagłady

Od początku roku w trwają kolejne odsłony Festiwalu Scenografii i Kostiumu w Lublinie. Na jego otwarcie (24 stycznia) zobaczyliśmy „Gorset” – dzieło Leszka Mądzika. Za miesiąc, 29 marca, obejrzymy spektakl „Chłopi” (reż. Krzysztof Garbaczewski), a 20 kwietnia – „Księgi Jakubowe” (reż. Ewelina Marciniak).


Jednak to, co zobaczyliśmy 4 lutego w Centrum Spotkania Kultur, już teraz trzeba uznać za hit festiwalu – i bardzo wymowną i trafioną odpowiedź świata teatru na aktualną scenę polityczną.
Trwający od stycznia do kwietnia 2018 r. festiwal – wysoko już notowany w kraju – mogliśmy obejrzeć spektakl „Malowany ptak” według powieści Jerzego Kosińskiego. Sztuka w wykonaniu aktorów Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Żydowskiego z Warszawy, aktualnie bez siedziby poraża aktualnością – jest pouczająca i moralistyczna, szokująca i traumatyczna w odbiorze. Premiera miała miejsce blisko rok temu, lecz jakże proroczo dramaturgia spektaklu wpisuje się w bieżące życie Polski, a także Europy i świata.
Rozpoczyna go prolog, w którym 9 aktorów – na wzór debaty TV – przedstawia szerokie spektrum poglądów na temat „problemu żydowskiego” w historii, ale i w teraźniejszej Polski. To zaoczna dyskusja luminarzy z kręgu literatury, kultury, polityki wypowiadających się w tej kwestii. Słychać w niej głosy m.in. Anny Bikont, Jana T. Grossa, Kazimierza Brandysa, Jana Błońskiego, Jana Karskiego, Jana Żaryna, a także samego Jerzego Kosiński.
– Proszę spojrzeć na mój nos. Czyż nie jest to atrybut typowego Żyda? – prowokuje Henryk Rajfer, aktor z bezdomnego dziś zespołu.

Obecność Żydów w Polsce

Przecież byli tak od wieków – przypomina szacowny „profesor” w tej debacie. Podkreśla sprzyjające im tutaj warunki trwania i rozwoju, wskazuje na rodzące się ich nurty kultury, jak chasydyzm, szkoły rabinackie, także wpływ na język polski i obyczajowość nad Wisłą. Inny głos akcentuje rosnącą niechęć do pamięci o polskich Żydach.
Ale oto przerywa im tzw. typowy Polak, który obala te argumenty i przytacza inne, podważające ich zadomowienie się nad Wisłą i twierdzi, że właściwie to dobrze, gdy wreszcie uregulowano kwestię żydowską na ziemiach polskich.
Ktoś wskazuje, że jakakolwiek pomoc Żydom była tu karana śmiercią, jednak znalazło się ponad 6 tys. Polaków – udokumentowanych bohaterów, którzy ocalili tysiące Żydów. Wielu z nich przypłaciło to własną śmiercią.
Debata na scenie – przypominającą na równi bohaterstwo Polaków, ich obojętność a czasem podłość – zostaje jednak ośmieszona, rozsypuje się zostawiając wiele niedokończonych kwestii, jak tę, czy można domagać się od Yad Vashem specjalnego drzewka dla Polski jako kraju Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, jak brzmi postulat premiera Morawieckiego.
Inny aktor podnosi, że około 200 tys. Żydów brakuje w powojennym „bilansie” zagłady… i jak my to wytłumaczymy? Co się z nimi stało na ziemiach polskich? – pyta retorycznie.
Z przejmującym apelem by pamiętać o naszych żydowskich sąsiadach, również byłych właścicielach mieszkań występuje Jerzy Walczak (Teatr Żydowski) – jeden z odtwórców roli bohatera tej sztuki, bo jest ich aż trzech.

Czy Jerzy Kosiński nakłamał?

3 i pół godziny zajęło twórczyni spektaklu odkrywanie tajemnicy, doszukiwanie się prawdy o autorze powieści. Niełatwe to zadanie, gdyż w „Malowanym ptaku” – narracji rzekomo biograficznej – Maja Kleczewska odnajduje zmyślenia i mistyfikacje… Na przykład to, że w dzieciństwie był bity, że przeżył koszmar barbarzyństwa – tu opisany w detalach. Bo książka kipi od przemocy i okrucieństw, jakich doświadcza 6-letni żydowski chłopiec za okupacji, ukrywający się wśród chłopów. W swej tułaczce po polskiej wsi na Kresach obserwuje on sceny m.in. tortur, perwersji seksualnych, morderczych gwałtów…
Tymczasem reżyserka rozlicza go z obsesji i fantazjowania, naznaczonego – i owszem – cierpieniem, alienacją dziecka zostawionego samemu sobie w trybach wojny. Zarzuca Kosińskiemu, że stworzył całkiem inny obraz siebie niż wynika z badań jego życia, a karierę robił po trupach, epatując wyolbrzymianiem cierpień ludzi, skłonnością do dewiacji. Kleczewska zaprzecza tezie o autobiograficznych motywach „Malowanego ptaka”. Nawet jeśli jest tam zapis okresu dzieciństwa, nie muszą to być ani realne zdarzenia, ani całkowita fikcja. Fabuła wygląda na sugestywną kreację autora. Dzięki temu Kosiński uchodził w świecie za dziecko, które przeżyło Holocaust doznawszy niewyobrażalnej traumy.
Taką właśnie, surrealistyczną narracją Kosiński namieszał w środowisku pisarskim Ameryki, gdzie osiadł na stałe. Jednak to Polacy, mogą dziś mieć uzasadnione pretensje i żal do pisarza o nadużycia jego fantazji literackiej, absmak aż po tzw. obrazę boską włącznie.
W interpretacji Kleczewskiej „Malowany ptak” niesie wiele odniesień do „postawy” Boga w czas Holokaustu. Reżyserka wskazuje na treść słynnego wersetu z kart męki Chrystusa: „Niech krew jego spadnie na syny nasze…”. Czyżby Chrystus chciał się zemścić na Izraelitach? A może krew „narodu wybranego”, przelana w tak masowej skali, miała (i ma) służyć sprawie, by chrześcijaństwo nie upadło? – pyta Kleczewska. Wyraża liczne rozterki czytelników Kosińskiego, rzucając ostre światło swej inscenizacji na jego historię.
Miejscami to spektakl grozy
Decyduje o tym dobór fragmentów powieści, a w nich bestialstwo, aura Sodomy i Gomory (dramaturg Łukasz Chotkowski). Scenografia (Wojciech Puś, Marcin Chlanda) z jednej strony jest oszczędna – oddaje klimat zamkniętego niedawno Teatru Żydowskiego w Warszawie. Z drugiej strony jest śmiała i rozpasana poprzez video clipy ze scenami gwałtu i perwersji z kart powieści. To przekłada fragmenty powieści na język obrazu. I tak widzimy tu zatopione w gnojówce żydowskie dziecko, wyłupane parobkowi i nadal żywe oczy, wreszcie gwałt zbiorowy i zabójstwo wiejskiej wariatki dokonane przez chamską tłuszczę – ten obraz z powieści umieszczono w scenerii miejskiego blokowiska. Cóż, mógłby zaistnieć choćby dziś…
Teatr Kleczewskiej przedstawia tu szersze spojrzenie na Holokaust. Jej środki wyrazu są jaskrawe, dla niektórych graniczące z kiczem. Kwadransami można mierzyć odgrywane tu dantejskie sceny zagłady pełne egzekucji, wymyślnych opisów konania, palonych trupów. Odbywa się upiorny korowód śmierci Żydów, zoom na pojedyncze ofiary, wręcz anatomia tej hitlerowskiej zbrodni – wszystko poparte ruchem scenicznym o charakterze destrukcji i cierpienia.
Sala odbiera to niezwykle gorzko, wszystkimi zmysłami, ze łzami w oczach. Widzów przeraża ów krwawy proceder, tu zacytowany z katowską bezwzględnością… Czy tylko nazistowski? – słychać niezadane pytanie.
Adekwatny do tej scenerii ton muzyki stworzył Cezary Duchnowski – wzmaga ona poczucie hekatomby. Dopełnia jej również choreografia: każdym mięśniem czuć można długi, cierpiętniczy taniec Żydówki (kreacja Kaya Kołodziejczyk) odtańczony na tle opowieści o gwałcie na więźniarce uciekającej z kolejowego transportu.
To wszystko pozwala autorom spektaklu wyzwolić niemy szloch widza nad losem ofiar holokaustu. Mamy tu rodzaj rekolekcji, zadumy nad zjawiskiem, które dziś powraca w dyskursie publicznym. I efekt wydaje się dużo większy, szlachetniejszy w wyrazie niż prymitywne epatowanie okrucieństwem u Kosińskiego.

Czy to świadectwo Holokaustu?

W prawicowej prasie czytamy opinie, że sztuka Kleczewskiej jest antypolska, że prezentuje zbyt czarny obraz ówczesnych mieszkańców wsi. „Gazeta Polska” (maj 2017) zarzuca jej, że daje ona Polakom obraz ich współodpowiedzialności za Holokaust, że widać tu pasję szkalowania własnego narodu i absolutną nonszalancję wobec faktów.
Tak naprawdę nie wiadomo, co zarzuca się tej inscenizacji. Nie ma tu znieważenia krzyża czy symboli chrześcijańskich. Nie doszukamy się obrazy uczuć religijnych. Nie ma absolutyzowania idei Holokaustu ponad inne tragedie ludzkości, co mogłoby przysłonić polską martyrologię narodową.
Krytyka medialna nie uwzględnia z pewnością dystansu, z jakim należy traktować prozę Kosińskiego, który był ewidentnie mistrzem prowokacji. – Długo utrzymywał, że opowieść zawarta w książce była jego udziałem. Skoro okazało się, że autor kłamał, można było w pełnym świetle pokazać to na scenie – mówiła po spektaklu reżyserka. – Kosiński potwierdził to swoim samobójstwem. Czy po prostu zagryzło go sumienie?
„Malowany ptak” Kleczewskiej to istne misterium, które widz ogląda z zapartym tchem i satysfakcją, jeśli wcześniej czytał powieść Kosińskiego. Właściwie każdy widz winien mieć jej treść w głowie, by móc odpowiednio ocenić wysiłek autorów inscenizacji.
Niezwykle trudny to teatr. Ktoś w przerwie przedstawienia w CSK (podyktowanej zmianą scenografii) przyznał, że lampka wina serwowana wówczas widzom była tu wyjątkowo potrzebna, by unieść ciężar spektaklu.
Maja Kleczewska zostawia widza z setką trudnych pytań, jakie słyszał w trakcie spektaklu, także podczas owej debaty wstępnej. Wymowne jest to, że na koniec aktorzy wcielają się w rodzaj komisji do badań Holokaustu – zadają w stronę widzów pytania: Jaka dawniej była tu ulica? Kto wcześniej mieszkał w tym domu? Czyż nie wiedzieliście że ich mordowano? Gdzie wtedy byliście? Czy jesteście zadowoleni, że nie ma już Żydów w Polsce? – tłumaczone na angielski, francuski i niemiecki.
Spektakl był też rodzajem oferty pojednania poprzez symboliczną, wspólną modlitwę kojącą ból tej sztuki. Można to zawrzeć w przekazie: Bądź człowiekiem i miej szacunek dla innego człowieka! Pytanie, jak szeroko dotrze on do Polaków, jeśli lubelski, elitarny pokaz mogło obejrzeć raptem około 300 widzów.
Kosiński w swej powieści opisał zabawę młodych wieśniaków. Malowali oni kruki farbą, inne kruki zadziobywały pomalowanego ptaka jako „obcego”.
Marek Rybołowicz