Matka Teresa czuwała…

31 sierpnia w Lublinie w nocnym pożarze spłonął cały dach Domu Pomocy Społecznej im. Matki Teresy z Kalkuty przy ul. Głowackiego 26. Na szczęście w porę udało się ewakuować ponad setkę podopiecznych, ale straty materialne są ogromne. Prezydent Krzysztof Żuk zapewnia, że DPS zostanie odbudowany, ale to zajmie co najmniej kilka miesięcy.


W gabinecie dyrektora DPS stoi niewielki obraz Matki Teresy z Kalkuty. Amatorski, niezbyt finezyjny portret przedstawia patronkę tego miejsca. – To praktycznie jedyna rzecz, która ocalała z pożaru poddasza. Trudno wyjaśnić, dlaczego obraz nie poddał się płomieniom, ale to fakt – wskazuje dyrektor placówki Jarosław Zyśk. Zastanawia się, czy to aby nie święta patronka ocaliła ich dom przed całkowitym zniszczeniem, bo to istny cud, że nikt nie zginął…

W aurze „cudu” rozmawiamy o sprawnej akcji ratunkowej, bezpiecznym wyprowadzeniu ponad 100 pensjonariuszy z płonącego gmachu, również o stratach, jakie przyniosła tamta sierpniowa noc, a są to wartości nie tylko materialne.

Czas wielkiej traumy

– Wszystkich mocno dotknęło to nieszczęście, jednak najbardziej przeżywają je sami mieszkańcy DPS. Pożar wyrwał ich ze snu, w trybie nagłym musieli opuścić swoje miejsce. Zostali dokwaterowani do 6 innych placówek na terenie Lublina i okolic, gdzie znaleziono dla nich łóżka najpierw w pokojach 5-, 6- osobowych. Obecnie są to już pokoje 2- i 3-osobowe – zapewnia dyrektor.

Niestety, nagły tryb opuszczenia budynku sprawił, że lokatorzy pozostawili w nim wszystko, co posiadają. W jadalni DPS widzimy mnóstwo zmagazynowanych foliowych tobołków, na nich widnieją nazwiska pensjonariuszy. Pakunki zawierają przedmioty osobiste, leki, akcesoria medyczne. Pozbieraniem ich dobytku z 40 pokojów można było zająć się dopiero po opanowaniu żywiołu.

Dyrektor zapewnia, że jego podopieczni dzielnie znoszą rozłąkę z „ich domem”, że nie odchorowują tej przeprowadzki z musu. To jednak tylko ogólna opinia, bo przecież takie „zesłanie”, zwłaszcza dla ludzi w wieku 80 lat i więcej, bo takich tutaj większość, musi być ogromnym szokiem… Nie uzyskaliśmy żadnych wypowiedzi osób ewakuowanych z pożaru – to uznano za zbyt traumatyczne – mówi dyrektor.

Nie wypowiedział się również personel troszczący się o stan podopiecznych. – Nie podam nazwisk. Proszę ich nie szukać. Nikt z psychologów, terapeutów czy salowych nie zechce mówić o swej pracy w tej niecodziennej sytuacji. To są ludzie bardzo skromni, skupieni na zadaniach – stwierdził Grzegorz Sołtys, wicedyrektor placówki, i dodał, że do opieki nad poszkodowanymi wysłano wszystkich zatrudnionych w DPS im. Matki Teresy z Kalkuty, a pracuje tutaj 100 osób.

Urząd Miasta Lublin przydzielił dodatkowych psychologów z Centrum Interwencji Kryzysowej, pracowników socjalnych z MOPR, znalazło się też kilkunastu wolontariuszy.

Przypomnijmy tę noc…

31 sierpnia około godz. 2 płomienie pojawiły się na poddaszu budynku. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie, obejmując starą część budynku. Na szczęście wśród pensjonariuszy i personelu nie wybuchła żadna panika.

Wraz z przybyciem straży pożarnej zarządzono ewakuację mieszkańców. Dzielni pensjonariusze DPS nie protestowali. Nie można było jednak liczyć na ich współdziałanie – przeważnie to ludzi niedołężni albo niepełnosprawni ruchowo. Większość z nich jest w podeszłym wieku, choć są również i młodsi z ograniczeniem sprawności umysłowej.

Personel DPS na nocnej zmianie liczył wówczas 5 osób. Do wyprowadzania mieszkańców przystąpili policjanci i strażacy. Obserwując rosnące zagrożenie zdrowia i życia, ewakuować pensjonariuszy spontanicznie pomagali też ludzie z sąsiedztwa, obserwujący akcję ratunkową.

Wśród nich był m.in. Krzysztof Szlęzak, lubelski fotograf. Jadąc o tej porze przez miasto, widział łunę pożaru i wielki słup dymu. Mijając wozy strażackie, szybko dotarł na miejsce zdarzenia. Instynktownie dokumentował co zobaczył – szereg wymownych zdjęć jeszcze tamtej nocy obiegło Internet. Zaoferował też swoją pomoc.

– Widziałem, że ogień piekielnie szybko roznosi się po całym dachu, a na miejscu było zbyt mało ekip ratunkowych. Położyłem więc aparat w krzakach obok wejścia i wraz z kolegą, Maćkiem wbiegliśmy do środka. Dołączyliśmy do mundurowych, którzy wynosili ludzi z budynku na rękach – relacjonuje akcję ratunkową na Facebooku. – Kobieta, którą okryłem kocem, spytała mnie, co teraz z nimi wszystkimi będzie? Cóż miałem jej odpowiedzieć… To jedna z najsmutniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałem. To także jedna z tych chwil, kiedy wątpię, czy powinno się robić zdjęcia podobnych zdarzeń – wyznaje Szlęzak. Kontynuował swoją pomoc, podobnie jak inni, transportując razem z kolegą drugą, sparaliżowaną kobietę.

Niedołężnych pensjonariuszy znoszono na ich wózkach lub krzesłach, z obu pięter budynku. Ktoś przez okno wyrzucał koce i okrycia. Nikt nie myślał o dobytku, interwencja skupiła się na ocaleniu ludzi. W krótkim czasie u wyjścia z budynku utworzyły się rzędy ze stojących wózków inwalidzkich. Po godzinie podjechały autobusy MPK zamówione do ewakuacji.

Nim przybyła straż pożarna

…ogień zajął niemal cały dach nowego budynku. Jednostki PSP zjechały tu z całego miasta, także z Lubartowa, a z Puław strażacy przywieźli najdłuższą dostępną drabinę. Na miejscu pracowało 38 zastępów, a więc ponad 100 strażaków. Ewakuowano 102 lokatorów i 5 pracowników DPS. Takie informacje przekazał wówczas mediom kpt. Andrzej Szacoń z Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Lublinie.

– To była niezwykle trudna akcja, nie było jak podjechać z wysięgnikiem do fali ognia – wspominają strażacy. Początek ich działań to rzecz jasna odcięcie sieci, które mogłyby podsycić żywioł. W ruch poszły węże gaśnicze, bezustannie napięte wodą pompowaną na platformy 15-metrowych drabin. W miejsce już opróżnionych cystern podjeżdżały kolejne.

Część załóg została zaangażowana w ewakuację mieszkańców. Strażacy objuczeni ciężkim sprzętem (m.in. butlami z tlenem) znosili kolejne wózki inwalidzkie z pensjonariuszami. Na ich twarzach widać było skrajne wyczerpanie. Na szczęście tamta noc była na tyle ciepła, że transportowanym lokatorom dość długo wystarczyły szlafroki i piżamy. Niektórzy byli nawet boso. Gdy już utworzyła się kawalkada wózków przed budynkiem, wkrótce personel dostarczył im koce. Oczekujących na transport doglądali ratownicy medyczni.

Mijały godziny, pożaru długo nie można było opanować, objął cały gmach. Syreny wozów strażackich pędzących Al. Racławickimi nie milkły do świtu. Cała dzielnica została wyrwana ze snu. Wokół rósł tłum gapiów, a „widowisko” stało się niebezpieczne – wiatr rozrzucał jakieś szczątki z płonącego dachu. Policjanci zaczęli usuwać osoby postronne z terenu zdarzenia. Gigantyczny słup czarnego dymu przykrył całą dzielnicę. Wieniawa długo musiała tym oddychać – aż do godziny ósmej rano, kiedy zakończono akcję.

Jarosław Zyśk jest pełen uznania dla pracy służb ratunkowych: – Pragnę z serca podziękować funkcjonariuszom PSP, OSP, policji, straży miejskiej, pogotowia ratunkowego, wojska za trud i oddanie w bezpiecznej ewakuacji naszych podopiecznych. Jesteście prawdziwymi bohaterami w tym zdarzeniu – akcentuje dyrektor DPS. – Na takie same słowa uznania zasługują nasi pracownicy, którzy błyskawicznie zareagowali na potrzebę chwili, przyjechali wesprzeć akcję. Dziękuję służbom ochrony za dozór nad pozostawionym mieniem.

Rankiem sterczały już tylko czarne kikuty kominów

Ściany budynku mają nieliczne ślady zniszczeń. To właśnie zasługa strażaków. Ich kilkugodzinny trud obronił obiekt przed całkowitym spaleniem.

Ludzie z sąsiedztwa oglądający miejsce pożaru mówią, że w tym zdarzeniu było dużo szczęścia, bo od płonącego DPS blisko było do okolicznych domów.

– Bałem się bardzo, że silny ogień przeskoczy na nasze posesje, jednak wiatr spychał płomienie w inną stronę – mówi Piotr Baran, który ma swój dom kilkadziesiąt metrów obok. – Ogień naprawdę szalał, czuło się jego żar, byliśmy wstrząśnięci tym widokiem – dodaje jego córka Ewelina.

– Straży pożarnej zjechało tu mnóstwo, jednak od strony ul. Popiełuszki strażacy nie mieli podejścia do pożaru. Ich pojazdy zastawiły każdy metr sąsiednich ulic, a i tak do akcji weszły tylko dwa wozy, bo w podwórku DPS nie było miejsca na więcej. Ciasnota – twierdzi Adam Białek, mieszkaniec dzielnicy. – To naprawdę cud, że tej nocy praktycznie nie było parkujących aut wzdłuż ich ogrodzenia, jak tu jest na co dzień. Wtedy żaden wóz strażacki nie wjechałby do akcji i gmach spłonąłby do reszty.

To po części zasługa energii społecznej, którą udało się tu wyzwolić, bowiem inny świadek wspomina, że 3 samochody osobowe tarasujące strażakom przejazd spontanicznie przesunięto na inne miejsce siłami kilku mężczyzn.

Co dalej z „Matką Teresą”?

To gmach złożony z części starej, ale zmodernizowanej oraz nowo dobudowanej, nie oddanej jeszcze do użytku. Wiadomo, że obiekt zostanie w całości odremontowany. Podliczone straty wynoszą na dziś ponad 10 mln zł, a wartość uratowanego mienia – w tym wielu specjalistycznych łóżek i aparatury – to 30 mln zł.

Praktycznie na ciepłym wciąż pogorzelisku w sobotę 31 sierpnia widać już było krzątających się robotników, którzy oczyszczali dach z resztek po pożarze. To skutek specjalnej konferencji w lubelskim ratuszu, jaką już w kilka godzin po ugaszeniu pożaru zwołali włodarze miasta. Na niej prezydent Krzysztof Żuk zapewnił, że budynek DPS zostanie odbudowany jak najszybciej to możliwe.

Na innej konferencji, 5 września, poinformowano o przekazaniu 1,8 mln zł z Wydziału Inwestycji UM na ekspertyzy budowlane oraz pełne zabezpieczenie obiektu. Tymczasowo strop po pożarze ochraniały dostarczone plandeki, a obecnie – do czasu podjęcia odbudowy, znajduje się on w fazie krycia papą termozgrzewalną.

Włodarze miasta chwalą służby zaangażowane w akcję pomocy. To domy pomocy, MOPR, CIK, Straż Miejska, PCK, PKPS, Caritas. Dziękują za pomoc, którą świadczą psychologowie, pracownicy socjalni, wolontariusze, na bieżąco reagując na zgłaszane potrzeby.

Podopieczni DPS im. Matki Teresy z Kalkuty przebywają obecnie na terenie innych placówek: DPS Kalina – 27 osób (dwie osoby zabrała do domu rodzina), DPS Kosmonautów – 22, DPS Betania – 20, DPS Matczyn – 13, DPS Ametystowa – 10, DPS Archidiakońska – 10 osób. Dla ich rodzin uruchomiona została infolinia w Miejskim Centrum Zarządzania Kryzysowego: 81 466 17 14, 603 374  652.

Domy pomocy społecznej, w których przebywają ewakuowani, otrzymały wsparcie w osobach pracowników z DPS Matki Teresy, ale też z CIK, ZOW, MOPR. Organizacje jak Caritas, PCK, MOPR, PKPS przekazały łóżka, pościel, koce i odzież.

Aktualny jest apel o przekazywanie do DPS przy ul. Głowackiego 26 takich rzeczy, jak: pościel, bielizna, środki higieny, naczynia, zastawa stołowa.

Jest możliwe także wsparcie finansowe poszkodowanego DPS poprzez wpłaty na numer rachunku bankowego: 21 1240 1503 1111 0010 0169 4681, V Oddział PeKaO SA z dopiskiem: „darowizna na remont Domu Pomocy Społecznej im. Matki Teresy z Kalkuty”.

Czy ktoś tutaj zawinił?

Cały czas na to pytanie nie ma odpowiedzi. Dowiadujemy się, że czujki p-poż. zadziałały – włączyły się systemy gaśnicze, jednak tylko w starej części obiektu, a to było zbyt mało, by powstrzymać falę ognia idącą, wzdłuż dachu od nowej jego części. Ogień wybuchł w świeżo dobudowanym skrzydle DPS. Ten luksusowy moduł, zawierający 24 1-osobowe pokoje miał być oddany za miesiąc. Trwały tam prace wykończeniowe.

W tej części gmachu system p-poż. jeszcze nie działał. Tam żywioł rozhulał się do takiego stopnia, że z łatwością powędrował na cały dach DPS, niszcząc ok. 1,5 tys. m.kw. powierzchni.

– Dlaczego pożar wybuchł właśnie tam? Czy w grę wchodzi ludzkie zaniedbanie? – na te pytania jak dotąd nie ma oficjalnej odpowiedzi. Obaj dyrektorzy DPS twierdzą, że poznamy ją w rezultacie śledztwa, każą czekać na opinie inspekcji budowlanej. Na miejscu nadal pracuje prokuratura, która ustala przyczyny.

Niezależnie od strażaków, pogorzelisko zdążyli zdiagnozować specjaliści budownictwa. Ich rozmowy z miejskimi urzędnikami przynoszą zaskakującą opinię. Nieoficjalnie dowiadujemy się od nich, że jest duże prawdopodobieństwo, że mogło dojść do podpalenia styropianu, który znajdował się na poddaszu. Nasz informator twierdzi, że domysły o podpaleniu są w pełni uzasadnione. – Przejęliśmy postępowanie w tej sprawie. Śledztwo jest prowadzone w kierunku sprowadzenia zagrożenia zdrowia lub życia wielu osób. Trwają przesłuchania świadków.

Czekamy również na pisemną opinię biegłego z zakresu pożarnictwa, która być może będzie w stanie określić przyczyny pożaru – studzi te domysły Agnieszka Kępka, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Marek Rybołowicz