Marszałek do wszystkiego

W serialu „Ranczo” jest scena, w której senator Kozioł z narastającym rozbawieniem słucha, jak wicepremier Czerepach sztorcuje kolejnych ministrów, aż wreszcie nie wytrzymuje i rzuca: „Wiesz co, ty ich wszystkich zwolnij! Sam będziesz rządził…!”. Patrząc na podział zadań w nowym Zarządzie Województwa Lubelskiego trudno oprzeć się wrażeniu, że nowy marszałek województwa lubelskiego Jarosław Stawiarski, oglądał ten sam odcinek…


Pracusie i leniuszki

Jak bowiem inaczej wyjaśnić, że marszałek, będący jednocześnie pracodawcą dla blisko 1400 pracowników Urzędu Marszałkowskiego i wykonujący szereg innych zadań określonych ustawą o samorządzie województwa, zdecydował się na osobisty nadzór nad departamentami zarządzania Regionalnym Programem Operacyjnym, wdrażania Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i Europejskiego Funduszu Społecznego, a także gospodarką, kulturą, edukacją i sportem, a wszystko nawet bez pomocy sekretarza, którego PiS-owska większość w sejmiku zdecydowała się nie powoływać w ogóle?

Dla porównania zaś zgłoszony w ostatniej chwili przez Solidarną Polskę (zamiast Bogny Bender-Motyki) policjant, zastępca naczelnika wydziału wywiadu kryminalnego w Komendzie Wojewódzkiej Policji, Sebastian Trojak w Zarządzie zajmować się będzie tylko rolnictwem, czyli właściwie niczym, bowiem rząd PiS większość kompetencji z tego zakresu w ciągu ostatnich dwóch lat oddał z powrotem wojewodom. Również pozostali członkowie nowego kolegialnego organu władzy wojewódzkiej raczej nie będą się przepracowywać (w porównaniu z marszałkiem Stawiarskim).

Wicemarszałek z Białej Podlaskiej Dariusz Stefaniuk dostał resztę departamentów „unijnych” i cyfryzację, wicemarszałek Zbigniew Wojciechowski (Porozumienie) będzie musiał jakoś łączyć sprawy opieki zdrowotnej z… promocją i turystyką, zaś chełmianin Zdzisław Szwed musi posprzątać wyjątkowo zabagnione przez poprzedników sprawy transportu i inwestycji.

Pierwsza sesja sejmiku pokazała, że marszałek i nowy zarząd będzie mógł liczyć na poparcie nie tylko 18 radnych PiS, ale również dwóch, czy raczej dwójki, radnych wybranych z list opozycji (PSL 8 radnych, KO – 6 radnych, SLD – 1 radny). W wyborach marszałka Jarosław Stawiarski dostał bowiem aż 20 głosów, a Sławomir Sosnowski (PSL) tylko 13. Głosowanie było tajne, a żaden z radnych opozycji otwarcie nie przyznał się, że się wyłamał. Z przeprowadzonego przez opozycję wewnętrznego „dochodzenia” wynika, że kandydaturę marszałka Stawiarskiego poparła dwójka radnych PSL.

Ewakuacja przed weryfikacją

Kluczem do skutecznego zarządzania muszą okazać się kadry, tych zaś marszałkowie potrzebują natychmiast wobec exodusu kadry dyrektorskiej z Urzędu Marszałkowskiego do urzędu miasta. Z drugiej jednak strony odejście takich osób, jak sekretarz województwa Anna Augustyniak (będzie pełnomocniczką prezydenta Żuka ds. kombatantów, szef marszałkowskiej promocji Dariusz Donica (będzie urzędnikiem w wydziale sportu) czy rzeczniczka Beata Górka (w ratuszu zajmie się polityką senioralną) oszczędza i tak zapracowanemu marszałkowi przykrej konieczności wręczania im zwolnień.

Cóż, więcej czasu i uwagi zostanie dla pozostałych pracowników. Stawiarski już zapowiedział bowiem weryfikację kadr, jednak nie tyle pod kątem politycznym, co prostej przydatności do ustawowych i statutowych zadań samorządu.

Przerosty personalne od lat generowały lwią część kosztów stałych marszałkowskiego budżetu, ten zaś trzeszczy już od konieczności obsługi 800-milionowego zadłużenia i to w perspektywie wyschnięcia źródełka rozwojowych środków zewnętrznych. Plusem wydaje się to, że kto z szeregów PiS liczył na jakąś posadę w administracji to już ją dostał. Przegląd samorządowych kadr może więc odbywać się bez presji partyjnej i nacisku własnych działaczy spragnionych etatów. Wymiana, co naturalne, dotyczyć więc musi przede wszystkim kierownictwa.

Namaszczenie i zagubienie

Zanim jednak marszałkowie mogli zasiąść do dzielenia zadań i planowania zmian, musieli dać się wybrać sejmikowi. Jego pierwsza sesja była nieuzasadnienie długą fuzją namaszczenia i zagubienia. W ramach tego pierwszego radni celebrowali swoje nowe godności i funkcji, drugie objawiali w tradycyjnej już niepewności, czym właściwie regionalny parlament powinien się zajmować, a także, jak poszczególne formacje powinny demonstrować swoje w założeniu rozbieżne stanowiska w różnych sprawach.

W istocie bowiem jasnym było, że wszystkie partie obecne w Sejmiku, tj. PiS, PSL, PO i SLD zgadzają się co do kierunków i ogólnych zasad polityki województwa, spierać mogą się więc właściwie wyłącznie o personalia i ogólnopolskie kwestie ideologiczne. Na pierwszej sesji ideologii jeszcze na szczęście nie było – poszło więc o kadry.

Najpierw tak zwana opozycja chciała coś niby to udowodnić w lubelskim Sejmiku i udowodniła: własną niemoc. Na jedno miejsce wiceprzewodniczącego Sejmiku PO, PSL i SLD zgłosiły po kandydacie z każdego z tych ugrupowań, w efekcie w głosowaniu przegrywając samemu ze sobą, po czym opozycjoniści obrazili się i całą trójkę wycofali, wolnego miejsca nie obsadzając.

PiS i tak zachowało się jednak sympatyczniej niż większość rządząca w lubelskim ratuszu – fotel wiceprzewodniczącego nadal czeka, aż się opozycja łaskawie odobrazi, zastępców przewodniczącego Michała Mulawy wybrano bowiem na razie tylko dwóch: Zdzisława Podkańskiego ze Stronnictwa Piast i prof. Mieczysława Rybę.

Zanim jednak do stanu tego doszło, pierwsza sesja wlokła się jeszcze bardziej niż to było w zwyczaju w latach poprzednich, a problemy wynikające z faktu, że najwyraźniej żaden z nowych ani starych radnych nie zadał sobie trudu przeczytania ustawy o samorządzie województwa, statutu województwa lubelskiego i regulaminu obrad Sejmiku, po dawnemu musiała rozstrzygać zawsze niezawodna prawniczka, radczyni Małgorzata Wrzołek. TAK