Marsz Równości podnieca coraz bardziej

Na nadzwyczajną sesję rady miasta przyszli radni PiS i przeciwnicy Marszu Wolności. Zabrakło radnych PO-WL, a tym samym wymaganego dla ważności uchwał kworum

Oficjalnie tylko kilkadziesiąt sekund trwała nadzwyczajna sesja Rady Miasta Lublin, poświęcona planowanemu Marszowi Równości. Obrady zostały zbojkotowane przez koalicyjnych radnych PO-Wspólny Lublin, a ich obecność była wymagana do kworum. Najciekawsze rzeczy działy się na widowni i przed budynkiem ratusza.


Przypomnijmy: pierwszy Marsz Równości w Lublinie ma się odbyć w sobotę, 13 października. – Głównym postulatem jest ochrona przed dyskryminacją i wykluczeniem, która w naszej ocenie jest obowiązkiem demokratycznego państwa oraz promocja praw człowieka jako uniwersalnej wartości – tłumaczą organizatorzy. Nie przekonuje to sporej części lublinian oraz radnych Prawa i Sprawiedliwości. – To prowokacja wymierzona w społeczność katolicką. Ma na celu propagowanie zachowań, które wykraczają poza naturę – mówili pod koniec września radni PiS i wnieśli o zwołanie nadzwyczajnej sesji rady miasta. Chcieli, aby ta „podjęła stanowisko w sprawie zakazu zgromadzenia nazwanego marszem równości”. Sesja została zwołana na piątek, 5 października.

Bronili wartości między kordonem policji

Przed planowanym rozpoczęciem obrad zebrało się kilkudziesięciu zwolenników organizacji marszu, aby „bronić wolności zgromadzeń”. Z kolei kilkanaście metrów dalej zgromadziła się grupa przeciwników tego wydarzenia: „Chłopak i dziewczyna to normalna rodzina”, „Lublin miastem bez dewiacji” – skandowali, trzymając baner Młodzieży Wszechpolskiej. „Homoseksualizm to miłość, a miłość zwycięży”, „Jesteśmy normalni” – odpowiadali ich oponenci, którzy trzymali kartki z napisem „artykuł 57”, co było odniesieniem do polskiej konstytucji. („Każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Ograniczenie tej wolności może określać ustawa”– przyp. aut.). Wrogie obozy oddzielał kordon policji. Atmosfera była napięta, ale nie doszło do zamieszek.

Emocjonująco było też sali obrad, a najciekawsze rzeczy działy się na widowni. „Aby zatriumfowało zło, wystarczy, aby dobrzy ludzie nic nie robili”, „Królestwo kłamstwa nie jest tam, gdzie się kłamie, lecz tam, gdzie się kłamstwo akceptuje” – banery z takimi hasłami trzymali przeciwnicy marszu. „Wy nas tylko obrażacie” – odpowiadali jego zwolennicy. Obrady miały się zacząć o godzinie 17, ale już przed ich rozpoczęciem w kuluarach mówiło się, że zostaną zbojkotowane przez koalicyjnych radnych Platformy Obywatelskiej i Wspólnego Lublina.

Na sali zasiadło 14 z 15 radnych Prawa i Sprawiedliwości (chora była Helena Pietraszkiewicz). Na ławach zamocowali kartki z napisem „artykuł 18”, co także było odniesieniem do polskiej konstytucji („Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej” – przyp. aut.). Obrady prowadził Mieczysław Ryba, choć formalnie trwały tylko kilkadziesiąt sekund. Koalicyjni radni rzeczywiście nie przyszli, a ich obecność była wymagana do kworum. Po niemal godzinnym oczekiwaniu prof. Ryba oficjalnie otworzył sesję i od razu ją zamknął. Nie krył też oburzenia. – Problem budzi ogromne zainteresowanie społeczeństwa. Nie pamiętam takiej sytuacji, żeby radni zbojkotowali obrady. Nie po to zostaliśmy wybrani – stwierdził.

„Narzędzie polityki seksualnej”

Tomasz Pitucha, szef klubu radnych PiS, przedstawił treść pisma, które przeciwni organizacji marszu członkowie Koalicji Obywatelskiej dla Rodziny wysłali do prezydenta Krzysztofa Żuka: „ Zwracamy się do Pana z oczekiwaniem wydania zakazu Marszu Równości. (…) Na tego typu wydarzeniach formułowane jest publiczne żądanie, aby seks mężczyzn z mężczyznami był równie wartościowym wzorcem kulturowym, jak seks heteroseksualny. (…) Planowany marsz jest w sposób oczywisty przejawem i narzędziem polityki seksualnej, której celem jest skrajnie demoralizująca zmiana wzorców zachowań seksualnych dzieci i młodzieży”. – „Nie może być tak, aby osobiste uprzedzenia, niechęć, czy odmienny światopogląd naruszały nasze podstawowe prawa obywatelskie” – piszą z kolei na Facebooku organizatorzy lubelskiego marszu.

Głos w sprawie zabrał Przemysław Czarnek, wojewoda lubelski. – Jeśli prezydent Żuk miałby odrobinę woli, żeby zablokować marsz i uniknąć ekscesów, które znamy z telewizji z innych parad równości, to oczywiście przepisy do tego ma. Potrzebna jest tylko odwaga, ale nie sądzę, żeby się na nią zdobył – stwierdził wojewoda i dodał, że sam jest przeciwnikiem „promowania zboczeń, dewiacji, wynaturzeń, a jest zwolennikiem promowania zdrowej rodziny opartej na małżeństwie kobiety i mężczyzny”.

K. Żuk odpowiedział P. Czarnkowi, wysyłając do mediów specjalne oświadczenie. – Jestem oburzony słowami wojewody, który publicznie wezwał mnie do złamania prawa. Nie ma tutaj prawnych przesłanek, które umożliwiałyby wydanie zakazu zgromadzenia – przekonywał. Prezydent poprosił wojewódzkiego i miejskiego komendanta Policji o „dokładną analizę i ocenę stanu zagrożenia”. – Tylko jednoznaczna ocena o zagrożeniu dla mieszkańców może być podstawą do wydania zakazu – stwierdził. Nie przekonuje to radnych PiS-u, którzy chcą zwołania kolejnej nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Lublin.

Z kolei jeden z organizatorów Marszu Równości złożył do sądu w Lublinie prywatne akty oskarżenia przeciwko wojewodzie lubelskiemu oraz przewodniczącemu klubu radnych PiS, od których domaga się przeprosin za ich wypowiedzi o marszu jako m.in. promocji pedofilii i dewiacji.

Wypowiedź wojewody skrytykował również Rzecznik Praw Obywatelskich. Zdaniem RPO może ona stanowić przejaw mowy nienawiści ze względu na orientację seksualną wobec uczestników tego wydarzenia

Grzegorz Rekiel